VHS

GALAKTYKA GROZY. Podróż na planetę kiczu

Gdyby Stanisław Lem napisał scenariusz do "Martwego zła" osadzonego w kosmosie, a na realizacje pomysłu przeznaczono by niecałe dwa miliony dolarów, otrzymalibyśmy właśnie "Galaktykę grozy".

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Freddy Krueger, James Cameron i Roger Corman łączą siły

Obcy – ósmy pasażer Nostromo był opowieścią o pasożytniczym organizmie i jego ewolucji w drapieżcę gotowego rozszarpać wszystko w zasięgu zmysłów, a jego sukces niespodziewanie spowodował odwrócenie ról i początek żeru na sławie ksenomorfa. Filmowcy na całym świecie zapragnęli nakręcić kolejny horror science fiction (znaleźli się nawet śmiałkowie, którzy stworzyli własny sequel), ale niemal zawsze stały za nimi skrajnie niskie budżety, które wbrew intencjom doprowadzały widzów raczej do śmiechu niż do drżenia ze strachu. Galaktyka grozy jest natomiast jednym z lepszych „złych” filmów tego nurtu.

Załoga statku kosmicznego ląduje na obcej planecie w poszukiwaniu rozbitków innego międzyplanetarnego okrętu, ale oczywiście zastaje wyłącznie śmierć i terror miejscowych drapieżników. Krótko pisząc – standard, ale to tylko punkt wyjściowy dla historii Bruce’a D. Clarka, który niewiele więcej w swojej karierze wyreżyserował, ale miał znakomite wsparcie w postaci producenta-wirtuoza niskobudżetowych filmów klasy B, Rogera Cormana. To nazwisko jest gwarancją specyficznej jakości i akurat w tym przypadku z nawiązką spełnia pokładane w nim nadzieje, choć jest to zasługą także młodziutkiego kierownika produkcji, który za grosze stworzył oprawę wyglądającą na znacznie droższą i przede wszystkim wiarygodną.

James Cameron wzbił się na wyżyny kreatywności, tworząc z niczego fascynujący świat zamknięty w klaustrofobicznej piramidzie przypominającej konstrukcję z Cube, tyle że zamiast pułapek na głównych bohaterów czyhają przeróżne odmiany gumowych kosmitów.

James Cameron, bo jego mam na myśli, wzbił się na wyżyny kreatywności, tworząc z niczego fascynujący świat zamknięty w klaustrofobicznej piramidzie przypominającej konstrukcję z Cube, tyle że zamiast pułapek na głównych bohaterów czyhają przeróżne odmiany gumowych kosmitów. Raz zabójcą jest dziwaczna postać przypominająca któregoś z przeciwników Son Goku w Dragon Ballu; kiedy indziej morduje własna, odcięta ręka (należąca do Sida Haiga, którego współcześni fani horroru znają jako kapitana Spauldinga) w iście komediowym wydaniu rodem z drugiej części Martwego zła. Zresztą jeszcze kilkukrotnie można doszukiwać się podobieństw do legendarnej serii Sama Raimiego, chociażby w walce sobowtórów (w tej podwójnej roli wystąpił młodziutki Robert Englund, jeszcze zanim po raz pierwszy wcielił się we Freddy’ego Kruegera) czy słynnej, dziwacznej scenie gwałtu bezkształtnej, oślizgłej masy na jednej z astronautek (coś dla fanów shokushu goukan). Jeżeli jednak inspiracja jest prawdziwa, to musi być odwrotna, bo zarówno Martwe zło 2, jak i Armia ciemności powstały później niż Galaktyka grozy. Cameron natomiast sięgał tutaj po dopiero kiełkujące pomysły na mroczny thriller, jaki zrealizował później w Terminatorze, horror rozgrywany w kosmosie, jaki stał się kontynuacją Obcego czy historię o odcięciu od świata ukazaną w Otchłani.

Wyraźnie wszystkie osoby zaangażowane w powstanie Galaktyki grozy miały większe ambicje niż zaledwie powielenie popularnych klisz, o czym świadczy zarówno oprawa wizualna, jak i sama fabuła, gdzie scenom gore towarzyszy wyjątkowo duża ilość treści, jak na tak skromny, uchodzący za kiczowaty film. Clark próbował wpleść w fabułę wątki psychologiczne przypominające Solaris Stanisława Lema czy Ukryty wymiar (aczkolwiek tutaj także inspiracja musiałaby być odwrotna) i chociaż wyszło raczej zabawnie, zdecydowanie bez potencjału refleksyjnego, to już sama potrzeba przekazania czegoś więcej niż szczerej, niezobowiązującej rozrywki zasługuje na wyróżnienie. Nie róbcie sobie jednak zbyt wygórowanych nadziei, Sid Haig po przeczytaniu scenariusza namówił Cormana, aby jego postać pozostała niemalże niema, co najlepiej świadczy o tym, z jakiego rodzaju tekstem mieli do czynienia aktorzy. Żeby nie być gołosłownym, dostajemy na przykład takie patetyczne przemowy: „Zwątpienie to demon, brat rozpaczy. Zabija tych, którym brak odwagi, by być śmiałkami, a jest nawet gorzej, kiedy postacie wchodzą w interakcje. Zaczynam się starzeć, jestem zmęczony wydawaniem rozkazów. Wolałbym siedzieć w domu” – żali się senior astronauta, na co słyszy bezpieczną odpowiedź młodej członkini ekipy: „Nie jesteś stary, komendancie”, więc jak przystało na prawdziwego samca alfa, wchodzi w tryb podrywu: „Zwłaszcza gdy patrzę na ciebie…”.

ITI wydało polską kasetę, bazując na amerykańskiej okładce. Poza ostrzeżeniami związanymi z prawami autorskimi wszystko zostało więc zapisane w języku angielskim, ale w zamian dostaliśmy oryginalną, fenomenalną grafikę, która mogłaby posłużyć także jako okładka albumu Cannibal Corpse. Dosłownie wystarczy nanieść krzaczaste logo. Z koszmarnymi dialogami zmierzył się natomiast Andrzej Matul, lektor, który czytał także Coś czy Nową nadzieję. Nie jest to może pozycja wyjątkowo rzadka, ale na pewno warto mieć ją w swojej kolekcji jako przykład tak złego, że aż dobrego filmu, któremu niewiele zabrakło, żeby stać się po prostu dobrym.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane