Recenzje

Fences – anioł i diabeł w jednym człowieku

Czapki z głów dla Washingtona.

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Mimo że nie zawsze pojawiał się na pierwszym planie, Troy Maxson wypełnił sobą cały film tak, jak wypełniał swój dom. A ja wciąż nie wiem, czy nim gardzę, czy czuję do niego szacunek.

Troy Maxson (w tej roli Denzel Washington, który pozwolił fanom nieco za sobą zatęsknić) to czarnoskóry mężczyzna, zbliżający się do jesieni życia, z „przeszłością” w związkach i kryminalną. Niespełniony bejsbolista – twierdzi, że nie dopuszczono go do gry w profesjonalnej drużynie ze względu na kolor skóry, a talent miał wielki. Obecnie to szczęśliwy mąż i surowy ojciec. Pracuje jako śmieciarz, ma najlepszego (białego) przyjaciela i od czasu do czasu lubi napić się wódki. Są lata pięćdziesiąte.

Jego żona, Rose (Viola Davis), to prawdziwa opoka domu, fundament, który chowa się w tle. Wzorowa gospodyni, z dobrym słowem dla każdego, stara się chronić syna przed gniewem ojca. Interweniuje, gdy Troy uniemożliwia Cory’emu grę w bejsbol. Małżeństwu układa się różnie, ale dobrze – i jak to zwykle bywa – do czasu… Powiedzieć więcej to zdradzić przemyślaną, płynącą rwącym strumieniem fabułę.

Fences opiera się na monologach i dialogach. Film stanowi adaptację sztuki Augusta Wilsona, która miała zostać zekranizowana jeszcze w latach osiemdziesiątych. Rzadko wychodzimy z domu Maxsonów, nie uświadczymy żadnej retrospekcji, o przeważającej większości wydarzeń dowiadujemy się z rozmów. W ferworze dialogów rzeczy dzieją się szybko: ktoś przychodzi, ktoś odchodzi, my się zasłuchamy i… Trudno nam ocenić zachowanie bohaterów, przepuszczone już przez filtry perspektyw.

Występy aktorskie w Fences reprezentują poziom (ponad)oscarowy. Nie wątpiliśmy w Denzela Washingtona (który spisał się na medal również jako reżyser dzieła), coraz lepiej poznajemy możliwości Violi Davis (gwiazda Sposobu na morderstwo, pojawiła się w Służących, Labiryncie czy Legionie samobójców). Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w Gabe’a, niepełnosprawnego brata Troya, gdy wygłaszał monologi o psach piekielnych i otwarciu wrót do niebios przez św. Piotra – jakby był już wniebo- lub wpiekłowzięty. Rola Mykeltiego Williamsona (kojarzony z roli Bubby Blue w Forreście Gumpie, ostatnio grywał w serialach Nashville, Justified: Bez przebaczenia i Underground) z pewnością nie umknie uwadze krytyków.

O randze dzieła świadczą zdobyte wyróżnienia – nagrody Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych dla odtwórcy głównej roli i odtwórczyni roli pobocznej (Washington wyprzedził w tym rozdaniu „pewniaka”, Caseya Afflecka), Złoty Glob dla najlepszej aktorki drugoplanowej i dziewięćdziesiąt trzy inne nominacje, w tym cztery oscarowe: dla najlepszego filmu, najlepszego aktora, najlepszej aktorki drugoplanowej i najlepszego scenariusza adaptowanego. Według mnie w drugiej wymienionej kategorii Davis idzie oko w oko z Michelle Williams, a na pozostałe statuetki nie ma raczej co liczyć. Manchester by the Sea, Moonlight i La La Land (nie jestem pewna, czy słusznie) mają już status arcydzieł lub filmów przełomowych.

Fences to dzieło nienowatorskie, za to bardzo solidne. Siłę czerpie z prostoty, jaką narzuca forma teatralnej sztuki. Publicyści umieszczają je w jednym worku z Ukrytymi działaniami i Moonlight, jako przeciwwagę dla konwencji (teorii spiskowej) #whiteOscars. Dla mnie dzieło Washingtona przewyższa pozostałe o dwie gwiazdki.

Nie można po prostu obejrzeć Fences i wrócić do codziennych czynności. Nic tu nie wstrząsa, za to niemal niezauważalnie sprowadza z utartych torów myślowych. Fabuła zaskakuje subtelnie, kolejne sekwencje okazują się być czym innym, niż (nawet nie zdążyliśmy pomyśleć) oczekiwała nasza podświadomość – bez silenia się na szokowanie. W zgodzie z naturalną potrzebą szeregowania na dobre i złe, oddzielania „naszych” od „wrogów”, film zmusza do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: jak oceniam Troya Maxsona? I im bardziej chcę opowiedzieć się za nim (to charyzmatyczny wodzirej, gdy on się śmieje, śmieje się cały świat. Poza tym oddaje żonie całą wypłatę) lub przeciwko niemu (cholerny szowinista i bezczelny tyran), tym bardziej nie potrafię. Podwójne chapeau bas dla Denzela Washingtona za wywołanie stanu niekończącego się niepokoju duszy.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane