Recenzje

HOTEL RUANDA (2004)

Film zrealizowano z precyzją, która zdradza ogrom pracy wykonanej przed rozpoczęciem zdjęć. Terry George nie epatuje widza tanim sentymentalizmem. Doskonale wie, że fakty same w sobie są już wystarczająco dobitne.

Autor: Paweł Marczewski
opublikowano

Afryka podzielona

Kiedy kilka lat temu oglądałem znakomity kanadyjski dokument „Ostatni sprawiedliwy”, opowiadający historię Romeo Dallaire’a, wojskowego dowodzącego siłami ONZ w Ruandzie ogarniętej krwawym terrorem, miałem poczucie, że śledzę historię niesłychanie istotną. Rzeź dokonana przez Hutu na zamieszkujących ten sam kraj Tutsi stanowi kolejną czarną kartę w XX -wiecznej historii. Ludobójstwo, jakiego dokonano w Afryce w 1994 roku, powinno było choćby częściowo uświadomić ludziom Zachodu to, co dzieje się na Czarnym Lądzie.

Kiedy biali turyści opuścili luksusowe hotele, eleganckie posiadłości, porzucili w popłochu kije golfowe i czym prędzej wsiedli do samolotów, które zabrały ich w bezpieczne części świata, wszyscy o sprawie zapomnieli.

Tymczasem syty Zachód po prostu zamknął oczy, zbył milczeniem problemy narosłe przez lata kolonizacji i zrzekł się wszelkiej za nie odpowiedzialności. Kiedy biali turyści opuścili luksusowe hotele, eleganckie posiadłości, porzucili w popłochu kije golfowe i czym prędzej wsiedli do samolotów, które zabrały ich w bezpieczne części świata, wszyscy o sprawie zapomnieli. Wszyscy poza kanadyjskim dowódcą, starającym się w miarę możliwości nieść pomoc wspólnie ze swoim niewielkim oddziałem. Dallaire nie jest jednak zadowolonym z siebie bohaterem – to człowiek całkowicie załamany tym, że nie udało mu się uratować wszystkich, których uratować należało. W niczym nie zmniejsza jego bólu świadomość, iż po prostu nie był w stanie tego dokonać w sytuacji, gdy ONZ nie zdecydowało się na zbrojną interwencję. Postać kanadyjskiego wojskowego to jednakże jedynie jedna strona tej opowieści. Jest jeszcze Paul Rusesabagina, pracownik ekskluzywnego hotelu Milles Collines. Człowiek, który uratował dziesiątki ludzi, udzielając im schronienia w zarządzanym przez siebie obiekcie. To on jest głównym bohaterem znakomitego filmu Terry’ego George’a „Hotel Ruanda”.

Od razu należy zaznaczyć, że nie jest to historia opowiedziana ku pokrzepieniu serc. Owszem, najważniejsza postać to człowiek znajdujący w sobie dość siły, aby przeciwstawić się okrucieństwu (Paul jest Hutu, wprawdzie żonatym z kobietą z plemienia Tutsi, ale w oczach oprawców należącym do ich rasy). Czeka go jednak bolesne rozczarowanie – choć usilnie starał się zeuropeizować, spełniać oczekiwania swych belgijskich mocodawców, zarówno o nim, jak i jego rodakach po prostu zapomniano, kiedy okazało się, że ich kraj przestał być bezpiecznym miejscem wakacyjnych eskapad. To film o ogromnym męstwie, na jakie zdobywają się zwykli ludzie, ale i ogromie ludzkiej hipokryzji. Tytułowy hotel to oczywiście budynek, który dzięki odwadze i sprycie Paula staje się schronieniem przed falą bestialstwa. Tytuł jest jednak dwuznaczny – chodzi tu również o cały kraj, który był celem wycieczek, niegdysiejszą kolonią zamienioną w luksusowy kurort. Kiedy sytuacja stała się niebezpieczna, Ruanda została opuszczona niczym nierentowny hotel, w którym nawaliła kanalizacja.

Film zrealizowano z precyzją, która zdradza ogrom pracy wykonanej przed rozpoczęciem zdjęć. Terry George nie epatuje widza tanim sentymentalizmem. Doskonale wie, że fakty same w sobie są już wystarczająco dobitne. Nie oznacza to jednak, że historia opowiada się sama – postacie są zbudowane niesłychanie precyzyjnie. Nie dotyczy to jedynie Paula i jego najbliższego otoczenia, ale i postaci drugoplanowych, jak grany przez Nicka Nolte pułkownik Oliver, alter ego Dallaire’a, czy George Rutaganda dowodzący rozjuszonymi oddziałami Hutu. Jego dyszące nienawiścią przemówienia będą transmitować uliczne szczekaczki. Atmosfera zagrożenia jest tu wszechobecna, hotel jest niczym niewielka szalupa unosząca się na morzu okrucieństwa. Oprawcy są nieprzewidywalni – niektórzy z nich mordują powodowani jedynie chęcią zysku, inni pałają ślepą nienawiścią zakorzenioną w propagandzie.

Paul Rusesabagina, choć istniał naprawdę, jest równocześnie postacią symboliczną; bohaterem, ale i w pełni zeuropeizowanym mieszkańcem Afryki, który miał wszelkie prawo, aby poczuć się oszukanym, zdradzonym przez tych, z którymi jeszcze do niedawna prowadził uprzejme konwersacje w hotelowych korytarzach. Kunszt aktorski Dona Cheadle oraz wyczucie zarówno scenarzystów, jak i reżysera sprawiają, że nie jest to postać posągowa, ale żywy człowiek drżący o swoją rodzinę. Paul śmiertelnie się boi, umie jednak przezwyciężyć lęk i wziąć odpowiedzialność za ludzi, którzy błagają go o pomoc. Ma oczywiście chwile zwątpienia, w obliczu milczenia Zachodu doznaje poczucia życiowej klęski, przekonuje się boleśnie, że życiowa droga, jaką obrał, nie gwarantuje mu równych praw. Europeizacja okazała się marnym zabezpieczeniem przed plemiennymi podziałami – nie tylko dla niego, ale i dla całego kraju. Paradoksalnie to jego odpowiednie pochodzenie, a nie nienaganne maniery i skrojony na miarę garnitur, gwarantują mu bezpieczeństwo. Fakt, który czyni jego moralne dylematy jeszcze poważniejszymi. Nie jest to jednakże wyłącznie problem Rusesabaginy, ale również, a może przede wszystkim, wyzwanie rzucone uśpionym sumieniom Zachodu.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane