Recenzje

Kino Klasy Z: Parasites

Zły film trzeba umieć dobrze zrobić, a Chad Ferrin właśnie pokazał, że warto śledzić jego dalsze poczynania.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

O dzielnicy, w której mieszkam, mawiano niegdyś „Kraina Latających Siekier”, i faktycznie sporo się tu działo, jak przystało na miejsce, gdzie rozpoczęła się druga wojna światowa, a marynarze wszelkich narodowości szukali rozrywek. Dzisiaj jest już znacznie spokojniej, ale nawet w najgorszym okresie nie były to rejony tak złowrogie jak miejsce, do którego zabierają nas twórcy Parasites.

Mam świadomość, że jeżeli chodzi o przestępczość, to Stany Zjednoczone reprezentują znacznie wyższy poziom niż Polska, ale kiedy trzej młodzi, żądni przygód mężczyźni zapuszczają się na obrzeża miasta, odkrywają alternatywną rzeczywistość, jakiej istnienia nawet nie podejrzewali. Ucieczka z piekła zgotowanego przez tytułowe, ludzkie pasożyty przypomina ucieczkę z Nowego Jorku, a właściwie Ucieczkę z Nowego Jorku, bo chociaż realia są zdecydowanie dzisiejsze, dalekie od postapokaliptycznego świata stworzonego przez Johna Carpentera, to klaustrofobiczny nastrój wielkomiejskiej enklawy, z której nie sposób się wyrwać, przywołuje skojarzenia z przebojem epoki VHS-ów.

Twórcy filmu nie mają dużego doświadczenia w branży, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że dzieciństwo spędzili w wypożyczalniach kaset wideo. Chad Ferrin nabierał reżyserskiego doświadczenia między innymi w niesławnym studiu Troma, gdzie pracował przy tworzeniu Tales From The Crapper.

Satysfakcjonujące tempo, ciągłe zwroty akcji i klaustrofobiczny nastrój.

Bez dwóch zdań była to cenna nauka, która umożliwiła stworzenie solidnego, wizualnie wiarygodnego Parasites przy bardzo niskich kosztach. Rozedrgana kamera nieco przeszkadza (czy istnieje chociaż jedna osoba, która jest zwolennikiem tego typu kręcenia?), a montaż podyktowany jest brakiem możliwości zainwestowania w efekty specjalne, ale mimo wszystko trudno odmówić sobie śledzenia dalszych losów Marshala Coltera. Świetnie sprawdza się także Matthew Olivo jako kompozytor nawiązujący do synthwave’owej stylistyki, aczkolwiek trochę niezrozumiały jest brak konsekwentności i wplatanie na przykład bluesowej piosenki odśpiewanej a cappella.

W obsadzie znalazło się kilku weteranów. Główny czarny charakter odgrywa Robert Miano, najbardziej znany z roli Sonny’ego Reda w Donnie Brasco, a do jego bandy trafił między innymi Joseph Pilato (Kapitan Rhodes z Dnia żywych trupów). Nikt nie powinien mieć jednak złudzeń, aktorstwo jest tu co najwyżej na znośnym poziomie, a bójki sprawiają wrażenie mniej realistycznych niż rozgrywki amatorskiej federacji wrestlingu.

Fabuła sprawia wrażenie bardzo prostej – banda degeneratów nie przepada za obcymi, więc gdy tylko zjawiają się trzej studenci w drogim samochodzie, zostaje wydany na nich wyrok śmierci. To właściwie tyle, ale jest także drugie dno, do odkrycia którego kluczem jest nazwisko głównego bohatera.

W 1809 roku podróżnik John Colter został schwytany przez plemię Czarnych Stóp. Jego towarzysza zabito, a on sam został rozebrany do naga i zmuszony do uczestnictwa w brutalnej grze tubylców – wypuszczono go tylko po to, aby po chwili wszcząć pościg. Okazało się jednak, że Colter to wprawiony biegacz, a to, co miało być rozrywką, przemieniło się w walkę o honor. W Parasites przez niemal osiemdziesiąt minut obserwujemy gonitwę z czasem, ale daleką od nudnej, wielogodzinnej podróży Bilbo Bagginsa w kinowym Hobbicie. Tempo, atmosfera i zwrot akcji w końcówce sprawiają, że seans jest bardzo satysfakcjonujący. Docenienie go wymaga oczywiście specyficznej wrażliwości i sentymentu do złych filmów, bez tych cech po film Ferrina nie warto sięgać.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane