Recenzje

GUINEA PIG. DIABELSKI EKSPERYMENT. Krwią mi się oczy zalały, choć wciąż widzą

Bezsensowna przemoc, zbawienna pasja czy instruktaż dla dewiantów?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Nie wiem, czy oglądam fikcję, czy rzeczywistość. Rozgrzana igła przebija skroń, a następnie gałkę oczną, z której niespiesznie wylewa się krew. Nie mogę o tej scenie zapomnieć. Czuję się wręcz nieswojo, ponieważ wiem, że reżyser Guinea Pig, Hideshi Hino, osiągnął swój cel – pokazał, że człowiek czerpie przyjemność z podglądania śmierci innych ludzi, o ile wie, że ta go w tym momencie nie dotyczy. W dzieciństwie rozmontowywałem zabawki, żeby zobaczyć, co jest w środku. Ciekawiło mnie, dlaczego te nieliczne, które mogły się poruszać, świecić i wydawać dźwięki, właśnie takie były. W filmie Guinea Pig rozmontowywany jest człowiek i to tak realistycznie, że dokument zaklasyfikowano do gatunku snuff movies (film ostatniego tchnienia). Od tego czasu film zrobił niezłą karierę. Miano zakazanego towaru dystrybuowanego na kasetach VHS bez żadnych drukowanych nalepek, czasem spod lady w osiedlowych wypożyczalniach, podniecało widzów.

Na rynku pojawił się zakazany film, na którym pokazana jest prawdziwa śmierć, i to z mięsistymi szczegółami.

Podczas gdy inny snuff, Oblicza śmierci, leżał sobie spokojnie na najwyższych półkach co poniektórych wideotek, Guinea Pig okazał się dużo trudniejszy do zdobycia. Może to z powodu miana „artystycznego” kina śmierci, które niespodziewanie przylgnęło do całej serii. Tak bezkrytycznie nie warto jednak takim kolekcjonerski naklejkom ufać. Ludzie interesowali się tym, że się tak wyrażę, kinematograficznym produktem, ponieważ tzw. miejska legenda głosiła, że na rynku pojawił się „zakazany” film, na którym pokazana jest prawdziwa śmierć, i to z mięsistymi szczegółami. Sam po raz pierwszy natknąłem się na ten dokument zupełnie przypadkiem. Był dosłownie ukryty na kasecie video Panasonic E-195. Ktoś go nagrał tuż po komedii Golfiarze Harolda Ramisa, no i oczywiście nic o tym nie wspomniał na ręcznie opisanej nalepce. Dla takiego nastolatka wychowanego na przełomie lat 80. i 90. w postkomunistycznym kraju, nie dość, że było szokiem obejrzenie czegoś tak brutalnego, to jeszcze sposób ukrycia tego „skarbu” powodował, że wyobraźnia naprawdę zaczynała pracować. Dlaczego film został w taki sposób nagrany, a później ktoś chciał go ukryć? Czy to dowód jakiegoś morderstwa, a może działania tajnej organizacji, która porywa i rytualnie morduje ludzi?

To właśnie przez takie działania powstają snuff-legendy. Ja też przyczyniłem się do rozpropagowania jednej z nich. Rozpowiedziałem po bardziej zaufanych znajomych, co mam i jak zostało nagrane. Co poniektórym kopary opadły. Chcieli to koniecznie zobaczyć. Kasety się oczywiście pozbyłem. I nie mam tu na myśli wyrwania z niej całej taśmy. Przekazałem ją dalej, bez dopisywania na grzbiecie, jaka niespodzianka czeka kinomana po Golfiarzach. Nie chciałem mieć w domu dowodu w sprawie, nawet z zakresu po japońsku odjechanej kryminalistyki.

Po latach zacząłem eksplorować temat przemocy w filmach z punktu widzenia nauk przyrodniczych, bioetyki oraz analitycznej filozofii człowieka, dlatego powrót do sztandarowego dzieła snuff okazał się nieunikniony. Ponownie obejrzałem więc Guinea Pig, lecz tym razem nie poprzestałem na części pierwszej. Przetrwałem również drugą (Kwiat ciała i krwi) , a nawet szóstą (Syrena w kanale). Czasy zmieniły się na tyle, że nie musiałem uciekać się do żadnego podstępu, żeby znaleźć te filmy. Są i w sieci, i na DVD. O samych snuff movies również wiem trochę więcej niż dwadzieścia lat temu. Mam może większy dystans, kto wie, może też znacznie mniejszą wrażliwość na ekranową przemoc. Dopiero dzisiaj wyraźnie dostrzegam sztuczność tych wszystkich scen, chociażby bicia ofiary w pierwszej części Guinea Pig. Nawet mimo niezadowalającej jakości i już tak dzisiaj rzadko spotykanego formatu kadru 4:3 widać, że spora ilość ciosów zaledwie muska twarz złapanej kobiety, która zresztą wcale aż tak nie protestuje, ani dramatycznie nie przeżywa swojej sytuacji. Czy to dowód, że Królik doświadczalny w wydaniu Hideshi Hino jest mistyfikacją jak większość snuffów? A może jednak widzimy makabryczną prawdę, podczas gdy submisyjne zachowanie ofiary jest spowodowane pokorą wobec cierpienia spotykaną w azjatyckich kulturach? Pewnie się znajdą tacy, którzy stwierdzą, że ta odporność na cierpienie to mit zapisany w naszych zachodnim myśleniu o Japończykach dzięki filmom o samurajach i prozie Jamesa Clavella. Nie jestem wcale taki pewien zasadności tej mitologii, a przy tym wolę sądzić, że Guinea Pig to mistyfikacja, i to technicznie słabo zrobiona, prócz oka rzecz jasna.

Scena z przebijaną igłą gałką oczną stała się już symbolem okrucieństwa w filmach typu gore, chociaż niewielu krytyków mówi o niej coś więcej prócz sloganów typu: „realistyczny pokaz tortur” albo „jedyny fragment rzeczywiście snuff w całej produkcji”. Tak właśnie jest ze względu na rodzaj symboliki owej sceny, bazującej na tzw. okulocentryźmie. Specjalista od mangowych komiksów, reżyser Hideshi Hino, wykorzystał metaforę oka do sformułowania najważniejszego przekazu Guinea Pig, który pokaz makabry traktuje jedynie jako efekt, a nie cel sam w sobie. Pointa jest następująca – oko, które nie potrafi zobaczyć, należy zniszczyć.

Ostatnio dodane