Recenzje

Gimme Danger. Buntownicy bez emocji

Niebezpieczeństwo na smyczy przeciętnej reżyserii

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

To nie pierwsze spotkanie duetu Pop/Jarmusch, ale pierwsze, które nie wzbudza żadnych emocji

Iggy Pop to mój muzyczny absolut. Jest matrycą lidera, od której odbijani byli wszyscy kolejni szaleńcy rocka. Nieważne, czy bezpośrednim powodem chwycenia po instrument było dla kogoś Rage Against The Machine, Red Hot Chili Peppers, The Sisters of Mercy czy Sonic Youth – u źródła niemal zawsze stoi Iggy. Kręcenie dokumentu o tak wyrazistej postaci musi być trudne i niestety przerosło nawet tak znakomitego reżysera, jak Jim Jarmusch.

The Stooges oferowali muzyce prostotę, a swoim słuchaczom komunikat: „Wy też możecie to robić”. Oferowali światu wściekłość, jakiej nikt wcześniej (i niewielu późnej) nie ośmielił się pokazać na scenie. Średnio utalentowany gitarzysta nauczyłby się ich repertuaru w ciągu jednej nocy, ale ten sam gitarzysta w swoich najbardziej skomplikowanych, wielominutowych solówkach nigdy nie osiągnie tak ujmującego poziomu szczerości, chociażby dlatego, że skoncentrowany jest na instrumencie, a nie na transferze energii. Nie chcę przywoływać prastarego sporu pomiędzy zwolennikami muzyki prostej w formie i silnej w przekazie a jej przeciwieństwem, więc ujmę różnice w kategoriach nieantagonizujących, a przy okazji także filmowych. Yngwie Malmsteen czy Steve Vai to herosi na miarę Avengers. Ich kompozycje mogą przemierzać wymiary, światy i planety; mają predyspozycje, by mierzyć się z nadnaturalnymi siłami; a sami wyglądają, jakby dopiero co zeszli z okładki któregoś z czasopism. The Stooges są natomiast Daredevilem – chłopakami z sąsiedztwa, których dotykają sprawy przyziemne. Nie mają supermocy, ale nawet będąc na przegranej pozycji, nie boją się rzucić do akcji. Opowieści o II wojnie światowej albo historie z greckiej mitologii nigdy ich nie interesowały. Śpiewają o tym, co czują, co przeżyli, co jest dla nich ważne i co chcieliby zetrzeć w proch.

Biografia zespołu jest zbiorem mrożących krew w żyłach historii z pogranicza życia i śmierci. Bójki, narkotyki, alkohol, koncerty w ekstremalnych warunkach, wyjątkowo dotkliwe upadki i powrót po wielu latach spędzonych w muzycznym limbo. Doskonały materiał na film, który… Jim Jarmusch postanowił maksymalnie spłycić. Garstka archiwalnych zdjęć i „gadające głowy” w dziwnym otoczeniu (dlaczego Mike Watt wypowiada się, kucając w kuchni?) sprowadzają tempo wydarzeń do tak powolnego, że podróż Bilba Bagginsa z filmowego Hobbita zaczyna dorównywać kinu akcji spod znaku Raid. W filmie dokumentalnym nie jest to może aż tak istotne, ale w filmie dokumentalnym o zjawisku tak żywiołowym i agresywnym, jak The Stooges – jest. Fatalne, archaiczne rozwiązanie to ścisłe przestrzeganie chronologii wydarzeń, przez co można odnieść wrażenie, że Jarmusch dokonał prostej adaptacji wpisu na Wikipedii. Taka narracja szybko zaczyna nużyć, a ratują ją jedynie anegdoty opowiadane przez muzyków. W efekcie historia została opowiedziana bardzo powierzchownie. Fani nie dowiedzą się z tego filmu niczego nowego na temat swojej ukochanej grupy.

Najbardziej nieudanym pomysłem jest jednak umieszczenie fatalnych animacji obrazujących niektóre z wypowiedzi. Jeżeli widzieliście przeróbki Tabalugi z wklejonymi głowami polityków, to wiecie, jakiego typu „produkcje” mam na myśli. Wiem, że działalność The Stooges na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była niszowa i kontrowersyjna, przez co zachowało się niewiele archiwalnych materiałów wideo, ale zastępowanie ich żenującymi elementami o humorystycznych intencjach to zdecydowanie największa bolączka Gimme Danger. Jarmusch wyraźnie chciał podążać za internetowymi trendami, ale kiedy komunikuje się w ten sposób, przypomina poczciwego ojczulka, któremu zdaje się, że wystarczy rzucać słowem „beka” w co drugim zdaniu, aby zbliżyć się do rzeczywistości dorastających dzieci.

„Szóstka” może się wydawać oceną zbyt wysoką po wytoczeniu tych wszystkich zarzutów, ale Jarmusch nie nakręcił filmu, którego musiałby się wstydzić. To nie jest ani dobry, ani zły dokument, jest po prostu nijaki. Ocenę ze średniej „piątki” podniosłem wyłącznie za tematykę – pokazanie nie tyle biografii samego Iggy’ego Popa, co historię grupy, której wszyscy pozostali członkowie z oryginalnego składu już nie żyją. Przy takim materiale źródłowym aż prosiło się o zaskakującą konwencję na miarę 20 000 dni na Ziemi albo gwałtowny, teledyskowy montaż. Oglądanie najzadziorniejszych buntowników w historii muzyki w statycznych kadrach nie wywołuje żadnych emocji. Do rzemiosła reżyserskiego nie sposób się przyczepić, ale przeniesienie szaleństwa The Stooges na ekran zakończyło się niepowodzeniem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane