Recenzje

GUARDIANS: MISJA SUPERBOHATERÓW, czyli Avengers po rosyjsku

Niesamowicie wtórna fabuła, nieznośnie banalne postaci, słabe efekty specjalne i patos - tak wygląda odpowiedź Rosji na amerykańskie kino superbohaterskie.

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

Jeśli Amerykanie odnoszą jakiś sukces, nigdy nie jest zaskoczeniem, że Rosjanie chcą odpowiedzieć. Więcej, lepiej, szybciej. Fenomenu filmów o herosach ratujących wszechświat nie sposób przeoczyć, dlatego też powstanie Guardians: Misji superbohaterów pozostawało kwestią czasu. Nie nastawiałem się na specjalne porównania z filmami z uniwersów Marvela czy DC, nie planowałem choćby odrobiny kpiarstwa. Miałem zamiar przymknąć oko na oczywistą chęć stworzenia rosyjskiej odpowiedzi na Avengers. Szczerze chciałem dać Guardians szansę. Niestety ani Sarik Andrieasian, ani jego film nie dali szansy mnie.

Do meritum: pełna niedorzeczności i dziur wielkości Placu Czerwonego fabuła jest schematyczna do granic możliwości. Zły August Kuratow, który w wyniku wybuchu w laboratorium zyskał nadludzką siłę i moc… kontrolowania pojazdów mechanicznych wypowiada wojnę światu, planując rozpętanie chaosu. Do walki ze wspomnianym szaleńcem rząd rosyjski wysyła czworo superbohaterów, ofiary dawnych eksperymentów Kuratowa. W skład drużyny wchodzą: Ler, siłą woli przemieszczający kamienie; Ksenia, (podobno) odporna na zmiany temperatury i niewidzialna pod wpływem wody; Han, nadludzko szybki i zwinny szermierz oraz Arsus, który od czasu do czasu przemienia się w Człowieka-Niedźwiedzia. Nad poczynaniami śmiałków czuwa Elena, żeński odpowiednik Nicka Fury’ego. Wszyscy muszą stawić czoła demonicznemu Kuratowowi i dokonać na nim zemsty.

Reżyser czerpie obiema garściami z dokonań kina superbohaterskiego zza oceanu i najwyraźniej zupełnie się tego nie wstydzi. Są tu nowe-stare wersje łamania herosa kolanem, łączenia mocy dla większej skuteczności czy strachu przed zatraceniem się w swoim alter ego. Najbardziej brzemiennym w skutkach niedociągnięciem Guardians pozostaje jednak niedorzecznie szybko przeprowadzona ekspozycja. Zawiązując akcję, Andrieasian pędzi na złamanie karku, na czym cierpi nie tylko przedstawienie schematycznej fabuły, ale przede wszystkim najważniejszy element filmu o drużynie superherosów — konstrukcja samych bohaterów. Nie dowiadujemy się o nich niemalże niczego, przez co trudno w jakikolwiek sposób zaangażować się w akcję. Postaci są do bólu jednowymiarowe i sztampowe, a ich motywacje banalne. Co prawda reżyser stara się w kilku miejscach jakoś pogłębić psychologię herosów, ale jak tu uwierzyć w ich rozterki, kiedy praktycznie nie wiemy, kim są? Śmiem podejrzewać, że nawet próby stworzenia sensownych bohaterów spełzłyby na niczym, a za przykład niech posłuży ten oto dialog:

– Nawet gdy jestem człowiekiem, pozostaje we mnie coś zwierzęcego.

– To chyba powód do dumy?

– Też tak uważam. Ale będąc niedźwiedziem, nie mogę mówić, tylko ryczę.

Andrieasian lubuje się w tanim efekciarstwie, z obowiązkowym nadużywaniem zwolnionego tempa, co wzbudza jedynie uśmiech politowania.

Patos wprost wylewa się z ekranu, a wszystkiemu wtóruje niemal niemilknąca podniosła muzyka, z powracającymi wstawkami chóralnymi. Andrieasian lubuje się w tanim efekciarstwie, z obowiązkowym nadużywaniem zwolnionego tempa, co wzbudza jedynie uśmiech politowania. Swoją drogą to niemały paradoks, bo na efektowność wygenerowanego komputerowo widowiska teoretycznie pozwalałyby mu efekty specjalne, których jest dużo, ale te zwykle wyglądają po prostu amatorsko. Zwłaszcza animowany Człowiek-Niedźwiedź biegający z minigunem prezentuje się wyraźnie gorzej niż niejeden zwiastun gry wideo. Napomknę jeszcze o wyglądzie głównego antagonisty, który, choć zauważalnie inspirowany Ivanem Vanko z drugiej części Iron Mana, przypomina trochę przerośniętego niemowlaka po kontakcie z ciężarówką sterydów. To chyba już jednak moja drobna złośliwość.

Kilka miesięcy po premierze studio, które wyprodukowało Guardians: Misję superbohaterów (notabene założone przez samego reżysera), ogłosiło bankructwo, gdyż film okazał się ogromną finansową klapą, a krytycy zmieszali go z błotem. Nie oznacza to jednak, że nie będziemy mieli już wątpliwej przyjemności oglądania przygód Człowieka-Niedźwiedzia i ferajny. Prace nad kontynuacją wspierane są bowiem przez Chińczyków. Nie wiadomo, co wyjdzie ze współpracy Rosjan z Państwem Środka, ale na tym polu żadne z nich nie może się równać ze Stanami Zjednoczonymi.

Ostatnio dodane