Recenzje

JESZCZE DZIEŃ ŻYCIA (Cannes 2018)

Film Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente doskonale łączy ze sobą jawę z prawdziwym koszmarem.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

O niesamowitych podróżach Ryszarda Kapuścińskiego wiemy przede wszystkim z jego reportaży, które przyniosły mu miano czołowego autora literatury faktu. Kino jednak dotychczas stosunkowo niewiele skorzystało na wspaniałych kronikach naszego pisarza, który dokumentował egzotyczne krainy i niezwykle istotne wydarzenia. Szczęśliwie jednak powstało dzieło takie jak Jeszcze dzień życia, nie tylko wizualnie oszałamiające, ale też pokazujące ogrom pasji autora Hebanu.

Film Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente doskonale łączy ze sobą jawę z prawdziwym koszmarem.

Nie do końca jednak wiadomo, czy polsko-hiszpańska koprodukcja portretuje pasję, czy może jednak powołanie lub szaleństwo. A może każde z nich po trosze? Jeszcze dzień życia za sprawą połączenia technik animacji z fragmentami kronik i reportaży filmowych jawi się jako dzieło po części rzeczywiste, po części wyśnione i wyobrażone. Film Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente doskonale łączy ze sobą jawę z prawdziwym koszmarem – na tym polu porównania z Walcem z Baszirem wydają się bardzo uzasadnione i, szczerze pisząc, byłbym zdziwiony, gdyby twórcy wypierali się inspirowania filmem Ariego Folmana. Nie ma bowiem powodu, by się tego wstydzić – Nenow i de la Fuente nie kopiują słynnego poprzednika, ale bazując na podobnym wykorzystaniu emocji deformujących rzeczywistość, tworzą spektakl dalece bardziej złożony i wyrazisty. Są tu zatem sceny całkowicie odrealnione, pięknie zaanimowane, choć złowieszcze, a także nagrania prawdziwych, historycznych postaci, z którymi kontakt miał Kapuściński. Pojawiają się nie tylko za sprawą archiwalnych nagrań, ale zupełnie współczesnych materiałów, które reżyserzy Jeszcze dnia życia zarejestrowali w kilkadziesiąt lat po wydarzeniach przedstawionych w filmie.

Fabuła zaś skupia się wokół wojny domowej w Angoli, która rozgrywała się w afrykańskim kraju w latach 70. ubiegłego stulecia. Pracujący dla Polskiej Agencji Prasowej Kapuściński za sprawą teleksów informował centralę w kraju o konflikcie zbrojnym w byłej portugalskiej kolonii. Proklamowanie niepodległości w przypadku Angoli nie było końcem traumy, lecz jej początkiem – właśnie w tym okresie rozgorzał w południowoafrykańskim kraju konflikt, który z różnym natężeniem trwał od 1975 do 2002 roku. Jeszcze dzień życia opowiada o początkowej fazie wojny, kiedy to komunistyczne bojówki wspierała Rosja, a później Kuba, front kapitalistyczny otrzymywał zaś pomoc z USA i RPA. Ryszard Kapuściński przebywał w Angoli kilka miesięcy i – zamiast tracić czas we względnie spokojnej stolicy, Luandzie – zabiegał o pozwolenie miejscowych władz na wyjazd na wschodni front, którym po stronie komunistów (Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli) dowodził Portugalczyk Farrusco. Nie zważając na niebezpieczeństwo, Kapuściński namawia zaprzyjaźnionego lokalnego dziennikarza do niezwykle ryzykownego wyjazdu na wschód kraju. I wtedy poznaje, co znaczy piekło na Ziemi.

Twórcy filmu nie szczędzą nam brutalnych scen, choć za sprawą przepięknej animacji nie przerażają one tak jak rzeczywistość. Przerażają natomiast mroczne, surrealistyczne wizje Kapuścińskiego, który raz po raz powraca myślami do zajęć ze studentami na Uniwersytecie Warszawskim, przypominając sobie własne wskazówki, których udzielał aspirującym dziennikarzom. Etyka i misja zawodowa zajmują w Jeszcze dniu życia miejsce szczególne – położenie, w jakim znajduje się polski dziennikarz, stawia go przed decyzją, która może zaważyć na losach wojny. W tym elemencie film Nenowa i de la Fuente przypomina kino szpiegowskie w najlepszym wydaniu – napięcie sięga zenitu, a Kapuściński siedzi przy klawiaturze teleksu niczym saper usiłujący przeciąć odpowiedni przewód detonujący bombę. Z pozoru mało atrakcyjna tematycznie dla polskiego widza animacja zyskuje niesamowitą głębię – nie tylko poznajemy głównego bohatera i jego rozterki, ale też szerszy kulturowy kontekst. Współczujemy Angolczykom wojennej tragedii, angażując się też w historie poszczególnych postaci – głównie dzięki zabiegowi uzupełniania animacji materiałami dokumentalnymi. Wykreowana w wyobraźni autorów warstwa wizualna zyskuje prawdziwą twarz, z którą o wiele łatwiej jest się utożsamić widzowi.

Jeszcze dzień życia wygląda i brzmi rewelacyjnie – to prawdziwe widowisko, które zasłużyło na to, by zdobywać nagrody na całym świecie. Jest to nie tylko adaptacja powieści Kapuścińskiego, nie tylko kronika autentycznych, przerażających wydarzeń, ale też portret dziennikarza z powołaniem, które graniczy z szaleństwem. Ryszard Kapuściński jest tu prawdziwym bohaterem przez duże B – poczucie misji nie pozwala mu siedzieć spokojnie, lecz każe poszukiwać prawdy. I nawet jeśli wizja Nenowa i de la Fuente jest nieco zbyt idealistyczna i górnolotna, to prezentuje się obłędnie i przemawia do widza – głośno i wyraźnie.

Ostatnio dodane