Recenzje

Dr. Strange (1978)

Pierwsza aktorska wersja Doktora Strange

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Adaptacje komiksów Marvela była w latach siedemdziesiątych tym, czym dzisiaj są produkcje studia Asylum – żenującymi karykaturami, które w najlepszym przypadku dostarczały odrobiny niezobowiązującej rozrywki.

Po obejrzeniu trzech pierwszych części Spider-Mana nagle okazuje się, że Tobey Maguire to wybitny aktor o imponującym warsztacie, a Ghost Rider w wydaniu Nicolasa Cage ma konkurencję w postaci równie żenującego motocyklisty – Kapitana Ameryki. Aktorska wersja Dr. Strange’a prezentuje się jednak zaskakująco dobrze.

dr-strange

Dziwne (nomen omen) są losy Stephena Strange’a. W uniwersum Marvela obecny jest od 1963 roku, stanowi jego solidną podporę i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Jego pozakomiksowe życie do niedawna ograniczało się jednak do filmu animowanego z 2007 roku i niskobudżetowej produkcji stanowiącej w oryginalnym zamyśle pilot do serialu telewizyjnego. Wprawdzie pojawiały się wcześniej niemrawe próby stworzenia kinowej wersji przygód słynnego czarodzieja – a reżyserią zainteresowani byli między innymi Wes Craven i Guillermo del Toro – ale do sfinalizowania planów nigdy nie doszło.

Bez wątpienia największym wyzwaniem było przeniesienie na ekrany surrealistycznego świata komiksowego.

W latach siedemdziesiątych nawet wykonanie wiarygodnych strojów dla Spider-Mana, Hulka czy Kapitana Ameryki było barierą nie do pokonania, a co dopiero wykreowanie historii rodem z fantasy przy budżecie rodem z Toksycznego Mściciela. Z kostiumem w Dr. Strange poradzono sobie bardzo łatwo. Jako że mamy do czynienia z historią typu „origins”, niemal przez cały film Stephen Stange nosi garnitur lub lekarski kitel. Dopiero pod koniec pojawia się karykaturalne odzienie, w którym Peter Hooten przypomina Bootsy’ego Collinsa. Stymulacja zmysłu wzroku nie istnieje w tej produkcji, ale pojawia się coś, czego dotąd adaptacje Marvela nie miały – scenariusz zaadresowany do dorosłego odbiorcy.

stra

Historia napisana i wyreżyserowana przez Philipa DeGuere’a (niewiele więcej pozycji znalazło się w jego dorobku) jest wariacją na temat początków działalności maga, która dosyć wiernie oddaje charakter oryginału. Istotną różnicą jest zmiana fachu doktora z chirurgii na psychiatrię, w związku z czym całkowicie pominięto komiksowy wątek paraliżu dłoni i wyprawy do Tybetu, gdzie rysunkowy Stephen Strange zdobył magiczne zdolności. Dodatkowo ubrano Wonga w garnitur i uczyniono z Thomasa Lindmera (vel Ancient One) eleganckiego Brytyjczyka, ale akurat to nie powinno nikogo zaboleć, skoro tę samą rolę w najnowszych filmie odgrywa Tilda Swinton.

ddrNajwiększy zawód to czarny charakter numer jeden. Z początku ukazuje się widzom jako ognisty demon, który natychmiast wywołuje skojarzenia z Dormammu, ale ostatecznie pozostaje nienazwaną, poboczną, animowaną w ohydny sposób postacią z tła, a do walki ze Strange’em staje Morgan le Fay. Okazuje się jednak, że ma ona poważne obawy, co do starcia z tak przystojnym mężczyzną, bo – jak twierdzi – „nadal jest kobietą i od dawna czuje się samotna”… Dzisiaj nikt nie pozwoliłby na obecność podobnych słów w scenariuszu, a nawet gdyby do tego doszło, to opinia publiczna pożarłaby film za jego seksistowski wydźwięk. Mimo wszystko nie można nie zgodzić się ze słowami Stana Lee, według którego jest to najlepsza produkcja oparta na jego postaciach, jaką nakręcono w latach siedemdziesiątych.

Wykonanie filmu zaskakuje pod wieloma względami, zwłaszcza jeżeli ma się na uwadze to, że był pilotem niepowstałego serialu.

Już na wstępie intryguje dziwaczna muzyka, która brzmi jak rozgrzewająca się orkiestra, by z czasem przemienić się w kombinację zabawy na klawiszach Casio w stylu Johna Carpentera i gitarową improwizację. Nad stroną wizualną filmu już się pastwiłem, ale jeżeli zanalizować ją pod kątem kontekstualnym, to okazuje się być zaskakująco przyzwoita. Wypada bez porównania lepiej niż chociażby to, co nakręcono szesnaście lat później w Fantastycznej Czwórce, a przede wszystkim nie dużo gorzej od pierwszego Supermana z Christopherem Reeve’em, który trafił do kin niedługo po premierze filmu DeGuere’a.

Osoby odpowiedzialne za casting stanęły na wysokości zadania i chociaż pojedyncze kadry z doktorkiem (zwłaszcza w fatalnym kombinezonie) mogą wzbudzać uśmieszek, to należy mieć na uwadze, że w 1978 roku taki wygląd cechował mężczyzn powszechnie uważanych za niezwykle przystojnych. Zresztą wąs całkiem niedawno powrócił, ale na szczęście nie w wielkim stylu i zdaje się ponownie znikać w otchłani zapomnienia. Peter Hooten (znany głównie z pierwszego The Inglorious Bastards) doskonale pasuje do roli Strange’a – lekarza-playboya i początkującego adepta świata magii. W roli mentora świetnie sprawdził się także John Mills (laureat Oscara i Złotego Globu za rolę w Córce Ryana). Okazuje się, że Gandalf nie był pierwszym czarodziejem, który krzyknął przeciwnikowi prosto w twarz: „You shall not pass”.

Szkoda, że telewizja nie złożyła zamówienia na pełen sezon Dr. Strange’a. W tym samym czasie zaczynały między innymi Battlestar Galactica czy The Dukes of Hazzard, a przy takiej konkurencji aktorski debiut najsłynniejszego maga w świecie Marvela wypada bardzo solidnie. Musiało minąć niemal czterdzieści lat, zanim Strange otrzymał kolejną szansę i wszystko wskazuje na to, że tym razem zostanie z nami na dłużej.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane