Recenzje

GHOST IN THE SHELL. Anime z duszą

Dla jednych anime to przede wszystkim studio Ghibli, dla innych "Dragon Ball", a dla jeszcze innych "Pszczółka Maja". Dla mnie to przede wszystkim "Ghost In The Shell".

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Cyberpunk's Not Dead

W lutym okładka magazynu „Total Film” straszyła nagłówkiem: „Ghost In The Shell: The Next-Gen Matrix”, który śmiało można zestawić z komentarzami typu: „Nie wiem, kim jest ten Paul McCartney, ale dzięki Kanye na pewno zrobi wielką karierę” po tym, jak były Beatles nagrał duet z niesławnym raperem.

Jak głosi plotka, Lana i Lilly  (wówczas jeszcze Larry i Andy) Wachowskie pod koniec ubiegłego wieku zjawiły się u producentów z kopią Ghost In The Shell i oznajmiły: „Chcemy zrobić taki film”. Na szczęście efektem jest całkowicie odrębna, autorska historia, ale wystarczy popatrzeć na zielone cyfry migające na ekranie, na drobne detale, jak na przykład wtyczki w ciałach postaci czy niemalże skopiowane sceny akcji, aby pozbyć się złudzeń co do tego, która legenda cyberpunku zainspirowała którą.

Ghost In The Shell nie jest oczywiście pierwszą wizją futurystycznego świata, w którym najprężniej rozwijającą się gałęzią przemysłu okazała się cybernetyka. Wcześniej był już Łowca androidów, był Akira, a także komiks Ronin czy książkowa trylogia ciągu Williama Gibsona, na którą składają się Neuromancer, Graf Zero oraz Mona Liza Turbo. Dlaczego więc po ponad dwóch dekadach od premiery obraz wyreżyserowany przez Mamoru Oshii tak silnie pobudza fantazje kolejnych filmowców? Świetne pojedynki; doskonała animacja; piękna muzyka, którą trudno wyrzucić z głowy? Każdy z tych elementów dostarcza intensywnych doznań zmysłowych, jednak to pasjonująca fabuła sprawia, że Ghost In The Shell pochłania bez reszty.

To pasjonująca fabuła sprawia, że Ghost In The Shell pochłania bez reszty.

Wśród młodszych widzów większą popularnością cieszy się serial Stand Alone Complex z 2002 roku czy nawet oryginalna manga narysowana przez Masamune Shirow. Przyczynę najłatwiej wyjaśnić na przykładzie głównej bohaterki każdej z tych historii – major Motoko Kusanagi. W serialu zwalcza przestępczość, nosząc niemal wyłącznie bieliznę, w komiksie miewa natomiast czysto komediowe momenty, a w filmie Oshiiego nie tylko się nie uśmiecha, ale nawet nie mruga. Reżyser skorzystał ze zjawiska zwanego doliną niesamowitości, zgodnie z którym zbyt duże podobieństwo maszyny do człowieka wywołuje dyskomfort czy nawet strach. Kusanagi w tej interpretacji jest postacią poważną, kompletnie odczłowieczoną, wzbudzającą niepokój, ale jednocześnie pobudzającą do filozoficznych dywagacji dotyczących natury człowieka. Gwałtowne zatrzymanie akcji w finale i ustąpienie miejsca bardzo długim dialogom dla osób przyzwyczajonych do stereotypowego amerykańskiego kina może być po prostu nudne, niemniej to właśnie dzięki nastawieniu na treść Ghost In The Shell jest produkcją z „duszą”, a nie „duchem” dawnej epoki.

Nie po to film jest jednak filmem, żeby zachwycać wyłącznie historią, od tego są słuchowiska. Ilekroć oglądałem Ghost In The Shell (czyli przynajmniej dziesięć razy), nie mogłem się nadziwić, jak precyzyjnie, szczegółowo i płynnie zrealizowano chociażby towarzyszącą napisom początkowym scenę tworzenia cyborga. Takim kunsztem wciąż dysponują tylko Japończycy, a dla kontrastu wystarczy dodać, że w tym samym roku na Zachodzie popularnymi animacjami były Pocahontas, Goofy na wakacjach czy Świat według Ludwiczka. Różnica bez wątpienia ma podłoże kulturowe, w Kraju Kwitnącej Wiśni od zawsze filmy animowane traktowano na równi z produkcjami aktorskimi. Nic więc dziwnego, że Mamoru Oshii pofatygował się nawet o wypożyczenie arsenału i testowanie go na niezamieszkałym terytorium, aby następnie z jak największym realizmem zaprezentować działanie broni oraz pocisków w swoim filmie.

Czy istnieje coś, co Ghost In The Shell można by zarzucić? Długo myślałem nad ostatnim akapitem niniejszego tekstu, ale ostatecznie nie potrafię odnaleźć żadnych wad w dziele Oshiiego. Nie ma tu konfliktu między dużą ilością akcji oraz dużą zawartością refleksyjnych treści, nie ma dłużyzn (całość trwa mniej niż półtorej godziny), a oprawa audiowizualna nawet po dwudziestu latach jest jedną z najdoskonalszych, jakie w historii anime czy nawet w ogóle filmu powstały. Przed Rupertem Sandersem niezwykle trudne zadanie – ideału nie da się poprawić, a sądząc po zwiastunach jego wersji Ghost In The Shell, wiele scen zostanie „żywcem” przeniesionych z pierwowzoru (na przykład skok major Kusanagi z wieżowca czy słynny pojedynek w wodzie zainspirowany grą Virtual Fighter 2). Cała nadzieja w tym, że tegoroczny remake okaże się autorskim podejściem do źródłowego materiału i pozostanie w stosunku do produkcji z 1995 roku tak bardzo niewierny, jak ona sama w zestawieniu z wydaną w 1989 roku mangą.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane