Recenzje

KOLEJNY ROK (2010). Kolejny dobry film Mike’a Leigh

Gdyby film "Kolejny rok" zrobił ktokolwiek mniej subtelny niż Mike Leigh, oskarżyłabym go o hipokryzję i promowanie polityki prorodzinnej.

Autor: Anna Dranikowska
opublikowano

Każdy następny film Mike’a Leigh jest starannie przemyślany. W każdym widoczne są elementy własnego, niepowtarzalnego stylu Brytyjczyka. Na jego korzyść działa nawet to, że z reguły wiadomo, czego można się spodziewać. Nie będzie hitchcockowskich trzęsień ziemi, spektakularnych pościgów, efektownej scenografii i wielkich dramatów. Nawet Londyn i jego glamour są niemal zupełnie niewidoczne. Filmy Mike’a Leigh to samo życie – długie, nierzadko szare, ale niepowtarzalne (w przeciwieństwie do polskich telenowel, skoro już przy tym jesteśmy). Zamiast krzykliwej parady atrakcji oglądamy wnikliwy, ale nie pozbawiony pewnego ciepła i humoru obraz brytyjskiego społeczeństwa.

Tym razem Leigh przygląda się brytyjskiej klasie średniej. Pretekstem do tych obserwacji jest rok z życia pewnego małżeństwa z wieloletnim stażem oraz grupy jego przyjaciół – głównie singli. Singlowy stan ducha w Kolejnym roku daleki jest od pełnego rezygnacji optymizmu Poppy z Happy-Go-Lucky.

Jest jeszcze jedna rzecz, która udaje się reżyserowi... to aktorzy.

Ale najpierw o szczęściarzach. Gerri (Ruth Sheen) i Tom (Jim Broadbent) to szczęśliwe małżeństwo. Powiodło im się w życiu: mają dorosłego, udanego syna, realizują się zawodowo. Wykształceni, pełni taktu i klasy. Niezwykle sympatyczni. Ich jedynym zmartwieniem wydaje się być brak kandydatki na żonę dla syna. Prowadzą wygodne, ustabilizowane życie: praca, dom, działka za miastem. W weekendy spotkają się ze znajomymi. W czasie kolejnych sekwencji Kolejnego roku będziemy oglądać wydarzenia z ich życia: niezbyt ekscytujące, mniej lub bardziej ważne, zawsze szczęśliwe. Zgodnie z zasadą znaną chociażby z Biblii: Każdemu, kto ma, dodane będzie, także nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.

Ci, co nie mają to Ken (Peter Wright) i Mary (Lesley Manville) – przyjaciele rodziny. W życiu wyszły im co najwyżej włosy: żyją samotnie, nie realizują się zawodowo, palą papierosy i nadużywają alkoholu. A kiedy już mocno nadużyją, wypłakują się ze swojego nieszczęścia i samotności na ramieniu naszej szczęśliwej pary. Tom i Gerri traktują ich protekcjonalnie i z pewną dozą pobłażliwości, zwłaszcza nieco zbyt egzaltowaną Mary. Ta trzyma się jednak kurczowo Toma i Gerri, bo ich przyjaźń jest wszystkim, co ma. O tym, jaka to jest przyjaźń, przekona się pewnego dnia, która nieopatrznie pozwoli sobie na skrytykowanie potencjalnej synowej Gerri.

Oj, nie jest fajnie być singlem

Gdyby film Kolejny rok zrobił ktokolwiek mniej subtelny niż Mike Leigh, oskarżyłabym go o hipokryzję i promowanie polityki prorodzinnej. Gerri i Tom z trudem uprawiają swój ogród (ten za miastem i ten nieco bardziej metaforyczny) i jesienią mogą zebrać plony. Zasłużyli na nie – teraz ich trud zwrócił się dziesięciokrotnie. Ken i Mary opuścili się w pracy i zostali z niczym. Ta ostatnia wspomina zresztą w jednej ze scen o swojej opuszczonej i zupełnie zaniedbanej działce za miastem. Samotni przyjaciele zajmują ostatnie miejsca w hierarchii rodzinnej. Ich status przypomina przygarniętych z łaski ubogich krewnych, których zadaniem jest opiewanie wielkoduszności dobroczyńców. Gerri i Tom mają prawo do narzucania swoich warunków – znajdują się wyżej w hierarchii społecznej, więc racja jest po ich stronie.

Ten hurraoptymizm związany z rodziną i wysokim statusem społecznym studzą nieco dwie sceny rozłożone, zresztą bardzo umiejętnie, w prologu i w ostatniej sekwencji. W prologu Gerri (jest psychologiem) rozmawia z jedną z pacjentek: cierpiącą na bezsenność mężatką, matką dwójki dzieci, (wspaniała Imelda Staunton). Ta, na pytanie, co chciałaby zmienić w swoim życiu, odpowiada, że wszystko. A w ostatniej sekwencji filmu poznajemy brata Toma. Właśnie owdowiałego, niepotrafiącego nawiązać kontaktu z synem, który oskarża go zresztą o „doprowadzenie matki do grobu.” Jak widać rodzina nie jest jednak receptą na szczęście. Dokładnie tak, jak w tym dowcipie z małżeństwem i szklanką wody. Udaje się albo i nie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która udaje się reżyserowi tak często, że chyba już nawet nie można mówić o szczęśliwym trafie. To aktorzy: Imelda Staunton w filmie Vera Drake, Sally Hawkins w Happy-Go-Lucky. Kolejny rok należy do Lesley Manville (Mary). Jej spojrzenia z ostatniej sceny filmu nie sposób zapomnieć. Może jednak warto rozejrzeć się za kimś, z kim można będzie kiedyś pojechać na wakacje?

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane