Recenzje

GODZILLA: MONSTER PLANET (2017). Netflix w służbie legendarnemu potworowi

Stary potwór w całkowicie nowej odsłonie. Nie jest źle, choć mogło być lepiej.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Ziemia utracona

Godzilli najwyraźniej niestraszne jest zmęczenie materiału. Choć filmowa opowieść o królu potworów trwa już od, bagatela, kilkudziesięciu odsłon, scenarzyści wciąż znajdują sposoby na to, by serię kontynuować. W przypadku filmu Godzilla: Monster Planet, mającego premierę na polskim Netflixie w styczniu, mamy nawet do czynienia ze znaczącą nowością. Jest to bowiem pierwszy pełnometrażowy film animowany w serii. To zaskakujące, gdy weźmie się pod uwagę, że słynny potwór narodził się w Japonii, kraju anime. Jak to mówią, lepiej późno skorzystać z bogatej tradycji rysunkowej na rzecz rodzimej marki, niż nie zrobić tego wcale.

To frekwencyjny (i artystyczny) sukces Shin Gojira dał zielone światło Monster Planet.

Blisko było jednak tego, by Godzilla: Monster Planet stała się tworem znacznie dłuższym, przez co utraciłaby swój pionierski charakter. Pierwotnie projekt planowany był bowiem jako serial animowany, a jak wiadomo, marka Godzilli uwzględnia już takie formy. Decyzja o skróceniu Monster Planet do filmu pełnometrażowego (a ściślej, trzech filmów – kolejne części pojawią się w 2018) zapadła z konkretnego powodu i miała, a jakże, podłoże koniunkturalne. To frekwencyjny (i artystyczny) sukces Shin Gojira, czyli kolejnego już remake’u oryginału z 1954, goszczącego w japońskich kinach w 2016 roku, utwierdził twórców Monster Planet w przekonaniu, że krótsza forma przeznaczona do kinowej sali będzie dla filmu odpowiednia. Z kolei Netflix nie chcąc, by powtórzyła się sytuacja z 2016 roku – gdzie wspomniany Shin Gojira zgarnął furę kasy z japońskich kin, będąc jednocześnie na świecie towarem limitowanym, wyświetlanym na zaledwie kilku terytoriach – zdecydował się przejąć zagraniczną dystrybucję Monster Planet.

Jeśli należycie do tych, którym zawsze brakowało elementów czystego science fiction w historii o królu potworów, fabuła nowego filmu dostarczy wam wiele radości – właściwa akcja rozgrywa się bowiem w odległej przyszłości. Jest to przyszłość, w której człowiek ostatecznie przegrywa z kaiju – gigantycznymi potworami – walkę o dominację na Ziemi. Tułający się przez lata po kosmicznych przestrzeniach ludzie, nie widząc dla siebie innej szansy na przetrwanie, w końcu postanawiają raz jeszcze podjąć rękawicę i powrócić na rodzimą planetę, by zniszczyć Godzillę – najsilniejszego z potworów – i przywrócić porządek w przyrodzie. Podróż przez niemal dwanaście milionów lat świetlnych jest jednak niezwykle kosztowna. Bohaterowie trafiają na Ziemię, która jest dwadzieścia tysięcy lat starsza od tej, którą znali. Jeden z nich, Haruo, ma jednak z Godzillą osobiste rachunki do wyrównania i nie spocznie dopóty, dopóki radioaktywny gigant nie zniknie z powierzchni błękitnej planety.

Za realizację filmu odpowiedzialny jest duet twórców Hiroyuki Seshita oraz Kôbun Shizuno. Panowie powinni być znani sympatykom anime, gdyż lata temu dali światu serial Sidonia no Kishi (który za sprawą popularności przerobiono także na film). Z kolei posiadacze Netflixa będą kojarzyć nazwisko Hiroyuki Seshita z filmem Blame!, czyli ubiegłoroczną adaptacją słynnej mangi o tym samym tytule. Patrząc pod kątem stylistycznym, Godzilla: Monster Planet ma najwięcej wspólnego właśnie z tą ostatnią pozycją. W obydwu przypadkach mamy bowiem do czynienia z anime, które choć opiera się na tradycyjnych rysunkach, to jednak ostatecznie podkręcone zostaje efektem komputerowym. Chyba jednak bardziej trafia do mnie zwyczajna, „płaska” kreska, aczkolwiek przyznać też wypada, że w tym wypadku trójwymiarowy design Godzilli robi wiele dobrego.

Film ma kilka niedociągnięć. Bohaterowie nie należą do tych, za którymi chciałoby się podążać. Taki Haruo ma w sobie tyle charyzmy, co latarnia uliczna – świeci tylko na krótkim dystansie. W dialogach z kolei gęsto od łopatologii, wykładającej z gracją słonia najtrudniejsze elementy fabuły. Na domiar złego tonacja całości zbyt często wspomaga się patosem. Dlaczego zatem uważam Monster Planet za ciekawy punkt prominentnej serii? Dlatego, że koncept fabularny, który w nowy sposób opowiada starą historię, wygrywa naszą uwagę. Umiejętnie stopniowane napięcie kieruje do kolejnego spotkania z dobrze znanym monstrum. Ale jest to spotkanie inne niż wszystko, czego dotychczas doświadczaliśmy.

Godzilla: Monster Planet to zaproszenie do w pełni futurystycznego świata, który zawiera w sobie zarówno miejsce dla kultu technologii, jak i Boga (co jest jednocześnie wątkiem proszącym się o rozwinięcie). Najbardziej jednak ujmująca jest w nim atmosfera nostalgii. Za sprawą wyjścia w przyszłość razem z bohaterami mamy okazję do poczucia tęsknoty za rodzimą planetą, która w filmie opanowana zostaje przez emanacje naszych najskrytszych lęków. Już dziś jednak Ziemia coraz bardziej wymyka się nam spod kontroli – i to bez udziału gigantycznych potworów. Jest więc w filmie kolejna ukryta przestroga, czym dopełnia się tradycja serii.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane