Recenzje

GDZIE MIESZKAJĄ DZIKIE STWORY (2009)

Autor: Klara Kukowska
opublikowano

To nie jest film dla dzieci (…). Film jest „smutny”. Podejrzewam, ze wiele osób użyje bardziej dosadnego określenia – chory. Producenci tego filmu musieli mieć bardzo ciężkie dzieciństwo (…). Jeśli chcecie torturować/postraszyć jakieś dzieci, to jest to całkiem odpowiedni do tego film.
z komentarzy na portalu FilmWeb.pl (dodano polskie znaki)

Żadnych bitew, wielkiej polityki, wielowątkowości fantasy. Jedna wyspa, jeden mały chłopiec, siedem włochatych cudaków.

Gdzie mieszkają Dzikie Stwory to film niezwykły – zaskakujący i odrębny. Śmiało przełamujący nawyki kina traktującego o dziecięcej wyobraźni. Spike Jonze, twórca Być Johnem Malkovichem (bo przecież nie ...jak John Malkovich) i Adaptacji, po rozstaniu z Charliem Kaufmanem wziął na warsztat klasyczną na Zachodzie książeczkę dla dzieci Maurice’a Sendaka pt. Where the Wild Things Are. W dziwacznych obrazkach, staroświeckich, nieco makabrycznych – znalazł Jonze podobny do przedstawionego w Johnie Malkovichu dwupłaszczyznowy świat, gdzie rzeczywiste miesza się z fantastycznym, nadnaturalnym, skrzywionym. Zaowocowało to filmem zupełnie osobnym w swoistym podgatunku „dziecko ucieka w świat fantazji”. Jeżeli już jednak musiałabym szukać w miarę świeżych porównań, to oprócz Labiryntu Fauna del Toro (wybór oczywisty) przychodzą mi do głowy tylko dwa tytuły. Oba zresztą będące nader ambitnymi porażkami. Chodzi o Krainę traw wizjonera Gilliama i Most do Terabithii zupełnie anonimowego Gabora Csupo (w zeszłym roku wyreżyserował ekranizację znakomitej Tajemnicy Rajskiego Wzgórza, ale to już na marginesie marginesu). Na szczęście Jonze, w odróżnieniu od Csupo, doskonale rozumie, że film o dziecku nie musi być dziecinny i, podobnie jak Gilliam, nie dostosowuje narracji do standardów „kina dla najmłodszych”. Ale, w przeciwieństwie do Gilliama, nie popada w bełkot.

I jeszcze jedno skojarzenie, oczywiście z zupełnie innej, bo przecież najwyższej, półki jakościowej: Nakarmić kruki Carlosa Saury. W sposobie filmowania dziecięcego bohatera, w przekładaniu na ekran dziecięcej percepcji, dziecięcych skojarzeń, dziecięcego poczucia czasu, dziecięcej, jakże pokrętnej, logiki. Brak fabularnej spójności, z akcją dosyć fragmentaryczną i w zasadzie banalną; bo nie chodzi tu o nic więcej, jak o wybudowanie wielkiej twierdzy dla Dzikich Stworów. Scenografia sprawia wrażenie wręcz prowizorycznej: glina, patyki jakieś, las jest lasem, pustynia idealnymi, jakby wyciętymi z albumu, wydmami. Plaża, jaskinia – to miejsca, które Max ma prawo znać. Zdumiewająco kameralna jest ta fantastyczna rzeczywistość. To nie jest kino przygodowe! To nie jest kino epickie! Max ogłasza się królem Dzikich Stworów i wraz z nimi zaczyna budować olbrzymią twierdzę. Marzenie każdego dziecka: zostać królem, zdobyć przyjaciół i być dla nich autorytetem. Wielka twierdza w kształcie kuli to szałas z dziecięcych snów (kto kiedykolwiek próbował postawić w rodzinnym ogródku domek z gałęzi, ten wie, co mam na myśli). Żadnych bitew, wielkiej polityki, wielowątkowości fantasy. Jedna wyspa, jeden mały chłopiec, siedem włochatych cudaków.

Stwory to oczywiście projekcje różnych aspektów osobowości Maxa, ilustracje jego lęków. Dziecinne i niepoczytalne jak on sam. Bo Gdzie mieszkają Dzikie Stwory to fascynujący portret dziecka, wiwisekcja jego duszy, obraz specyficznej wrażliwości, w którym łatwo (przynajmniej mnie…) odnaleźć siebie sprzed lat. Max nie jest dzieckiem nadzwyczajnym, bywa zarówno słodki, jak i rozkapryszony; żaden z niego wybraniec losu. Wychowywany przez samotną matkę, zagubiony, bo mama pocałowała jakiegoś obcego pana, wściekły, bo starsza siostra nie chce się z nim bawić, a jej koledzy właśnie rozdeptali jego igloo na podjeździe. Dramaty większe i mniejsze, dziecięcy ból, dziecięca złość. Przemyślane jest to do najmniejszego szczegółu, mały Max Records gra jak z nut (ciekawe, czy gdzieś się jeszcze pojawi), a i głosy Stworów nie są przypadkowe. Chris Cooper jak to Chris Cooper; Lauren Ambrose (Claire z Sześciu stóp pod ziemią) z tą swoją słodką kpiną w głosie; Paul Dano cichutki i nieśmiały; i przede wszystkim chrypiący James Gandolfini, ciepły, chociaż zgryźliwy i wiecznie znużony. (Swoją drogą, podobieństwo Stworów do Gandolfiniego, Ambrose i Whitakera dodaje ich postaciom dodatkowego smaczku). W tle udana ścieżka Cartera Burwella i „All is love” śpiewane przez Karen O (wokalistkę Yeah Yeah Yeahs) z grupą dzieciaków, które niby-krzyczą i niby-fałszują, ale tak, że trudno się nie uśmiechnąć. Nadal jednak to bardzo nie-disneyowski rodzaj słodyczy.

Film oczywiście polecam i oczywiście nie wszystkim – nawet jeśli twojemu dziecku podobały się Kręgosłup diabła i Labirynt Fauna, nie gwarantuję, że spodobają się również Dzikie Stwory. Chociażby z tego względu, że to film o znacznie wątlejszej osi dramaturgicznej, zakorzeniony w codzienności, oparty na subtelnościach, które twoje dziecko pewnie przeżywa, jednak zda sobie z tego sprawę dopiero za lat dziesięć albo i w ogóle. Poza tym ja nawet nie wiem, czy dzieci lubią  Labirynt Fauna, więc autorytet ze mnie żaden. Zatem nie zrzucaj na mnie winy, jeśli dziecko stwierdzi, że było torturowane. Film niefajny – ale wyjątkowy.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane