Recenzje

HAKER. Poprzestańmy na zwiastunie

Słaba podróbka amerykańskiego kina młodzieżowego.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Ugór

Przyszło mi się zmierzyć z trudnym zadaniem zrecenzowania kolejnego polskiego filmu, który pojawił się na naszych ekranach. Zadanie to niewdzięczne, bo wszystko złe, co mogło na temat polskiego kina być powiedziane, już zostało powiedziane. Haker – bo o nim tu mowa – niestety nie odbiega od niziutkiej średniej, do jakiej przyzwyczaili nas rodzimi twórcy, ani na jotę. Tym większy to dla mnie zawód, że po obejrzeniu zwiastuna obwieściłem pojawienie się pierwszego naprawdę profesjonalnego (porównywalnego z amerykańskimi) polskiego trailera i nie ukrywam, że miałem nadzieję na film prezentujący co najmniej ten sam poziom. Zawód był srogi.

Wprawdzie nie było sensu oczekiwać po Hakerze rewolucyjnych rozwiązań fabularnych, ale to, co podał nam w swoim najnowszym filmie pan Zaorski, budzi co najmniej lekki niesmak. Nie chodzi tu o jawne cytaty z amerykańskiej cyberpunkowej klasyki, takiej jak Matrix Wachowskich czy Dzikość serca Davida Lyncha – to zabiegi powszechnie stosowane i odpowiednio podane zdecydowanie podnoszą atrakcyjność filmu, nadają mu specyficzny „smaczek” – ale ewidentne zapożyczenie schematu fabularnego od amerykańskiego kolegi – Iana Softleya. Chodzi tu oczywiście o jego Hakerów (zaskakująca zbieżność tytułów) z 1995 roku z Angeliną Jolie, Johnnym Lee Millerem i Matthew Lillardem, który to obraz również do arcydzieł nie należy, ale zapewnia przyjemne dwie godziny niezłej zabawy i lekkiego humoru.

Pozostawia wiele do życzenia poprzez swoją nieudolność i pozbawienie filmowych wątków cienia prawdopodobieństwa.

Porównania narzucają się same, od identycznego niemal tytułu, poprzez postaci głównych bohaterów: informatycznego geniusza na cenzurowanym (Bartek Obuchowicz w filmie Zaorskiego – Johnny Lee Miller u Softleya), jego lekko zbzikowanego przyjaciela o podobnych zainteresowaniach (odpowiednio Piotr Miazga i Matthew Lillard), motyw zakładu, gdzie wygraną jest kobieta (znów odpowiednio Kasia Smutniak i Angelina Jolie), aż do problemów z instytucjami nadzorującymi „młodych gniewnych” – w Stanach FBI, w Polsce Centralnym Biurem Śledczym. Również czarny charakter wygląda i zachowuje się podobnie (Paweł Wilczak – Fisher Stevens). Prymitywne naśladownictwo, choć budzące pewien niesmak, nie przeszkadzałoby jednak w odbiorze filmu (wszak nie każdy zna przecież Hakerów), gdyby całość została ubrana w strawną dla widza otoczkę akcji i umowności. Mimo że taka próba zostaje przez reżysera podjęta, pozostawia ona wiele do życzenia poprzez swoją nieudolność i pozbawienie filmowych wątków cienia prawdopodobieństwa. Bo czyż łatwo będzie nam uwierzyć, że główni bohaterowie wynajmują dla swoich celów Pałac Kultury czy kupują na internetowej aukcji DeLoreana rodem z Powrotu do przyszłości, nie płacąc za wszystko ani złotówki (czy raczej dolara)?

Zaorski naciąga konwencję do granic wytrzymałości i robi to w sposób kompletnie pozbawiony wdzięku i lekkości oryginału. Naciągana fabuła to jednak nie wszystko. Reżyser ma wyraźne problemy ze spójnością opowiadanej historii. Na ekranie objawia się to zaskakującym brakiem powiązania pomiędzy skutkami i przyczynami, przez co logika całości jest wyraźnie zachwiana. Nie twierdzę, że intryga jest niezrozumiała, bo przy jej prostocie doprowadzenie do takiej sytuacji byłoby niesłychanie trudne, ale momentami pojawiają się problemy z dojściem do tego, skąd biorą się pewne detale układanki. W jednej scenie widzimy aukcję internetową, której przedmiotem jest samochód, w drugiej samochód ten zjeżdża z lawety (nawiasem mówiąc w scenie będącej kopią tej z Powrotu do przyszłości). Wiemy, co nastąpiło, ale nie mamy pojęcia, jak do tego doszło, podobnie zakupy sprzętu komputerowego za kilkaset tysięcy złotych, wynajęcie Pałacu Kultury itd. Wprawdzie w jednej ze scen – jakby wciśniętej na siłę – widzimy, że nasi bohaterowie znajdują w śmietniku hotelowym numer karty kredytowej, ale czy to może być usprawiedliwieniem dla całej tej orgii zakupów? Może była to karta platynowa, do tego taka, o której zapomniał właściciel?

Kolejną wadą filmu, niezwykle charakterystyczną dla polskiego kina w ogóle, są fatalne dialogi – sztywne, kompletnie pozbawione iskry, dowcipu i wdzięku. Dodatkowo „ubarwione” anglicyzmami typu „zresetuj się” (czy ktoś tak mówi?) i udawaniem młodzieżowego slangu, zamiast bawić, wywołują jedynie uśmiech zażenowania. Chciałoby się wysłać autorów do kina choćby na American Pie. I jak dziwić się widzom cytującym nieśmiertelny Rejs? „Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są”. Całość została zwieńczona happy endem, który jak sądzę miał być swego rodzaju kpiną z mitu american dream i jest to chyba jeden z nielicznych fragmentów, który w filmie faktycznie osiągnął swój cel – śmieszył.

To tylko część z wad Hakera. Kolejnym zdecydowanie słabym elementem obrazu jest aktorstwo – rażące teatralnością i zwyczajnym brakiem warsztatu role Bartka Obuchowicza, Piotra Miazgi i Kasi Smutniak nikną przy epizodach tuzów polskiego ekranu: Marka Kondrata, a szczególnie Bogusława Lindy. Ten obsadzony wbrew swojemu emploi jako palacz Tosiek, którego głównym problemem jest fakt łudzącego wręcz podobieństwa do… Bogusława Lindy, zagrał znakomicie, bezlitośnie naśmiewając się z wizerunku twardego faceta, do jakiego przyzwyczaił nas całym szeregiem produkcji Pasikowskiego. Rola Bogusia to jeden z nielicznych jasnych punktów dzieła pod tytułem Haker, za drugi można uznać nietuzinkową urodę Kasi Smutniak – szkoda, że nie podbudowaną jakościowo dobrą rolą. Zdecydowanie „na plus” wyróżnia się również ciekawa ścieżka dźwiękowa z muzyką skomponowaną przez Marka Kościkiewicza wzbogaconą o międzynarodowe przeboje znane z radia i telewizji muzycznych.

Można Hakera uznać za próbę stworzenia polskiego odpowiednika amerykańskiego kina młodzieżowego z domieszką kryminału i filmu przygodowego. Niestety jest to próba nieudana, czy to ze względu na odrobinę zbyt odtwórczo – naśladowczy charakter, czy po prostu słaby, napisany bez polotu i wdzięku scenariusz. Można się pocieszać tym, że krok w dobrym kierunku został zrobiony – mamy pierwszy prawdziwie profesjonalny zwiastun filmowy, ale obszar rozciągający się tuż za nim to wciąż jałowa pustynia.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane