Recenzje

HALLOWEEN Johna Carpentera. Natura upiora

Michael Myers wraca do domu na swoje ulubione święto w słynnym horrorze Johna Carpentera.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Gdy odkryłem, że na naszym portalu brakuje tekstu o oryginalnym Halloween Johna Carpentera, przyznam, że byłem tym nieco zaskoczony. Ileż to razy ja bądź inni autorzy odwoływaliśmy się do tego nieśmiertelnego klasyka w swoich tekstach? Jak szybko przychodzi on do głowy, gdy mowa o najgłośniejszych horrorach bądź wymienia się nazwisko reżysera? Nie można nie znać tego tytułu, maski Michaela Myersa, słynnego muzycznego motywu. Niezliczone sequele oraz nie tak dawne remaki Roba Zombie tylko umacniają miejsce Halloween w świadomości współczesnego widza. Być może dlatego też pisanie o pierwowzorze może dziś, po prawie 40 latach od premiery, wydawać się zbyteczne.

Fabularnie prosty to film – morderca ucieka z zakładu psychiatrycznego, aby zacząć zabijać nastolatki w dzień przed naszym Świętem Zmarłych. Realizacyjnie dzieło niezwykłej dyscypliny, potwierdzające talent swojego twórcy w tworzeniu atmosfery zagrożenia. Wielki sukces kasowy i, co zaskakujące, artystyczny, o którym napisano już tysiące stron analiz i opracowań. Kolejne strony o tym horrorze nie wniosą zapewne nic nowego, ale czy można powstrzymać się od napisania o Halloween na Halloween? Lepszej okazji ku temu nie będzie przez cały rok. Ze względu zaś na łatkę pozycji już nie tylko kultowej, ale klasycznej, trudno mi pisać o filmie bez spoilerów.

Od momentu, w którym do naszych uszu dotrze motyw przewodni wygrywany na syntezatorze, a obok napisów początkowych zobaczymy dumnie prezentującą się dynię z wyciętymi otworami na oczy, nos i usta, symbol halloweenowej zabawy, jedno już bezpowrotnie będzie łączyć się z drugim, a święto duchów, tak szeroko rozpropagowane przez Amerykanów, zyska nową twarz. A konkretnie białą, pozbawioną śladów emocji maskę, która nie tylko czyni Michaela Myersa anonimowym, ale i uwypukla jego bezduszność i upiorną naturę. Nadaje mu cechy widma, ducha, kogoś więcej niż człowieka. A raczej mniej. Główny bohater Halloween wymyka się prostej klasyfikacji, co wie prowadzący jego przypadek doktor Loomis (nieodżałowany, genialny Donald Pleasence), świadomy tego, że nie ma do czynienia z człowiekiem, lecz złem w czystej postaci, czymś tak nieludzkim, że wszelkie próby udzielenia mu pomocy bądź wyleczenia są pozbawione sensu. Sam jednak nie wie, skąd to zło się wzięło.

Nazwanie Michaela Myersa boogeymanem, czyli straszydłem, wydaje się być na miejscu, tak jakby jedynym jego celem było właśnie budzić lęk i przerażenie w Halloween.

W przeciwieństwie do hokejowej maski Jasona z serii filmów Piątek trzynastego, spalonej twarzy Freddy’ego Krugera z ulicy Wiązów oraz innych znanych ze slasherowej klasyki charakterystycznych facjat, oblicze Myersa wyraża jego kompletną pustkę jego osobowości. Prawdziwą twarz bohatera widzimy w filmie zaledwie dwukrotnie, za każdym razem, gdy ktoś ściąga maskę z jego twarzy – najpierw, gdy jest kilkuletnim dzieckiem, po zamordowaniu swojej nastoletniej siostry, i ponownie, w finale, dosłownie na krótką chwilę. Za pierwszym razem jest to moment zaskakujący, gdyż do tej pory nie wiedzieliśmy, że zbrodnię popełniło dziecko; gdy zaś widzimy Michaela jako dorosłego, trudno dostrzec w nim szaleńca. Raczej kogoś, kto nie bardzo wie, co robi. Najważniejsze jest tu jednak coś innego – zamiast kontynuować duszenie ofiary, Myers najpierw zakłada swoją maskę, bo bez niej wydaje się nie być sobą. Trudno o bardziej wymowny obrazek odrzucenia człowieczeństwa i własnej tożsamości. Na rzecz czego, chciałoby się zapytać. Carpenter nie udziela odpowiedzi (przynajmniej nie w pierwszym filmie), choć późniejsze nazwanie Myersa boogeymanem, czyli straszydłem, jest bardzo na miejscu, tak jakby jedynym jego celem było właśnie budzić lęk i przerażenie w Halloween.

Czyżbyśmy zatem oglądali perspektywę upiora, który w jeden dzień w roku zyskuje moc istnienia? Bardzo często filmowany jest on niczym stały element krajobrazu, punkt w oddali, który na pierwszy rzut oka nie tak łatwo dostrzec, w innych scenach pojawia się w kadrze, stojąc dosłownie tuż przed kamerą Deana Cundeya, i obserwując niczego nieświadome postaci. Po ucieczce ze szpitala psychiatrycznego na początku filmu, już w następnej scenie znajduje się w swoim rodzinnym domu w Haddonfield. Carpenter odpuszcza sobie pytania o to, kiedy pojawi się upiór lub gdzie jest – on już tu jest, niemal w każdej scenie, czasem na planie pierwszym, czasem gdzieś daleko w tle bądź ukryty w cieniu. Więc na co czeka? Jaki jest sens powrotu do domu?

Głównym jego celem w filmie staje się Laurie Strode (debiutująca Jamie Lee Curtis), skromna nastolatka o nieszałowej prezencji, mająca świetne wyniki w szkole i, w przeciwieństwie do swoich koleżanek, nadal będąca dziewicą. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla Myersa? Oczywiście upowszechniona zasada, że w horrorach seks karany jest śmiercią, znajduje tutaj swoje odzwierciedlenie – wszystkie popełnione przez Myersa morderstwa w Halloween dokonane są na nastolatkach, które dopiero co uprawiały seks bądź miały taki zamiar. Laurie udaje się tym samym przeżyć, ale sposób, w jaki dochodzi do konfrontacji między tymi bohaterami, zastanawia. Gdy dziewczyna odkrywa zwłoki swoich przyjaciół, znajduje również nagrobną tablicę siostry Michaela, z rozciągniętym przed nim ciałem jednej z ofiar. Nie wiem, w jaki sposób (i czy w ogóle) łączy się to z seksualną motywacją; robi to raczej wrażenie dzieła chorego, acz kreatywnego umysłu, której w tej prezentacji dostrzega celowość. Sam Carpenter uznał, że konieczne jest wytłumaczenie pewnych rzeczy i w kontynuacji uczynił z Myersa i Strode rodzeństwo. Niepotrzebnie. Zabija to tajemnicę oryginału, który po tej rewelacji trudno oglądać, starając się wyprzeć z pamięci rodzinne koligacje. Jeśli uda nam się o nich zapomnieć, ponownie pojawia się pytanie o sens obrania sobie za główny cel niewinnej Laurie.

Podobnie jak Carpenter, który wykorzystuje śmierć i przemoc, aby opowiedzieć coś o strachu oraz napędzić go widzom, tak i Myers pokazuje, czym tytułowy dzień być powinien.

Być może wiedza ta jest do niczego nam potrzebna, jednocześnie niepoznawalna, służąca tylko napędzeniu dziewczynie największego stracha życia. Nie zapominajmy, czym jest święto Halloween – czasem maskarady, gdy ludzie przebierają się za duchy i potwory, aby zwyczajnie nastraszyć innych, ale i może po to, aby oswoić strach. Jeśli traktować Myersa jako taką okolicznościową zmorę, nic go nie interesuje bardziej niż nawiedzenie Laurie, nawet nie jej śmierć. Tak, ludzie dookoła niej giną, lecz to nie oni są w centrum zainteresowania Michaela. Być może natura tego upiora jest bliższa świętu, podczas którego się objawia, niż można początkowo sądzić. Podobnie jak Carpenter, który wykorzystuje śmierć i przemoc (niekoniecznie jednak krew, film jest jej praktycznie pozbawiony), aby opowiedzieć coś o strachu oraz napędzić go widzom, tak i Myers pokazuje, czym tytułowy dzień być powinien. Aby potem zniknąć, pozornie pokonany, w rzeczywistości jednak spełniony w swym halloweenowym posłannictwie.

Gdy w przyszłym roku dzieło Carpentera obchodzić będzie swoją okrągłą rocznicę, nas czekać będzie premiera nowego filmu z serii, którego twórcy już zapowiedzieli, że zignorują wszystkie poprzednie części, oczywiście poza oryginałem. Mądry ruch, nie tylko dlatego, że sequele te w większości są co najwyżej przeciętne (może poza znakomicie szarpiącym nerwy Halloween II). Ważniejsze jest to, jak mocno zmieniają one naszą optykę względem oryginału, nadając mu kontekst, którego w pierwszym filmie nie ma. Tłumaczą coś, co tłumaczenia nie wymaga, kontynuując historię Michaela Myersa, jakby ten był istotą łatwą do scharakteryzowania, zamknięcia w takich kategoriach, jak morderca, psychopata lub potwór. Syn, brat czy wuj. Na nic to. Dlatego sequele muszą być gorsze – starają się logicznie uzasadnić istnienie i celowość dla swojego niezniszczalnego upiora w białej masce.

Również i ja popełniam ten sam błąd, sprowadzając Michaela Myersa tylko do funkcji straszydła doskonałego. Choć może wcale nie takiego doskonałego – pomimo szacunku, jakim darzę film Carpentera, nie boję się na nim. Uwodzi klimatem, a im bliżej finału, tym bardziej trzyma w napięciu, ale nie straszy tak dobrze, jak bym chciał. Za bardzo utożsamiam jego bohatera ze świętem, które samo w sobie jest synonimem zabawy. Zbyt mocno spowszedniał przez te wszystkie lata. I za dobrze pamiętam kontynuacje.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane