Recenzje

KINSEY (2004)

Spokojna biografia seksualnego skandalisty swoich czasów.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

O ludziach, którzy uprawiają seks na wiele sposobów

Seks oralny i analny, masturbacja i penetracja, orgazm, penis, łechtaczka i pochwa. Kogo te słowa oburzają? Kto poczuł się ich dosłownością zbulwersowany? Niewygodne słowa są w dalszym ciągu tylko słowami, a sama moralność wypychająca seks ze świadomości kojarzy się wyłącznie z banalnym kołtuństwem czasów dawno minionych. Wchodzący na ekrany naszych kin Kinsey to biografia człowieka, który seksualnej strony aktywności homo sapiens się nie bał i z tego właśnie powodu należy mu się wielki szacunek.

OBYCZAJOWOŚĆ NA MANOWCACH

Podobno w USA odbyło się kilka protestów przeciwko filmowi Billa Condona. Niejaka organizacja o nazwie Zaniepokojone Kobiety Ameryki pikietowała pod kinami, wychwalając pod niebiosa seksualną czystość i szydząc przy okazji z Alfreda Kinseya, którego uważały owe jankeskie damy za geja, sadomasochistę, voyeurystę i pedofila. Skromny profesor Uniwersytetu w Indianie wciąż jest symbolem rewolucji seksualnej: dla jednych jego badania stały się lekturą wartościową; dla innych, w ich mniemaniu, podstawą powszechnej demoralizacji.

Nie ma ambicji stania się iskierką zapalną w dyskusji o seksie.

Film Condona, odwrotnie niż praca Kinseya, nie ma ambicji stania się iskierką zapalną w dyskusji o seksie, bo policzek w twarz dwulicowego społeczeństwa dawno został zadany. Kinsey to raczej nostalgiczne wspomnienie, powrót do czasów, kiedy tematyka cielesna była czymś nader żenującym, szczególnie w kraju purytan spoglądających na postawy niemoralne nie tylko z dezaprobatą, ale i wrogością. Seksualna prohibicja była w USA silnie zakorzeniona szczególnie w latach 40. i 50. czyli w okresie wywrotowej działalności Kinseya. Jeszcze do końca XX wieku w kilku stanach obowiązywało absurdalne prawo zakazujące – pod groźbą kary! – cudzołóstwa, miłości francuskiej, pikantnych słówek szeptanych do ucha i stosunków homoseksualnych. Filmowcy również nie pozostali w tej materii wolni, bowiem od lat 20. w Hollywood obowiązywał tzw. Kodeks Haysa, stanowiący, że filmy instytucję małżeństwa szanować muszą, a pruderia ma obowiązywać także w sypialni małżonków. Zabroniona była oczywiście nagość zarówno kobiety, jak i mężczyzny, choć i namiętny pocałunek był czymś szalenie drażliwym, a zdjęcie pończoch bądź spodni dalekie było od cnotliwości. Dzisiaj kojarzyć się to może wyłącznie z absurdem, choć jeszcze 50 lat temu było normą.

Pod koniec lat 30. Alfred Kinsey, specjalista od muszek owocówek, zorientował się, że ludzka seksualność przez naukę zbadana nie jest, a jeœli pojawiały się jakieś komentarze o płciowości, to zawsze naznaczone religijną moralnością, co wiarygodne oczywiście być nie mogło. Kinsey zaczął więc przeprowadzać wykłady dla nieuświadomionych studentów, a wkrótce podjął się pracy niebagatelnej: badania zachowań seksualnych kilkunastu tysięcy osób, od studentów i przyjaciół począwszy, na duchownych, pedofilach i więźniach skończywszy. W 1948 roku opublikował raport pt. Zachowanie seksualne mężczyzny, którego efektem był powszechny szok i publiczny skandal pomieszane z dezaprobatą i złością. Okazało się, że człowiek pod względem praktyk seksualnych jest istotą złożoną i niejednoznaczną. Z tego właśnie powodu pojęcie „normy”, w zetknięciu z biologicznym zróżnicowaniem, stało się względne i na nic tu utyskiwania moralistów i postękiwania kaznodziejów: seks jest istotną częścią egzystencji człowieka, przybierającą kilkaset typów zachowań, których oceniać się nie powinno. Naukowy obiektywizm to przede wszystkim bezstronność daleka od mniej lub bardziej taniego moralizatorstwa.

Jednak to, co dla nas wydaje się oczywistością, dla ówczesnych było falą niosącą wyłącznie moralne rozpasanie. Raport uderzał w powszechną świadomość istnienia seksualnej strony życia, tłumacząc na nowo hasła „masturbacji” (92% mężczyzn onanizuje się), „prostytucji” (69% korzysta z usług cór Koryntu) czy „cudzołóstwa” (50%). Kolejny raport, tym razem o kobietach, mówił o problemach podobnych, choć jednocześnie burzył wizerunek tradycyjnej strażniczki ogniska domowego: 62% Amerykanek się masturbuje, 50% traci dziewictwo przed ślubem, a 26% przyznaje się do „skoku w bok”. Oczywiście badania prowadzone przez Kinseya poddawane są obecnie krytyce, szczególnie statystyczne metody wzbudzają wiele kontrowersji, lecz nie doceniać ich nie sposób.

WIELE TWARZY KINSEYA

Seksualny portret Amerykanów wywołał szok, którego kontynuacją była rewolucja obyczajowa – niedługo potem powstała tabletka antykoncepcyjna, w sklepach pojawił się Playboy, w kinach seksualnie prowokujący Marlon Brando, James Dean i Marilyn Monroe. Sam Alfred Kinsey umarł na zawał serca w 1956 roku, trochę zapomniany i zakrzyczany przez obrońców amerykańskiej moralności. Film Billa Condona przypomina tę nietuzinkową postać, lecz nie jest to bynajmniej portret hagiograficzny. Kinsey był i jest legendą o dwóch obliczach – z jednej strony pionier badań nad wszelkimi aspektami seksualności człowieka i śmiały orędownik tolerancji wobec różnorodności, a z drugiej deprawator walczący z odwiecznymi wartościami tkwiącymi w amerykańskim społeczeństwie. Nie ulega wątpliwości, że Kinsey pozwolił wyzwolić się młodym ludziom spod władzy seksualnej represji, ale i po dzień dzisiejszy jest postrzegany jako symbol wielkiej przemiany społecznej, czego konserwatyzm za bardzo nie docenia.

Są w tym filmie kolejne oblicza głównego bohatera – biologa i męża. Kinsey najpierw jest naukowcem, potem dopiero mężem. Film Condona nie jest wcale słodkim obrazkiem i nie stara się wybielić zanadto głównego bohatera. Jest to człowiek w pełni, wręcz chorobliwie zaangażowany w naukę; aż tak bardzo, że sposób prowadzenia badań silnie wpływał na jego doświadczenia osobiste. Tego dowodem jest chociażby przelotny romans homoseksualny z jednym z asystentów – być może w ramach eksperymentu naukowego, a być może Kinsey dał upust swej naturze dotychczas skrywanej. Trudno powiedzieć, z pewnością był to swego rodzaju ślepy zaułek, w który zabrnął Kinsey, dbając o naukową dokładność i empiryczne doznania. Liam Neeson, chyba w najlepszej roli od czasów Listy Schindlera, doskonale oddaje tę złożoność i niejednoznaczność, która go gubi, gdy mowa o uczuciach. Sama miłość, ale i seks wydają się być sprowadzone do aspektu biologicznego, przed którym uciec się nie da. Laura Linney cudownie wciela się w rolę żony, która, co prawda, zawsze swego męża wspiera cierpliwością, lecz z jej oczu zawsze wyziera pewien rodzaj samotności domagającej się uczuć, których nazywać nie potrzeba. Jest tutaj scena, w której zachwyt pięknym lasem i pięknymi drzewami zostaje nazwany.

„Sequoia semperviren”.

Mówi Kinsey, tym samym odzierając rzeczywistość z magii. Ale czy warto tak mówić, tak żyć, w ten sposób kochać?

Seks to nie tylko biologia. I to jest wyśmienita, choć trochę banalna myśl, która pozostaje po seansie. Z tego powodu i oczywiście dla ciekawego portretu seksu w czasach aseksualnych warto obejrzeć Kinseya.

Tekst z archiwum film.org.pl (10.03.05).

Ostatnio dodane