Recenzje

Kino Klasy Z: Contract To Kill

Obejrzałem nowy film Stevena Seagala, żebyście wy nie musieli. Odbierzcie tę przestrogę na poważnie – "Contract To Kill” zmarnuje wasz czas.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Dzisiaj Steven Seagal bardziej przypomina nico niż Nico, postać, która uczyniła z niego tymczasowego króla – czy może bardziej namiestnika – kina akcji. Przez lata wygenerował dziesiątki mitów na swój temat; przekonywał, że szkolił agentów CIA; że jest znawcą zabytkowych mieczy; a nawet, że walczył z Yakuzą przy wsparciu amerykańskiej mafii… W Stanach Zjednoczonych stał się obiektem nieustających drwin, ale być może za kadencji Donalda Trumpa, którego jest gorliwym zwolennikiem (a przy okazji także Władimira Putina), powróci na salony. Tymczasem grywa głównie w bułgarskich szmirach, od czasu do czasu przypominając o swoim istnieniu.

Seagal przez całe życie odgrywa jedną rolę, zarówno na ekranie, jak i poza nim. Jego wygląd w wielu filmach jest niemalże identyczny, ponieważ wkłada po prostu te same ubrania, które nosi na co dzień. Wyróżnić można natomiast trzy stadia rozwoju „mody” według rzekomego mistrza aikido. We wczesnych produkcjach nosił dżinsy oraz skórzane kurtki, później głównie odzież kojarzącą się z egzotycznym wschodem, a obecnie skąpany jest w czerni. W końcu czarny wyszczupla, a ewidentnie mamy tu nadmiar kilogramów. Nikomu nie zamierzam wypominać wagi, ale w kinie akcji dobra forma jest bardzo ważna i nie mam na myśli morderczego treningu Johna Wicka, ale przynajmniej Barneya Rossa. W Contract To Kill nawet Russell Wong (znany właściwie tylko z Romeo musi umrzeć) wypada lepiej od aktora, którego w zamierzchłej przeszłości każdy dzieciak chciał naśladować. Prawie każdy, ja zawsze wolałem Van Damme’a.

Już po pierwszym starciu z przypadkowymi oprychami doświadczamy konsekwencji braku treningu. Właściwie nie wiadomo, co się dzieje. Montaż pozwala dostrzec wyłącznie fragmenty kończyn oraz upadające na ziemię „dzieci”, które Seagal postanowił poturbować. Takich scen jest jednak niewiele. Widz przede wszystkim zostaje zmuszony do wysłuchiwania… głupich (przepraszam, ale innego słowa nie da się użyć) dialogów, a także interrogacyjnych oraz śledczych umiejętności głównego bohatera, przy których Velma Dinkley wyrasta na asa wywiadu.

Nazwisko Seagala pojawia się jeszcze przed tytułem filmu w napisach początkowych, ale tak naprawdę wyróżnienie to należy się dronowi. Tak, dronowi. Poświęcono mu bardzo dużo ekranowego czasu i to właśnie on dostarcza najbardziej dynamicznych scen akcji, a w dodatku wyposażony został w najnowsze zdobycze technologii, na przykład w chałupniczo doczepiany karabin maszynowy, którego spust choć nie muśnięty, jakimś sposobem powoduje wystrzały. Amunicja również musi być nowinką przemysłu zbrojeniowego – wystarczy kilka strzałów w bagażnik i samochód wybucha. Zresztą technologia w Contract To Kill w ogóle stoi na trudnym do zidentyfikowania w czasie poziomie. O ile w John Wick 2 archaiczne komputery doskonale wpasowały się w alternatywną rzeczywistość stworzoną przez reżysera, o tyle komputer zajmujący całą walizkę Seagala przypomina zabawkę dla pięciolatka.

Contract To Kill jest zbiorem dziesiątek absurdów, które długo można by wymieniać. Najboleśniejsze jest jednak oglądanie intymnej relacji pomiędzy Liberatorem a młodszą o trzydzieści pięć lat Jemmą Dallender. Grana przez nią Zara śmieje się z żartów swojego herosa, uśmiecha się do niego, bacznie przygląda, ale trudno nie odnieść wrażenie, że jest to podejrzany, sponsorowany układ i to nie pomiędzy bohaterami, a pomiędzy aktorką i producentami (czyli między innymi pogromcą Yakuzy we własnej osobie). Widok jej nagiego ciała w objęciach dziadka jest natomiast wręcz niesmaczny, ale przynajmniej przez chwilę można zobaczyć Seagala grającego z zaangażowaniem.

Trójka w serwisie Metacritic nie jest ani przypadkowa, ani przesadzona. Contract To Kill nie nadaje się nawet jako tło do towarzyskiego spotkania z przyjaciółmi. Ekstremalna pozycja wyłącznie dla masochistów.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane