W stronę zachodzącego słońca

JOE KIDD

Rozrywkowy, ale nierówny i przebajerowany western.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Zabawy z bronią

Elmore Leonard to jeden z ulubionych pisarzy Hollywood. Na blisko pięćdziesiąt napisanych przez niego książek amerykańskie kino (i telewizja) zaadaptowało prawie połowę. Nic zatem dziwnego, że z czasem zaczęto zatrudniać Leonarda także do pisania scenariuszy. Łącznie stworzył ich dziewięć, choć z reguły w oparciu o własne powieści. Tych całkowicie oryginalnych miał na swoim koncie zaledwie parę, a pierwszym z nich był właśnie Joe Kidd z 1972 roku.

Choć darowano sobie wątki romantyczne, za tło robi tutaj polityka.

Tytułowy Joe (Clint Eastwood, a jakże!), to typowy „swój chłop” początków XX wieku – z pozoru stroni od kłopotów, choć i tak zawsze wydaje się być na bakier z prawem. Byłego łowcę głów poznajemy w więziennej celi jednego z miasteczek Nowego Meksyku. Traf chce, że akurat w tym samym czasie na mieścinę napada lokalny rewolucjonista Luis Chama (John Saxon), który pragnie sprawiedliwości dla swoich ludzi, represjonowanych przez bogatych właścicieli ziemskich. Jeden z nich – Frank Harlan w interpretacji niezawodnego Roberta Duvalla – urządza na Chamę istne polowanie, podczas którego własnoręcznie chce go zabić. Prosi o pomoc Kidda, który dobrze zna okoliczne tereny. Ten oczywiście odmawia, choć zmienia zdanie po tym, jak banda Chamy atakuje także jego ranczo i pracowników…

Fabuła nie jest tutaj zatem specjalnie oryginalna. Krótki, bo niespełna półtoragodzinny film niemal w całości skupia się na pościgu za / konfrontacji z Chamą i jego świtą. W jej trakcie przekroczone zostają kolejne granice życiowego kodeksu Kidda, który będzie zmuszony opowiedzieć się w końcu po którejś ze stron (czyli swojej). Choć, jak rzadko kiedy, darowano sobie wątki romantyczne, za tło robi tutaj polityka. Niestety, podobnie jak relacje pomiędzy głównymi graczami, słabo nakreślona, niezbyt emocjonująca, płaska. To efekt porzucenia dominującej na oryginalnych stronach historii Leonarda – co ciekawe, inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami z 1967 roku, od których pochodziła pierwotna nazwa skryptu: The Sinola Courthouse Raid – postaci Luisa Chamy na rzecz uwypuklenia bohatera Eastwooda. Bohatera, dodajmy, wcale nie pragnącego tym bohaterem być.

Z kolei samego Leonarda bardziej niż pełnoprawne postaci z krwi i kości wydają się interesować narzędzia, których ci używają do pozbawienia przeciwników życia. Franka Harlana specjalna strzelba Savage model 99, sportowy Remington-Keene kaliber 45-70, który nosi pod ręką Mingo; charakterystyczny, należący do Lamarra Simmsa Mauser C-96 z przedłużoną rękojeścią, czy w końcu strzelba Rossa model M-10, którą operuje Joe – Leonard dołożył wszelkich starań, aby każda z tych broni dostała swoje pięć minut i była we wszystkich najdrobniejszych aspektach zgodna z czasem akcji filmu. I rzeczywiście, prezentacja poszczególnych modeli oraz ich działanie w terenie mogą imponować – szczególnie znawcom tematu. Gorzej, że potrafią też niekiedy skraść aktorom całe sekwencje.

Żadna z postaci nie robi bowiem większego wrażenia. Clint ma wrodzoną charyzmę i lubi się go dla samego faktu, że jest Clintem. To plus parę obowiązkowych one-linerów robi swoje, lecz ze wszystkich występów legendarnego twardziela Joe Kidd należy bodajże do tych najsłabszych, najmniej wyrazistych. Eastwood zresztą z całą pewnością nie wspomina dobrze pracy na planie, bowiem przez większość zdjęć cierpiał na zapalenie oskrzeli oraz nawracające ataki paniki, co z pewnością odbiło się na jego zaangażowaniu w rolę. Odpowiedzialny za reżyserię sam John Sturges miał z nim zresztą sporo problemów, co ostatecznie doprowadziło do tego, iż Joe Kidd jest ostatnim westernem, w którym Clinta reżyseruje ktoś inny niż on sam.

W pewnym momencie twórcy w ogóle jakby porzucają clou intrygi, skupiając się na samej tylko akcji.

Reszta obsady także nie zachwyca. Duvall gra na pół nuty i choć wciela się w prawdziwego sukinkota to trudno go naprawdę nienawidzić. Z kolei Saxon jest nieobecny na ekranie przez większość czasu, więc z filmu pamięta się głównie potężne wąsy oraz solidną opaleniznę pochodzącego z Brooklynu syna włoskich imigrantów. Przemykający na drugim planie James Wainwright, Dick Van Patten i egzotyczna Stella Garcia nie wychodzą natomiast poza statyczne tło. Z tłumu wybija się jedynie Don Stroud w roli nieco obłąkanego Lamarra – ale i to jedynie dlatego, że aktor mocno szarżuje i ma specyficzne „ryło bandziora”, które fani Eastwooda mogą pamiętać również z nakręconego wcześniej Blefu Coogana (a reszta kinomanów także z późniejszej o ponad dekadę Licencji na zabijanie).

Wobec powyższego w pewnym momencie twórcy w ogóle jakby porzucają clou intrygi, skupiając się na samej tylko akcji – łatwej do przewidzenia, naprawdę porywającej jedynie chwilami. I, co gorsza, mocno przegiętej, czego efektem widowiskowy, wyjęty jakby z innego filmu finał z użyciem pociągu, który radośnie zaczyna rozwalać pół miasteczka – patent oryginalnie niebędący częścią scenariusza to ironiczny pomysł producenta Roberta Daleya, którego dowcip ekipa wzięła jak najbardziej serio i po prostu to nakręciła. Wszak skoro to jego pieniądze…

To niestety nie jedyne mankamenty Joe Kidda, którego problematyczna, nieskrępowana realizacja wyraźnie przeniosła się na gotowy produkt. Choć za kamerą twórcę Siedmiu wspaniałych wydatnie wspomogli jego stali współpracownicy – Bruce Surtees (zdjęcia) i Lalo Schifrin (muzyka) – to także i pod tym względem trudno mówić o pełnej satysfakcji. Udająca Nowy Meksyk Arizona wygląda jak zawsze wspaniale na dużym ekranie, a temat przewodni pomaga tworzyć atmosferę prerii. Lecz mimo tych paru widowiskowych scen całe przedsięwzięcie wydaje się bardzo kameralne, wręcz studyjne, mocno zachowawcze i niestety także puste w środku. Pozbawione jest to wszystko większych emocji, o jakichkolwiek refleksjach względem poruszonego na samym początku filmu tematu nie wspominając.

Nie przeszkodziło to oczywiście dziełu Sturgesa stać się umiarkowanym hitem kinowych kas (a warto wspomnieć, że był to przecież rok, w którym na ekranach królował Brudny Harry). Swoje zarobił potem także na rynku wideo, choć z drugiej strony budżet Joe Kidda pozostaje do dziś słodką tajemnicą studia Universal, więc nie wiadomo, ile naprawdę przyniósł zysków (dla porównania debiutujący w grudniu tego samego roku Jeremiah Johnson kosztował ponad trzy miliony dolarów, a wspomniany Brudny Harry – cztery).

Finansowe wyniki nie poszły jednakże w parze z sukcesem artystycznym i całe przedsięwzięcie bardzo szybko popadło w zapomnienie, ustępując kolejnym produkcjom tak Eastwooda, jak i Sturgesa. Dla tego drugiego był to zresztą jeden z ostatnich projektów w życiu – zanim pod koniec dekady przeszedł na zasłużoną emeryturę, nakręcił jeszcze tylko kryminalną odpowiedź Johna Wayne’a na przygody Brudnego Harry’ego – McQ i wojenny fresk z polskim akcentem, Orzeł wylądował.

Ostatecznie Joe Kidd to kino jak najbardziej rozrywkowe, jakie spokojnie można obejrzeć, a nawet i polecić. Choć niespecjalnie angażuje, to również nie nudzi i przy odpowiednim podejściu oraz zawieszeniu niewiary można się na tym rusznikarskim fetyszu całkiem dobrze bawić. Czasem to wystarczy. Przy czym nie ulega wątpliwości, że w tym przypadku z taką ekipą mogło i powinno być jednak o wiele lepiej.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane