Recenzje

GODZINY. Pani Dalloway sama wychodzi kupić kwiaty

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl.

Szczęście miało swój początek wtedy, kiedy pani Dalloway – a może tylko Clarissa – wyszła na słoneczny ganek pewnego letniego ranka dawno minionego dnia. Kiedy tak stała na ganku, szczęście było w niej i poza nią, trwało w każdej mijającej minucie, minuty zaś wypełniały godziny, kolejne, jedna za drugą, przez całe lata.

Clarissa widzi te lata wyraźnie przed sobą, bo ta jedna chwila w słońcu to dla niej początek czegoś wielkiego i wspaniałego, co będzie trwać wiecznie… a skończyło się właśnie w tej godzinie, chociaż tego jeszcze Clarissa nie wie.

Virginia wchodzi do wody powoli. Wszystkie godziny jej życia zbiegły się w tej jednej, kiedy życie pani Woolf dobiega kresu. Przepływają obojętnie, jak wodorosty po jej martwej twarzy, a przecież nie zapomniała ani jednej. Towarzyszą Virginii, kiedy zapada się w głębinę, one same – nieczułe i wiecznie jednakowe, jednak dla niej są nazwane, dla niej są osobistym przeżyciem.

Laura wie, że podczas każdego dnia zdarza się jedna godzina, w której można przeżyć wszystko, największe szczęście i największą gorycz całego życia. Zazwyczaj wtedy trzeba dokonać wyboru – i zazwyczaj się go nie dokonuje. Zazwyczaj, bo dla Laury nadeszła taka godzina, kiedy zapragnęła wolności, tak bardzo, że była gotowa poświęcić dla niej wszystko, co składało się na jej życie: każdą godzinę, z wyjątkiem tej jednej, kiedy podjęła decyzję.

Virginia zamknięta w pokoju piszę książkę. Laura kradnie chwile, kiedy może ją czytać. Clarissa sama wychodzi kupić kwiaty.

Wszystkie te momenty są właściwie skradzione, wszystkie są ucieczką przed mężem, rodziną, rzeczywistością, są próbą zamknięcia się we własnym intymnym świecie, tylko dla nas, do którego nikt nie ma wstępu; radością tworzenia, radością przeżywania, radością napawania się pięknem. Tylko dla siebie – delikatny egoizm, który wszystkie świadomie wygnały ze swojego życia po to, by żyć dla innych.

Jednak kwiaty pani Dalloway są marnym zastępstwem. Organizuje przyjęcie i uśmiecha się, można powiedzieć – szczęśliwa kobieta, która robi to, co sama uważa za słuszne. Za słuszne, może, ale czy pożądane? Kiedy powtarza sobie, że nie oczekuje niczego więcej, kłamie. Wciąż tkwi w niej wspomnienie tej jednej godziny spędzonej na ganku, która nie spełniła żadnej z obietnic – bo też i żadnej nie składała. Ta godzina była obojętna jak każda z nieustającego korowodu jej podobnych, ale w niej była Clarissa – zupełnie inna Clarissa, oczekująca, pewna, ta sama, która nadała tej chwili rytm i znaczenie, która ją nazwała i zapamiętała jako wybraną i szczególną.

Teraz tłumi w sobie żal, staje naprzeciw przerażającego przekonania, że strasznie się pomyliła, ślepo wierząc temu, co było tylko błyskiem w czasie. Kiedy wróci z kwiatami, to, że je kupiła, przestanie właściwie mieć znaczenie, przelotna radość, jakiej doświadczyła, zanurzając twarz w bukiety, zniknie, rozpłynie się, nic po niej nie zostanie. Stanie się znów męczennicą-Clarissą, która tak bardzo pragnie wierzyć, że to, co robi z miłości, jest częścią niej i daje jej szczęście.

Laura, skupiona na pozorach, która tak bardzo chce być idealna, bo wie, że jest nieuczciwa. Pragnienie sprawienia przyjemności mężowi wypływa z jej lęku, że jeśli zawiedzie, jeśli nie będzie doskonała, wszyscy odkryją jej oszustwo. Nie kocha go, życie u jego boku budzi w niej sprzeciw i wstręt. To osacza Laurę, która sądzi, że przecież powinna być wdzięczna… więc wszelkimi siłami stara się wynagrodzić swój brak uczucia, brak zaangażowania, ukryć je, schować jak najgłębiej za idealnym tortem i obcasami noszonymi z samego rana.

Nie potrafi z przyjemnością rozpłynąć się w otaczającej ją miłości i akceptacji, jak czyni kobieta kochająca; śmiać się ze wzajemnym zrozumieniem, jaka to z niej marna kucharka. To kształt ma dla niej znaczenie, nie treść – bo treści dla Laury nie ma. Nie dostrzega jednak, że ktoś widzi jej lęk, że ktoś rozumie, na wpół świadomie, co gotuje się w jej wnętrzu, przeczuwając tragedię. Tym kimś jest Richard, synek, w którym wiele lat później obudzi się poeta, wbrew temu, czego sam by pragnął. Richard, który może bardzo mało, który czepia się złudnej nadziei, że tajemnicze zaklęcie „kocham cię, mamo” sprawi cud i zawróci Laurę z drogi, którą obrała. Kiedy takie zaklęcie zawiedzie – jak można nadal wierzyć w jego siłę?

Jaką wolność wybrała Laura i wedle jakiej miary ją sądzić? Jej przerażenie sięga zenitu, kiedy patrząc na przyjaciółkę myśli, że mogłaby umrzeć nie znając właściwie życia. Bo to, które prowadzi, jest marnym przedstawieniem jednego zagubionego na zbyt wielkiej scenie aktora.

Virginia rozumie to najlepiej. Swoje życie sprowadziła do rytmu, który wyznaczają jej kochający mąż i lekarze. Dla niej więzieniem jest nawet nie wieś, na której się zakopała, nawet nie choroba, która wypełnia jej mózg straszliwymi głosami z zaświatów, ale własne ciało. Patrzy na martwego ptaka i w jakiś absurdalny sposób mu zazdrości. Obecność śmierci nie napawa jej lękiem, lecz dziwnym spokojem, obietnicą wyzwolenia. Rozumie wtedy, że istnieją tacy, którzy są na śmierć skazani, tak jak istnieją ci skazani na życie, a jedni bez drugich nie mogliby funkcjonować, gdyż obecność drugiego bieguna pozwala tym pierwszym zrozumieć, a tym drugim – zacząć bardziej cenić to, co mają.

Virginia jest szczęśliwsza w świecie pani Dalloway niż we własnym, i to jest niewłaściwe, wręcz złe. Jej przeznaczeniem jest stworzyć ten świat i odejść, gdyż poza nim nie ma dla niej miejsca. Właściwie – godzi się z tym. W ostatniej godzinie swojego życia potrafi być wdzięczna za wszystkie minione. Dziękuje za nie, ale wybiera jednak własną wolność, tak jak zrobi to wiele lat później Laura, tak jak bardzo chciała zrobić Clarissa, ale nigdy się na to nie zdobyła.

Godziny. Niektóre pędzą na złamanie karku, niektóre zdają się trwać całą wieczność. Jedne są błogie i szczęśliwe, inne wypełnione łzami i rozpaczą. Niektóre przynoszą wolność i spokój, inne znowu są tylko trwaniem i oczekiwaniem. Bywają takie, o których jak najszybciej chcemy zapomnieć, i takie, które zapadną w nas na całe życie; a zdarza się, że są one jednym i tym samym. To jesteśmy właśnie my, nasze życie, które nabiera kształtu w rytm upływających godzin – same w sobie nic nie znaczą. To my sprawiamy, że stają się wszystkim, początkiem i końcem, poddaniem i rewolucją, łzami i śmiechem. Trwaj, chwilo! Chwilo, jesteś piękna!

Ostatnio dodane