Recenzje

JUSTICE LEAGUE DARK. Animowana magia z Uniwersum DC

Przeciętna animacja z dużym potencjałem.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Animacje studia Warner Bros. oparte na świecie superbohaterów DC od czasu usunięcia się w cień kultowego Bruce’a Timma zalatują zepsutym śledziem (i to nie jest całkowicie wina Aquamana). Oczywiście, genialny twórca nadal udziela się jako producent wykonawczy, ale czasy zupełnie zmieniających rynek superbohaterskich animacji – pokroju Batman: The Animated Series czy Justice League Unlimited – są niestety już tylko melodią przeszłości.

Studio nadal jednak hurtowo produkuje pełnometrażowe filmy animowane, chwytając się różnych pomysłów. Całkiem niezłe wrażenie robią produkcje oparte na uznanych komiksach (Batman: Rok pierwszy, Mroczny rycerz – Powrót), ale tutaj praktycznie cała siła tkwi w materiałach źródłowych, a wady tych projektów stoją tylko po stronie osób odpowiedzialnych za adaptacje (karygodna treść dodana do Batman: Zabójczy żart, gdzie do świetnego starcia psychologicznego pomiędzy Batmanem–Gordonem–Jokerem twórcy musieli dodać okropny wątek bałamucenia Batgirl przez Batmana). Trafiają się także znakomite jednostrzałówki, gdzie twórcy mają mniej skrępowane ręce (Batman: Atak na Arkham). Najbardziej konsekwentna (w swojej bylejakości) jest jednak seria animacji opartych na uwarunkowaniach odświeżonego w 2011 roku świata komiksowego, gdy radykalnie postanowiono wsadzić do kosza sporą część historii postaci i sprawić, by komiksy były przystępne dla nowych odbiorców. Niestety dobór materiałów do przeniesienia na ekrany kina domowego nie był do tej pory (delikatnie mówiąc) zbyt dobry, a jeśli już trafiał się jakiś ciekawszy komiks, to scenariusz animowanej wersji podcinał mu nogi, przez co Liga Sprawiedliwości: Wojna, Syn Batmana, Liga Sprawiedliwości: Tron Atlantydy, Batman kontra Robin, Batman: Mroczne czasy i Liga Sprawiedliwości kontra Młodzi Tytani w najlepszych wypadkach były po prostu do przełknięcia. Ale ciężko byłoby z czystym sercem któryś z nich komukolwiek polecić.

Światełkiem nadziei mającym szansę przebić się przez tę skorupę nijakości był najnowszy projekt – Justice League Dark. Film oparty na jednym z ciekawszych tytułów zrestartowanego uniwersum komiksowego, gdzie w końcu nie świecą pyskami już tylko największe strzelby uniwersum, a pierwsze skrzypce grają postacie ściśle powiązane z magicznym światem DC – z których większość przez wiele lat znajdowała się poza głównym uniwersum, ponieważ ich serie wychodziły w imprincie Vertigo, prezentującym historie dla dojrzalszych czytelników, gdzie autorzy mogli pozwolić sobie na zdecydowanie więcej pod względem formy, narracji oraz tematyki. Wersja „superbohaterska” tych bohaterów jest jednak nadal na tyle interesująca, że przez kilka lat nad przeniesieniem ich przygód na ekran zastanawiał się sam Guillermo Del Toro (chociaż w jego zapowiedzi nie warto już za bardzo wierzyć).

Fabuła Justice League Dark jest mocno pretekstowa, nie znajdziecie tutaj żadnej zabawy z formułą czy próby ciekawszego ugryzienia abstrakcyjności magii świata DC. Ot, w powietrzu wisi jakieś wielkie zagrożenie, ludzie zaczynają wariować, widząc wszędzie demony, a drużyna niezgranych indywiduów w trakcie opowieści systematycznie łączy się do kupy – cały czas przekomarzając się podczas poszukiwania kolejnych nadnaturalnych MacGuffinów. W finale natomiast Wielkie Zło robi to, co Wielkie Zło robi najlepiej. Jest tutaj tylko jedna malutka wolta fabularna, ale ją można przewidzieć bardzo szybko.

Fabularnie nie ma więc żadnych cudów, ale na szczęście postacie wymiernie podnoszą poziom całości i wybijają ją na tle kolorowego potoku z poprzednich animacji. Najlepsze wrażenie sprawia tutaj John Constantine (niestety w trykociarskiej wersji PG, chociaż nadal zuchwale brytyjski), któremu głos podkłada Matt Ryan, wcielający się już w tego bohatera w przedwcześnie zamordowanym serialu telewizyjnym – aktor, znany wcześniej z roli Edwarda Kenwaya w grze Assassin’s Creed: Black Flag, po raz kolejny czaruje swoim akcentem i kreuje dosyć ciekawą wersję brytyjskiego maga. Bohater ten ma też całkiem niezłą chemię z czarodziejką Zatanną i naprawdę szkoda, że cały projekt nie skupia się właśnie na nich – są najciekawiej zarysowani, a w finalnej wersji próba zmieszczenia tutaj całego zastępu herosów kończy się tym, że wszyscy zostają potraktowani po macoszemu. A była szansa na stworzenie intrygującej marki, gdyby dołączyć resztę herosów dopiero w kolejnych odsłonach – bo Deadman (duch akrobaty mogący przejmować ciała żyjących), Etrigan (rymujący demon) czy, szczególnie, Swamp Thing zasługują zdecydowanie na więcej miejsca ekranowego/rozwinięcie osobistych wątków. Podobnie jak w przypadku filmowego uniwersum DC na łączenie ich w drużynę jest po prostu za wcześnie.

A żeby było jeszcze gorzej, to zupełnie bez pomysłu – jedynie dla przyciągnięcia widzów – dodano tutaj Batmana i (na szczęście w marginalnym stopniu) resztę Justice League. Mroczny Rycerz błąka się gdzieś z boku, jest elementem zbędnym, a twórcy cały czas wypychają go przed kamerę. Pokazuje to jeszcze bardziej, jaką sklejką jest ten produkt.

Ostatecznie nie jest to seans szczególnie bolesny i zapewnia lepszą rozrywkę niż cała zgraja poprzednich animacji z tej serii, ale zbudowany został z najprostszych schematów, powtarzając fabułę filmów animowanych z Ligą Sprawiedliwości. Ciekawe postacie podnoszą jakość całości i z chęcią zobaczę ich dalsze przygody, ale na stołku reżyserskim musi zasiąść ktoś zdecydowanie odważniejszy – bo ta marka ma poważniejsze uwarunkowania i widać pomiędzy kolejnymi uwięzionymi w klatce sekwencjami, jak próbuje się wyrwać, żeby zrobić coś brawurowego, niespodziewanego. Skoro w tytule jest to „Dark”, a podstawowy budulec stanowi magia niczym z horroru, to niech studio po prostu uwolni bestię – szczególnie że mają już na koncie animowane produkcje dla starszej widowni.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane