W stronę zachodzącego słońca

Drapieżcy (1999)

Western, horror, czarna komedia i survival w jednym.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Bon apétit!

Ravenous – bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu – oznacza dosłownie wygłodniałego (w tym wypadku człowieka) na maksa; kogoś, kto z niedosytu gotów jest wręcz rzucić się na surowe mięso, by zapełnić nim ziejącą w brzuchu pustkę. Jeśli rzeczone słówko jednoznacznie kojarzy się wam z zombie i kanibalizmem, a w powietrzu już czujecie zapach krwi wylanej na taśmę, to znaczy, że nazwa dzieła w reżyserii Antonii Bird spełnia swoje podstawowe zadanie i brzmi odpowiednio… drapieżnie. Jednocześnie wcale nie jest łatwo je rozszyfrować i – gdy już wszystkie karty wyłożone zostają na stół – polubić. To bowiem mocno eklektyczny, oryginalny, celowo niesmaczny twór.

Co ciekawe, to kolejny w tym cyklu przypadek, w którym za kamerą stanęła płeć piękna. Tym razem jednak okoliczności są odwrotne do tych przedstawionych w poprzedniej odsłonie. Pierwotnie za sterami Drapieżców posadzono faceta – macedońskiego twórcę, Miłczo Manczewskiego (Zanim spadnie deszcz). Między nim a producentami szybko doszło jednak do tradycyjnego w tym biznesie konfliktu interesów i na reżyserskim stołku zwolniło się miejsce. Ostatecznie, za namową jednej z gwiazd produkcji, Roberta Carlyle’a, usiadła tam Bird, z którą aktor nie tylko owocnie współpracował już wcześniej (Ksiądz z roku 1994 i Twarz z 1997), ale też założył studio filmowe 4-Way Film. Co prawda zmarła niestety parę lat temu autorka także narzekała na sztucznie piętrzone przed nią problemy i trudne warunki pracy na planie Drapieżców, lecz dzielnie wywiązała się ze swojego zadania.

Efektem jest jeden z najbardziej niecodziennych reprezentantów gatunku, który można porównać chyba tylko do niedawnego Bone Tomahawk.

Inna sprawa, że mamy tu do czynienia z westernem jedynie po części. Ravenous to w dużej mierze wyłącznie osadzone na Dzikim Zachodzie – udawanym przez słowackie Tatry i czeskie wnętrza, zatem bardzo swojskim – soczyste kino grozy, doprawione niekiedy naprawdę czarnej maści humorem. Nie mniej w nim także specyficznego survivalu, którego nie powstydziłby się Alejandro González Iñárritu. Zresztą tak jak i Zjawa tegoż reżysera, także i historia spod pióra Teda Griffina zainspirowana została prawdziwymi wydarzeniami.

W maju 1847 roku grupa pionierów pod dowództwem George’a Donnera i Jamesa F. Reeda wyruszyła szlakiem do słonecznej Kalifornii. Oczywiście, jak to na niezdobytej prerii bywa, nic nie poszło zgodnie z planem i towarzystwo nazwane potem po prostu „Donner Party” spędziło całą zimę w górach Sierra Nevada, gdzie koniec końców doszło do aktów kanibalizmu. Wątpliwy etycznie czyn pozwolił przetrwać ostatecznie zaledwie połowie z ponad osiemdziesięcioosobowej grupy, złożonej także z dzieci.

Film Bird nie jest rzecz jasna żadną próbą odzwierciedlenia tych wydarzeń – o czym dosadnie przekonuje nas otwierający ruchomy obraz cytat z Nietzschego (zapisanego w dodatku z błędem), po którym szybko przychodzi żartobliwy dopisek. Zresztą Griffin, pisząc scenariusz, natchniony był ponoć także popularną powieścią detektywistyczną Dashiella Hammetta Papierowy człowiek – także z sukcesem adaptowaną na potrzeby ekranu – co wiele tłumaczy. W związku z tym z prawdziwej historii ostały się jedynie góry, XIX wiek i rzeczony kanibalizm.

Drapieżcy paroma zwrotami akcji stoją i lepiej nie wiedzieć o nich za dużo.

Bohaterem jest fikcyjny kapitan John Boyd (jak zawsze świetny Guy Pearce), który „za zasługi” w wojnie z Meksykiem otrzymuje rozkaz objęcia dowodzenia nad odseparowaną od świata jednostką we wspomnianych Sierra Nevada. Po dotarciu na miejsce szybko okazuje się, że tenże posterunek zaludnia cała gama barwnych osobowości, mających z Boydem jedną cechę wspólną – z różnych przyczyn nie nadają się do prawdziwej walki. Wciąż zmagający się z wyrzutami sumienia i zarazem traumatycznymi przeżyciami wyniesionymi z meksykańskiego frontu, Boyd nie jest oczywiście zachwycony takim obrotem spraw, lecz na marudzenie nie ma specjalnie czasu. Tuż po nim do Fortu Spencer dosłownie wtacza się bowiem wycieńczony nieznajomy o twarzy Carlyle’a. Twierdzi, że nazywa się Colqhoun (wym. Kalhun) i z wielkim bólem serca opowiada żołnierzom o uwięzionych wśród pobliskich gór towarzyszach, z którymi wspólnie podążał szlakiem do oceanu…

To, jak sprawy potoczą się dalej, nie jest w sumie ważne. Aczkolwiek Drapieżcy paroma zwrotami akcji stoją i lepiej nie wiedzieć o nich za dużo, jakość, klasa oraz oryginalność filmu – a co za tym idzie, również walory czysto rozrywkowe – kryją się raczej w poszczególnych elementach składowych. A te, trzeba przyznać, są niekiedy prawdziwą paradą sprzeczności. Już nawet nie chodzi o to, że Bird miesza pozornie nieprzystające do siebie gatunki kina, gdyż czyni to niezwykle zgrabnie, konsekwentnie i całościowo bardzo spójnie. Pewien dysonans można jednak wyczuć w atmosferze opowieści, która zmienia się niczym w kalejdoskopie. Sceny wypełnione suspensem, czysto dramatyczne, a nawet i te przejmujące momenty potrafią radośnie kontrastować z tymi ocierającymi się o groteskę, niemalże pastisz, na których trudno powstrzymać się od śmiechu.

Uderza to zwłaszcza przy pierwszych tego typu zabiegach, być może dlatego, że pojawiają się dość nieoczekiwanie, burząc niejako początkowy, skrzętnie budowany nastrój. I to pomimo faktu, iż niemal od samego początku twórcy biorą wszystko w leciutki nawias, posępną aurę doprawiając lżejszymi detalami, które na swój sposób rozładowują napięcie, w standardowo poprowadzoną narrację wnosząc przy okazji także nieco życia. Z czasem jednak można się przyzwyczaić do tych nagłych zmian klimatu – szczególnie że nie cierpi przez nie ani dynamika, ani tym bardziej sedno fabuły. Poniekąd stanowią one nawet o jej wyjątkowym uroku i stylu. Ale nie tylko one.

Ostatnio dodane