Recenzje

IMMORTAL – KOBIETA PUŁAPKA (2004)

W pułapce kiczu.

Autor: Tomasz Jamry
opublikowano

Ogólna beznadzieja

Ile jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim międzynarodówka filmowców zrozumie, że świat efektów specjalnych traci na znaczeniu? Ile jeszcze powstanie projektów skazanych na finansową klapę, zanim owi twórcy zrezygnują z przerostu formy nad treścią? I to formy w najbardziej kiczowatym wydaniu. Oto właśnie zaserwowano nam film, który ani treścią, ani również formą nie wznosi się ponad przeciętność, a nazwisko reżysera-artysty, Enki Bilala, powinno zostać wycięte z napisów końcowych, jeśli ten nie chce być posądzany o kicz. Jego najnowsze tak zwane dzieło to przykład tego, iż nawet film zrobiony w Europie może okazać się kompletnym nieporozumieniem. Nawet jeśli poda się go w bardzo sentymentalnej otoczce, przypominającej Langowskie Metropolis, a utrzymane w poetyce Dickowskiej adaptacji marzeń o elektrycznych owcach.

Pierwsze potknięcie to scenariusz.

Zamierzenie, jakie chciał osiągnąć Bilal, czyli połączenie zdjęć kamery z grafiką komputerową, a wszystko to w oparciu o blue i green boxy, nie zdało egzaminu. Pierwsze potknięcie to scenariusz, powstały na podstawie własnych opowiadań komiksowych reżysera. Nie dość, że nie trzyma się kupy, to jeszcze na dodatek postmodernistycznym trendem próbuje wymieszać konwencję egipskiej mitologii, cyberpunkowego świata i wątku miłosnego. Jakże mylny jest sam tytuł filmu – Immortal – skoro zabiegi owego nieśmiertelnego sprowadzają się do ratowania samego siebie przed śmiercią. Paradoks? A może reżyser sam zapomniał, co chciał przekazać. Blado wypadają też dialogi, a te w staroegipskim bodajże to wołają o pomstę do Ra:

-Ty musisz być Anubis, bóg śmierci.
-Ty pier… ny bękarcie, już nigdy nie wymienisz imienia szakala…

Drugie potknięcie to obsada. Sceny, w których biorą udział rzeczywiści aktorzy, są jakby wycięte z hallmarkowej produkcji, powstałej z myślą o niedzielnych popołudniach w domach złotej jesieni. Aktorstwo, poza kilkoma wyjątkami, nie dorównuje szkolnym przedstawieniom jasełkowym. Kiepsko prezentują się nawet Charlotte Rampling i Thomas Kretschmann, znany chociażby z niezłych kreacji w Upadku i Pianiście. Jeszcze gorzej wypadają animowane postaci, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie dialogowe. Ciekawe, że głos i sposób mówienia Horusa (Thomas Pollard) brzmi, jakby został wprost wycięty z kwestii dialogowej Gary’ego Oldmana w Draculi.

Trzecim mankamentem tego filmu jest nuda. Nic się nie dzieje. Aż chce się wyjść. Przyciszone dialogi, czasem narracja, próbują spotęgować wrażenie pustki, podobne jak w przypadku Blade Runnera. Nic bardziej mylnego, gdyż owe szepty jedynie usypiają. Również udźwiękowienie nie stoi na najwyższym poziomie, choć w przypadku muzyki trzeba uznać, iż została bardzo dobrze dobrana. Zwłaszcza piosenka Sigur Rós oraz kilka mniej znanych francuskich kompozycji. Ambientowa ścieżka dźwiękowa Gorana Vejvody buduje dość specyficzną atmosferę obrazu i jest jednym z niewielu plusów, jakie można tutaj odnaleźć.

Kolejnym plusem jest wspaniała grafika, zwłaszcza tła, stanowiąca główne podłoże tego filmu i jedną z nielicznych w nim atrakcji. Tekstury budynków i pojazdy wyglądają naprawdę imponująco. Wygląd miasta, bardzo podobny do tego z Piątego elementu czy Blade Runnera, robi wrażenie. Niestety gorzej się ma animacja pojazdów i postaci. Te ostatnie czasami poruszają się bardzo sztucznie. Również mimika ich twarzy to nie to, do czego przyzwyczaili nas twórcy Final Fantasy. Ciekawa bywa cyfrowa scenografia, zarówno w budynkach, jak i na zewnątrz, np. scena poza granicami miasta z udziałem Johna, Jill i Nikopola. Niestety grafika komputerowa i efekty specjalne zdominowały ten film, a scenariusz został potraktowany jedynie jako dodatek do pokazania możliwości zaawansowanych technologii. A można było to lepiej wykorzystać, gdyż sama idea niniejszego obrazu jest ciekawa.

Reżyser jednak im bliżej końca, tym bardziej popada w kicz, a ostatnią scenką to już przechodzi chyba najgorsze koszmarki kina klasy B. Poleciłbym tę francusko-brytyjską produkcję jedynie ze względu na efekty wizualne. Ale nawet im nie udaje się przyćmić ogólnej beznadziei scenariusza, dialogów i okropnej gry aktorskiej. Zastanawia jedynie to, co Bilal chciał rzeczywiście przekazać tym filmem. Wszystko to już widzieliśmy, a nienajlepsze połączenie zdjęć kamery i grafiki komputerowej jest, co prawda, jakimś krokiem naprzód w dziedzinie nowoczesnej animacji, ale droga do osiągnięcia zadowalającego rezultatu wydaje się być jeszcze daleka.

Tekst z archiwum film.org.pl (11.11.2004).

Ostatnio dodane