Recenzje

FREE FIRE. Postrzelone psy

Kiedy oglądałem Free Fire na festiwalu OFF Camera, huk wystrzałów i świst rykoszetów niejednokrotnie był zagłuszany przez donośny śmiech całej widowni - w filmie Bena Wheatleya kryje się bowiem prawdziwe rozrywkowe złoto.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Wyjściowy koncept jest prosty – wymiana interesów między dwiema grupami nie wypaliła jak należy, w efekcie czego obie ekipy chcą się pozabijać. Akcja niemal w całości ma miejsce w wielkiej hali starej fabryki. Bohaterowie zaś uzbrojeni są zarówno w broń palną, jak i w niezwykle cięty humor. Jedno i drugie trafia bez pudła.

Po pełnym ekscesu i audiowizualnego szaleństwa High Rise Ben Wheatley postawił na wariactwo łączące styl wczesnych dokonań Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza. Już pierwsze sceny zdradzają inspiracje postmodernistycznym kinem gangsterskim – błyskawiczne przerzucanie się docinkami i obelgami, pozornie bezcelowe dygresje i błyskotliwe przepychanki słowne to coś, do czego przyzwyczaił nas zarówno autor Wściekłych psów, jak i chociażby Guy Ritchie w swoim Przekręcie. Taki sposób prezentacji bohaterów i relacji między nimi czasem pasuje do reszty filmu jak pięść do nosa i sprawia wrażenia silenia się na luz (Legenda), ale problem ten nie dotyczy Free Fire. Wheatley stanął na wysokości zadania i naszpikował swój scenariusz przezabawnymi kwestiami, uzyskując niezwykłą dynamikę relacji między przerysowanymi, ale wiarygodnymi bohaterami. Udała mu się także niełatwa sztuka, jaką było zachowanie równowagi między komedią, powagą oraz napięciem. Nie znajdziemy tu żadnego komentarza społecznego ani niejednoznaczności fabuły – to czysta i bezpretensjonalna radość z kina.

Choć dowcip pada tu przynajmniej równie często jak wystrzały z pistoletów i karabinów, nie rujnuje to napięcia nieprzewidywalnej w sporej mierze historii. Poczucie humoru nie należy do grzecznych ani wybrednych, ale granica dobrego smaku nie została przekroczona. Free Fire próbuje wywołać nasz śmiech na różne sposoby – najczęściej poprzez absurd, zaskoczenie i interakcje między bohaterami, którzy swoją sytuację traktują z pewnym luzem i czarnym humorem.

Jest to tak efektywne w dużej mierze dzięki aktorom prezentującym fantastyczne komediowe zacięcie.

Armie Hammer, Cillian Murphy, Sharlto Copley, Brie Larson i Sam Riley zdają się świetnie bawić, wcielając się w ekscentrycznych gangsterów. Na szczególne oklaski zasługuje ten pierwszy, czym jeszcze raz potwierdza, że sequel Kryptonimu U.N.C.L.E. to zdecydowanie dobry pomysł.

Trudno jednak wyobrazić sobie sequel Free Fire, jako że trup ściele się gęsto, a śmierci bywają zaskakujące. Kule nieustannie świszczą wokół bohaterów, którzy czołgają się, biegają od osłony do osłony i wykazują się sprytem w poszukiwaniu przewagi nad przeciwnikiem. Ponad godzinna walka jest niebywale chaotyczna, ale jednocześnie nakręcona i zmontowana w taki sposób, by dynamika zamieszania nie zmieniła się w nieczytelność. Wymaga to pewnego skupienia, ale wiemy, gdzie są bohaterowie, do kogo strzelają i jakie grozi im niebezpieczeństwo. Fenomenalną robotę wykonali natomiast dźwiękowcy – odgłosy wystrzałów, rykoszetów, odłupywanego betonu i nieustanny świst kul otaczają widza i sprawiają, że czuje się jak jeden uczestników jatki. Z tego też powodu zdecydowanie warto obejrzeć ten film na sprzęcie z dobrym dźwiękiem przestrzennym – ja po wyjściu z kina jeszcze przez godzinę miałem wrażenie, że dookoła wszędzie strzelają. I o ile odgłosy broni pomogły należycie sprzedać akcję, o tyle odpowiednie zastosowanie muzyki przysłużyło się filmowej komedii, perfekcyjnie tworząc przezabawne sytuacje.

Free Fire ujmuje swoją prostotą. To rewelacyjnie zainscenizowana strzelanina na broń i słowa bez silenia się na cokolwiek więcej. Akcja jest przy tym napięta, a dowcip celny. I choć w drugiej połowie filmu ciężar jednego i drugiego momentami się zmniejsza, to czujny Wheatley w porę wprowadza zwroty akcji i zmiany, które odmieniają i ożywiają pole walki. Film jest dość krótki, ale wychodzi mu to na dobre – mam wrażenie, że nawet kilka minut więcej mogłoby poskutkować znużeniem widza. Czas trwania zdaje się być jednak wyliczony co do sekundy – tak, by było zabawnie i ciekawie do samego końca. Dodajmy do tego doborową obsadę mającą za podstawę świetny scenariusz, idealną porcję wulgarności i przemocy, a otrzymamy kapitalną propozycję na wieczór z grupką niekoniecznie postrzelonych znajomych.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane