Recenzje

EKSPERYMENT (2001)

Reżyser, opierając swój film na prawdziwym eksperymencie socjologicznym, zagląda w duszę przeciętnego człowieka i bezlitośnie wyciąga na światło dzienne to, co tam znajduje, a chwalić się doprawdy nie ma czym.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Zło w nas

Człowiek, postrzegany zazwyczaj jako istota niemal perfekcyjnie przystosowana, postawiony w sytuacji ekstremalnej gubi gdzieś swoją doskonałość, staje się mały i zaszczuty lub, o ile okoliczności na to pozwalają, przekształca się w bezwzględnego drapieżcę bezlitośnie wykorzystującego swoją przewagę. I o tym właśnie jest Eksperyment Olivera Hirschbiegela.

Reżyser, opierając swój film na prawdziwym eksperymencie socjologicznym, zagląda w duszę przeciętnego człowieka i bezlitośnie wyciąga na światło dzienne to, co tam znajduje, a chwalić się doprawdy nie ma czym. Nienawiść, egoizm, zwierzęce wręcz postrzeganie świata z jednej strony i bezwolność, strach i upokorzenie z drugiej. Badanie, stawiając jego uczestników w tak różnych rolach, zdemaskowało i obnażyło te cechy naszej natury, które bliższe są zwierzętom, od których mienimy się być lepszymi. W symulowanym więzieniu spotykają się ludzie z ulicy – przeciętniacy, nie wiedząc jednak, że znajdą się po przeciwnych stronach barykady jako więźniowie i strażnicy.


Nie ma miejsca dla sztucznych tworów w naszej rzeczywistości, wytwarzają one bowiem zakłócenie, wir, który jak monstrum szwajcarskiego lekarza musi doprowadzić do destrukcji.

Tarek Fahd (Moritz Bleibtreu) – taksówkarz z przeszłością humanisty, przyjmuje na siebie rolę prowokatora w celu pozyskania jak najlepszego, widowiskowego materiału dla gazety, do której ma nadzieję wrócić. Staje się katalizatorem – organicznym zapalnikiem doprowadzającym tygiel ludzkich charakterów do wrzenia, a potem wybuchu. Berus (Justus von Dohnanyi) – z pozoru ułożony, zamknięty w sobie, na pierwszy rzut oka będący ucieleśnieniem przeciętnego Niemca, wybija się z grupy strażników na nieformalnego przywódcę. Profesor Thon (Edgar Selge), nadzorujący całe przedsięwzięcie, w pewnym momencie zdaje sobie sprawę z tego, że jego eksperyment może przynieść zaskakujące, być może nawet rewolucyjne wyniki.

Wszystko to dzięki zarysowującej się wkrótce po rozpoczęciu badań rozgrywce samozwańczego przywódcy więźniów – Tarka z wyłonionym na drodze naturalnej selekcji Berusem. W tym momencie koszty przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, zaczyna się liczyć tylko końcowy rezultat. Profesor Thon pada ofiarą własnej pychy, ułudy, że sytuację da się w pełni kontrolować. Jednak już po 48 godzinach wiemy, że tłumione popędy, uwolnione przez sztucznie stworzoną sytuację, uczynią z Berusa innego człowieka – współczesne wcielenie hitlerowskiego oprawcy, człowieka, którego niespełnienie i frustracja zaowocuje wybuchem tak silnym, że niemożliwym do opanowania. Eksperyment stanie się dla niego szansą na to, by nie tylko urosnąć we własnych oczach, ale przede wszystkim wzbudzić podziw i strach widzów – zarówno więźniów, jak i strażników.

Badanie wymyka się spod kontroli, ale profesor, zaślepiony oczekiwanym efektem, jest zdecydowany przyjąć na siebie rolę demiurga, ale demiurga ułomnego – twórcy sztucznego świata, zaludnionego przez spragnionych wrażeń i pieniędzy nieudaczników. Jego (po) twór nie tylko wymyka się spod kontroli, ale doprowadza do wypaczenia, a wreszcie kompletnej ruiny założeń przyświecających stwórcy. Pojawia się pytanie o granice ingerencji człowieka w sprawy, które do niego nie należą – tworzenie światów, które stają się cieniem rzeczywistości, jej ciemną stroną, negatywem, drwiną wreszcie. Pytanie, które blisko 200 lat temu postawiła Mary Wollstonecraft Shelley we Frankensteinie, wciąż pozostaje porażająco aktualne. Nie ma miejsca dla sztucznych tworów w naszej rzeczywistości, wytwarzają one bowiem zakłócenie, wir, który jak monstrum szwajcarskiego lekarza musi doprowadzić do destrukcji.

Czy zatem Eksperyment jest rozważaniem na temat syndromu Boga? To również, ale bardziej jest on dramatem władzy. Ułomny człowiek postawiony w narzuconej mu sytuacji ulega iluzji: iluzji bezkarności, iluzji własnych możliwości i mocy, iluzji władzy nad własnym losem i, co gorsza, losem innych. Złudzenie to połączone z naturalną u naszego gatunku skłonnością do schlebiania własnym instynktom, egoizmem i tendencją do autodegradacji musi dać mieszankę wybuchową. Takiej iluzji ulega Berus – przywódca strażników, stając się zwierzęciem – demonem w ludzkiej skórze – wcieleniem najgorszych wyobrażeń o możliwościach człowieka. Takiej iluzji ulega również nasz demiurg. Tarek natomiast, traktujący z początku całe przedsięwzięcie jak wstęp do dobrej zabawy i sposób na powrót do normalnego życia, uruchamia lawinę, której nic nie będzie w stanie zatrzymać. W odróżnieniu od Berusa prezentuje on zestaw cech, którym powszechnie przypisuje się winę za różnego rodzaju nieszczęścia – jest lekkomyślny, bezrefleksyjnie i z lekceważeniem igra z siłami, których potęgi nie zna; mało, z istnienia których nie zdaje sobie nawet sprawy. W momencie, kiedy przychodzi refleksja, jest już za późno – bestia zostaje uwolniona.

Kwestią, która niejako samoczynnie pojawia się w tym miejscu, jest pytanie, czy odwrócona sytuacja przyniosłaby ten sam – tragiczny – efekt. Powraca odwieczny problem kata i ofiary, granicy, która ich dzieli – granicy realnej czy może już tylko pozornej – uwarunkowanej okolicznościami, w których się znaleźli. Wszak ktoś mądry powiedział kiedyś, że zło jest również dobrem, ale umieszczonym w niewłaściwym miejscu i czasie. Igranie z ludzkimi popędami jest jak stawanie w szranki z matką naturą – dopada cię, zanim zdążysz zrozumieć, do czego zmierzasz. Nie bez powodu przytoczyłem tutaj tytuł sztandarowego dzieła nurtu powieści gotyckiej – Frankensteina Mary Shelley, Eksperyment bowiem bierze swój początek z tego samego zaślepienia ufnością w potęgę ludzkiego rozumu, potęgę nauki. Wszechwładna iluzja będąca wynikiem postępu, wychowania w kulturze szkiełka i oka powoduje, że zapominamy o tym, jak kruche jest nie tylko nasze ciało, ale, co ważniejsze, nasza psychika. Współczesne, wykształcone przez kulturę konsumpcyjną wzorce osobowe każą nam wierzyć, że nic nie może zatrzymać raz rozpoczętego pochodu – zawsze do przodu.

Nie miejmy wątpliwości – na drodze naszego rozwoju nie stanie natura, tę da się w ten czy inny sposób okiełznać, nie staną ograniczenia techniczne, które zawsze da się prędzej czy później obejść. Tam, pod twardą ścianą, o którą rozbiją się kiedyś nasze czaszki, będziemy my sami – nasze lęki, nasze ograniczenia i nasze… demony.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane