Recenzje

HAKERZY (1995). Rolki, dyskietki i muzyka techno

Film nigdy nie był ulubieńcem krytyków, nie zawojował też kin. Pozostanie jednak kultowy.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Definicja kultu

W bajecznie zmyślnym, acz zarazem niezwykle prostym przejściu montażowym, zastosowanym na początku Hakerów, uwypuklona została główna idea niosąca film. Widoczna z lotu ptaka panorama wielkomiejskiej dżungli płynnie przeistacza się we wnętrze komputera. Zabieg ten nie tylko nakreśla podobieństwa w wyglądzie miejskiej architektury i układu płyty głównej, ale przede wszystkim wskazuje pryzmat, przez jaki tytułowi hakerzy patrzą na świat.

Jednym z nich jest Dade Murphy. Gdy miał jedenaście lat, popisał się niemałym wyczynem. Ukrywając się pod pseudonimem Zero Cool, włamał się do komputerów Wall Street i zablokował 1 507 urządzeń, co jemu wprawdzie przyniosło sławę w środowisku hakerów, ale już jego rodzicom – wysoką grzywnę. Po siedmiu latach od tego wydarzenia Dade nie zdradza oznak pokory. Spragniony wyzwań, wraz z nową grupą komputerowych zapaleńców konfrontuje się z hakerowym hersztem (a prywatnie specem od zabezpieczeń), Tyfusem, który wkręca go w intrygę o zasięgu globalnym. Dade musi złamać kod wirusa mogącego doprowadzić do katastrofy, za skutki której to on w rezultacie będzie odpowiedzialny.

Tak pokrótce prezentuje się fabuła Hakerów, sensacyjnego filmu z 1995 roku autorstwa Iaina Softleya. Choć dzisiaj określenie to bywa często nadużywane, to jednak w przypadku tego obrazu nie będzie ono dodane na wyrost – Hakerzy to bez wątpienia film kultowy. Spełnia bowiem wszelkie przesłanki tego chlubnego statusu. Nigdy nie był ulubieńcem krytyków. Kin także nie zawojował. Jednakże po premierze na nośnikach domowych zaczął się dla niego drugi żywot. Film Softleya stał się wówczas prawdziwą ikoną nie tylko hakerowej subkultury i środowiska komputerowych geeków, ale także wszystkich tych wychowanych w nieodłącznym towarzystwie nowych mediów, odgrywających coraz większą rolę w życiu codziennym społeczeństwa lat 90.

Scenarzysta filmu Rafael Moreu pracując nad tekstem, wszedł w środowisko hakerów, przyglądając się z bliska ich praktykom. Doprowadziło go to do wysunięcia odważnych wniosków –  według niego ta nierozumiana i odsądzana od czci i wiary praktyka jest tak naprawdę zalążkiem kolejnego etapu ludzkiej ewolucji. Tym też można tłumaczyć fakt balansowania Hakerów na granicy dwóch gatunków – sensacji i SF (Softley zastosuje później podobną niejednoznaczność w filmie K-PAX). Wiele z technologicznych elementów widzianych w filmie – w tym przede wszystkim zmyślne wizualizacje cyberprzestrzeni – niewiele ma wspólnego z ówczesnymi możliwościami. Choć niejeden krytyk uznał to za wadę, to jednak znaleźli się tacy – a wśród nich Roger Ebert – którzy zrozumieli, że technologia w Hakerach pełni tak samo umowną rolę, jak archeologia w Indianie Jonesie.

Na soundtracku znaleźć można kawałki takich zespołów jak Massive Attack, Orbital, Underworld czy w końcu The Prodigy.

Można zatem uznać, że choć Hakerzy nogami stąpają po naszym świecie, to jednak w myślach mocno fantazjują. Ma to stanowić ukłon w stronę tradycji podgatunku science fiction – cyberpunku – przewidującego przyszły wpływ technologii na nasze życie. Nie bez powodu jeden z pilnie strzeżonych komputerów, do którego włamuje się bohater filmu, nosi nazwę „Gibson”. Jest to czytelne odniesienie do Williama Gibsona, twórcy Neuromancera, czyli tej książki, która uważana jest za początek cyberpunku, a sam jej autor – za protoplastę pojęcia cyberprzestrzeni. Mam wrażenie, że właśnie te efekciarskie zabiegi animacyjne, mające na celu uatrakcyjnienie praktyk hakerów, wpłynęły na ponadczasowość filmu. Bo choć jego bohaterowie wciąż zapisują dane na dyskietce, to jednak sieć, wirtualna rzeczywistość, do której wkraczają, ma już charakter uniwersalny.

Wspominając Hakerów, nie należy zapomnieć o bardzo ważnym elemencie, wpływającym zarazem na jego unikatowość, jak i podkreślającym jego technokratyczny charakter. Mowa oczywiście o pamiętnej ścieżce dźwiękowej. Składa się ona bowiem z prawdziwych szlagierów muzyki elektronicznej, stanowiących miód dla uszu uczestników popularnych w latach 90. imprez rave’owych. Na soundtracku znaleźć można kawałki takich zespołów jak Massive Attack, Orbital, Underworld czy w końcu The Prodigy. Z tak doborowego grona zaprawdę trudno wskazać jeden utwór najlepiej prowadzący daną scenę. Według mnie wszystkie stanowią pełnoprawne i nierozerwalne z filmem narzędzie stylistyczne, tworzące klimat i w sposób niezwykły podkręcające emocje.

Te także udzieliły się aktorom. W filmie pierwsze skrzypce gra niezapomniany duet – Johnny Lee Miller i Angelina Jolie. To połączenie – geekowskiego intelektu i skrytości oraz kobiecej dzikości i zmysłowości – dało efekt iście wybuchowy. Okazuje się jednak, że nie tylko na planie, ale i poza nim. Ciekawostkę bowiem stanowi fakt, że widoczna w Hakerach naturalna zażyłość, łącząca Millera i Jolie, przeobraziła się w małżeństwo. Choć para nie wytrzymała próby czasu i rozstała się już po trzech latach od ślubu, to jednak ponoć do dziś pozostają w życzliwych, przyjacielskich stosunkach. Ale ich przykład dowodzi jednocześnie, jak trudno jest zagrać ekranowe zauroczenie, trzymając emocje na wodzy.

W pewnym sensie Hakerzy przypominają mi późniejszy o rok film Danny’ego Boyle’a – dodajmy, także kultowy – Trainspotting. I nie chodzi mi tylko o oczywisty łącznik obydwu filmów w osobie aktora Johnny’ego Lee Millera. W odbiorze obydwu opowieści pomaga świetny soundtrack – to raz.  Obie też, choć w zupełnie różnym duchu, traktują o pewnej formie uzależnieniu. Inność Hakerów polega jednak na tym, że ich narkotyk, choć także nieprzerwanie zachęca do odcięcia się od rzeczywistości, jest w stanie prowadzić do pozytywnych rezultatów. To zatem dalece przewrotne, że to właśnie anarchistyczni outsiderzy Hakerów mogą stanowić nadzieję ludzkości.  

I na koniec fanowski montaż scen filmu z utworem Voodo People The Prodigy, który działa lepiej niż zwiastun.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane