Recenzje

HARRY ANGEL. 30 lat od premiery

Otchłań jest coraz bliżej.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl.

Alan Parker ma na swoim koncie szereg dzieł filmowych, z których kilka stało się już pozycjami (z braku lepszego słowa) kultowymi. Nikomu nie trzeba przypominać znanych filmów muzycznych, takich jak The Wall i Fame, czy doskonałych dramatów: Ptaśka i Midnight Express. Mimo słabszej ostatnimi laty formy, pozycja brytyjskiego reżysera jest niekwestionowana. Ma wszakże Parker w swoim dorobku dokonanie trochę chyba zapomniane, a pod wieloma względami zupełnie wyjątkowe i w moim mniemaniu najlepsze w jego dotychczasowej karierze, chodzi oczywiście o film Harry Angel (ang. Angel Heart).

Jest rok 1955, nowojorski detektyw Harold (Harry) Angel (Mickey Rourke) zostaje za 125 dolarów dziennie wynajęty przez tajemniczego arystokratę Louisa Cyphre’a (Robert De Niro) w celu odnalezienia popularnego w czasie wojny jazzowego swingera Johnny’ego Favourite’a. 12 lat wcześniej Johnny zniknął, nie dopełniwszy warunków umowy zawartej z panem Cyphrem. Angel Heart, oparty na powieści Williama Hjortsberga pod wiele mówiącym tytułem Falling Angel (Upadający anioł) jest filmowym zapisem tego śledztwa.

Na samym początku warto wspomnieć o tym, że Angel Heart nie jest wierną adaptacją powieści Hjortsberga, wykorzystuje szereg zaczerpniętych z niej wątków oraz jej fabularny szkielet, ale inaczej rozkłada akcenty, czyniąc film bardziej pasjonującym i angażującym widza niż literacki pierwowzór. Co ciekawe, w odróżnieniu od powieści, która jest klasyczną historią detektywistyczną, film na niej oparty zaskakuje widza bardziej złożoną formą, mieszając wątki kryminalne z elementami nadnaturalnymi. Zadecydowało to o tym, że obraz Parkera wszedł do ścisłego kanonu amerykańskiego filmu satanicznego, dzięki czemu znalazł się w tak doborowym towarzystwie, jak Dziecko Rosemary Polańskiego czy Omen Donnera.

Parker za Hjortsbergiem wprowadza nas w światek czarnych jazzmanów, zadymionych spelunek i tajemniczych obrzędów kultywowanych przez kolorowych potomków haitańskich niewolników. Wraz z Harrym pozwala nam przemykać ciemnymi zaułkami Nowego Jorku i Nowego Orleanu, stolicy amerykańskiego kultu voodoo. Idąc krok w krok za detektywem poznajemy wszystkie osoby dramatu sprzed lat. Johnny był popularnym jazzmanem z czasów II wojny światowej, został powołany do armii, gdzie trafił do Korpusu Rozrywkowego, którego zadaniem było podnoszenie morale amerykańskich żołnierzy stacjonujących tysiące mil od domu.

Johnny wraz z zespołem pada jednak ofiarą niemieckiego bombardowania w Północnej Afryce i wraca do domu w stanie niewiele różniącym go od warzywa, w następstwie czego ląduje w szpitalu dla weteranów, gdzie ma dokonać swoich dni. Po 12 latach jednak wychodzi na jaw, że Johnny’ego w szpitalu nie ma. Wkrótce po powrocie z wojny został on bowiem wypisany przez nieznajomego, ukrywającego się pod nazwiskiem Edward Kelley. Zobowiązanie jednak, którego podjął się krótko przed zaciągnięciem do armii, wciąż pozostaje w mocy.

Startując z tego poziomu widz wie dokładnie tyle, ile Harry Angel. Z początku wygląda to dokładnie tak, jak się zapowiadało – naciągnięty na pieniądze i pokrzywdzony wierzyciel zdecydował się odnaleźć winnego. Spojrzenie jednak zmienia się radykalnie, kiedy pojawia się pierwsza (tak, tak, będzie więcej) ofiara. Widz czuje się równie zdezorientowany, jak główny bohater, bo oto prosta z pozoru sprawa poszukiwanego dłużnika zaczyna ujawniać swoje drugie dno. Zleceniodawca musi dopłacić, a w zasadzie przekupić detektywa, który na co dzień stykając się raczej z małżeńską niewiernością niż samobójcami traci ochotę na zajmowanie się sprawą.

Harry podąża wątłym śladem pozostawionym przez Johnny’ego: do jego współpracowników, jego kochanki, jego córki wreszcie. Z każdym krokiem brodzi coraz głębiej we krwi, zapada się w bagnie rytualnych morderstw, obrzędów i własnych koszmarów, każdy krok zbliża go ku otchłani. Dno jest tuż, tuż.

Angel Heart jest kolejnym jakże prawdziwym przykładem tego, że w poczuciu własnej wielkości i mocy człowiek jest w stanie stanąć na krawędzi przepaści i zatańczyć z samym Diabłem. Grzech pychy nieodłącznie towarzyszy nam w życiu, unosząc się nad nami niczym sęp nad padliną. Pychą grzeszą Johnny Favourite i Harry Angel, nie doceniając przeciwnika, z którym przyszło się im zmierzyć. Ten, Który Niesie Światło, dąży do ustalonego celu z konsekwencją piekielnego komornika, a celem jest wyrównanie rachunków. Lucyfer był ulubieńcem Boga, zwano go Świetlistym, bunt przypłacił strąceniem w Otchłań, a z morza ognia wyłonił się jako Odwieczny Przeciwnik. Tu znajdujemy uzasadnienie dla tytułu powieści Hjortsberga (Falling Angel) i zabawnej paraleli między tym, co spotkało boskiego ulubieńca i człowieka o anielskim nazwisku.

Dla Lucyfera musi być szczególnie satysfakcjonujące przyglądanie się ludziom powtarzającym cykl, którego on sam doświadczył, z tą różnicą, że teraz on występuje w roli jedynego sędziego i prokuratora, a koniec jest zawsze ten sam. Pozwolić wzbić się na wyżyny możliwości, pozwolić zaznać uwielbienia tłumów, powodzenia u kobiet i bogactwa. Obserwować nadymające się niczym rybi pęcherz ego, obrastanie w pychę i pewność siebie, by jednym ruchem zniweczyć wszystko, a potem patrzeć, jak się wiją, próbując wykaraskać z sytuacji, która ich przerosła. Johnny Favourite osiągnął szczyt, zachłysnął się władzą, w swojej pysze doszedł do wniosku, że osiągnął poziom, na którym sam Szatan mu nie straszny, myślał, że Diabła można pokonać, okpić go, ograć niczym naiwniaka przy pokerowym stoliku. Tyle że do tej pory udało się to tylko jednemu.

Harry Angel jest popisem dwóch aktorów: Mickeya Rourke’a, który w roli niechlujnego detektywa Harolda Angela tworzy bodaj swoją najlepszą rolę w karierze, i Roberta De Niro, który, choć jest rzadkim gościem na ekranie, całkowicie go opanowuje, wywołując ciarki każdym pojawieniem się. Jego Louis Cyphre to prawdziwy arystokrata, który swoją klasą rozpiera ekran, a gdy w jednej ze scen pochłania symbolizujące duszę i życie, białe jak śnieg jajko, odbieramy to jak coś fascynującego i perwersyjnego jednocześnie. Rola ta pierwotnie została napisana dla Marlona Brando i dopiero gdy okazało się, że ten nie mógł jej przyjąć, trafiła w ręce Roberta De Niro. Dziś trudno wyobrazić sobie na jego miejscu kogokolwiek innego.

Postać Cyphre’a, mimo że pojawia się na ekranie zaledwie kilkukrotnie, jest głównym motorem wydarzeń i warto jej poświęcić dłuższą chwilę. Odwrotnie niż u Hjortsberga, który przedstawia Louisa Cyphre’a raczej jako kabotyna i efekciarza, skrywającego się za maską dystyngowanego biznesmena, Parker postawił na zdecydowanie spójny wizerunek wyrafinowania i dobrego gustu, acz niepozbawionego odrobiny perwersji, którą De Niro jest w stanie oddać jednym grymasem twarzy. Mimo że na barkach duetu Rourke – De Niro spoczął praktycznie cały ciężar fabuły, nie ma wątpliwości, że wywiązał się on ze swojego zadania doskonale.

Dzieło Alana Parkera jest nie tylko filmem grozy, ale swego rodzaju rozprawą nad ludzką ułomnością i pychą, dającą nam często złudne przekonanie o własnej nieomylności. Od początków ludzkości prześladuje nasz gatunek chęć zapanowania nad demonami, zarówno demonami natury, jak i tymi ze świata spoza granicy naszej zmysłowej percepcji, tymi, których istnienie bardziej przeczuwamy niż pojmujemy. A my? Cóż, my nie potrafimy zapanować nawet nad demonami, które panoszą się na naszym własnym podwórku – w naszych głowach.

You’re going to burn for this, Angel.
I know. In hell!

Ostatnio dodane