Recenzje

JAK W NIEBIE. Wspomnienie Michaela Nyqvista

Piękny, ujmujący prostotą film o tym, aby żyć i czerpać z tego życia jak najwięcej.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Kwintesencja wrażliwości

27 czerwca był smutnym dniem dla wielu kinomanów. W wieku zaledwie 56 lat zmarł Michael Nyqvist, szwedzki aktor, najbardziej znany z głównej roli w adaptacji słynnej trylogii Millennium. Grał też w kinie hollywoodzkim – partnerował Tomowi Cruise’owi w Mission: Impossible – Ghost Protocol, bardzo ciekawą kreację stworzył w Johnie Wicku. Dla mnie jednak Nyqvist zawsze kojarzyć się będzie z filmem Jak w niebie.

Ta szwedzka produkcja w 2005 roku nominowana była do Oscara w kategorii nieanglojęzycznej. Wygrał wtedy hiszpański W stronę morza, i to jak najbardziej sprawiedliwy werdykt, ale do dziś pamiętam, jak wielką i przyjemną niespodzianką był dla mnie pierwszy seans Jak w niebie. Teraz, w obliczu informacji o przedwczesnej śmierci Nyqvista, obraz ten nabiera szczególnego znaczenia.

Główny bohater przypomina sobie o dawnych ideałach - stworzeniu muzyki otwierającej serca.

Fabuła opowiada o światowej sławy kompozytorze, który po ciężkim zawale decyduje się przerwać karierę. Wraca do rodzinnej wioski. Chce zaszyć się w domu i wreszcie zaznać spokoju. Ale nie będzie o to łatwo. Wieść o jego przyjeździe szybko roznosi się w małej społeczności. W końcu mężczyznę odwiedza też pastor, proponując mu poprowadzenie przykościelnego amatorskiego chóru. Jako że znajduje w grupie jedną utalentowaną osobę, postanawia podjąć się zadania. Reszta prezentuje co prawda fatalny poziom, ale z czasem okazuje się, że nie o śpiewanie tutaj tak naprawdę chodzi. Regularne spotkania tych najróżniejszych, zmagających się z wieloma problemami ludzi przekształcają się w coś na kształt sesji terapeutycznych. Daniel, bo tak ma na imię główny bohater, staje się katalizatorem zmian w wiosce. W tym szarym, nieco smutnym miejscu, pojawia się światło. Szczególnie dobrze widać to w wątku obdarzonej anielskim głosem Gabrielli, kobiety będącej ofiarą przemocy domowej. Dzięki chórowi wreszcie zaczyna wierzyć w siebie. Daniel, dla którego w ostatnich latach liczyła się tylko kariera, przypomina sobie o dawnych ideałach – stworzeniu muzyki otwierającej serca.

Film wzrusza, ma się wrażenie, jakby oglądało się rzeczywistą wioskę z mieszkańcami, którzy w końcu mają szansę zmienić swoje życia na lepsze.

Brzmi banalnie? Może i tak. Ale sposób, w jaki zrealizowano ten film, sprawia, że nie mamy do czynienia z kolejną tanią, tandetną historią – zamiast tego jest prostota, a to już nie wada, a wielka zaleta. Bohaterowie Jak w niebie wydają się prawdziwi, łatwo uwierzyć w ich stopniową przemianę. Dzięki temu możemy się z nimi identyfikować, a to pierwszy krok do tego, aby film poruszał. W rodzimej Szwecji produkcja Kaya Pollaka biła rekordy popularności, więc można założyć, że reżyser osiągnął swój cel. Owszem, ten skandynawski kraj ma lekkiego fioła na punkcie muzyki, ponoć w chórach regularnie śpiewa tam prawie milion ludzi, ale raczej nie był to jedyny powód tak dużej popularności tego tytułu. Historia z Jak w niebie naprawdę wzrusza, ma się wrażenie, jakby oglądało się rzeczywistą wioskę z mieszkańcami, którzy w końcu mają szansę zmienić swoje życia na lepsze. Jest w tym filmie sporo pięknych, zapadających w pamięć scen, ale to, co robi największe wrażenie, to jednak wymowa całości. Wcale nie bajkowa, wcale nie hurraoptymistyczną, bez klasycznego happy endu. Choć momentami można pomyśleć, że oglądamy hollywoodzką produkcję „made in Sweden”, ta europejskość jednak przebija się na powierzchnię i ustala ostateczny kształt filmu.

Pollak powrócił do kina po bardzo długiej, 18-letniej, przerwie. Jego Älska mej był sukcesem – pokazywano go nawet w konkursie głównym festiwalu w Berlinie. Potem jednak nie nakręcił już niczego innego aż do Jak w niebie. Na pomysł na ten film wpadł, kiedy odbierał żonę z… próby chóru. Z czasem zaczął przyjeżdżać coraz wcześniej, aby móc posłuchać śpiewu tych ludzi – stwierdził, że muzyka naprawdę stanowi kwintesencję naszej wrażliwości. Napisał scenariusz, znalazł producentów, i ruszył na północ Szwecji, aby rozpocząć zdjęcia. Do głównej roli wybrał Michaela Nyqvista, z którym znał się już wcześniej. Aktor dopiero co otrzymał nagrodę Szwedzkiego Instytutu Filmowego za melodramat Facet z grobu obok. Daniel z Jak w niebie to zupełnie inna rola, ale obie te postaci miały wspólną cechę – miały poruszać widza. Pollakowi wydawało się, że Nyqvist będzie idealny jako mężczyzna, który zbyt późno zdecydował się otworzyć swoje chore serce.

Nie mylił się. To naprawdę świetna kreacja, taka, od której bije światło, a jednocześnie niepróbująca przypodobać się widzowi za wszelką cenę. Właśnie ten film otworzył Nyqvistowi drzwi do międzynarodowej kariery. Nie jest to żadne arcydzieło czy odkrywcza produkcja, która zmieniła oblicze kina. Jak w niebie to „zaledwie” piękny, ujmujący prostotą film o tym, by żyć i próbować czerpać z tego życia jak najwięcej – dążyć do szczęścia, kochać, cieszyć się z małych rzeczy. Wszyscy mamy chyba nadzieję, że taką postawę prezentował też szwedzki aktor. Odszedł zdecydowanie zbyt wcześnie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane