Recenzje

DOM GRY (1987)

Mamet, snując swoją opowieść, zabiera nas w świat alternatywny, świat, którego istnienie tylko podejrzewamy, świat złodziei, kanciarzy i oszustów, nie pozbawionych odrobiny szelmowskiego uroku.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Szelmowski świat

David Mamet, dramatopisarz i ceniony scenarzysta wielu hollywoodzkich produkcji, takich jak Listonosz zawsze dzwoni dwa razy, Nietykalni czy Fakty i akty, jest również jednym z najinteligentniejszych amerykańskich reżyserów niezależnych. Do jego najwybitniejszych dokonań należy bez wątpienia Dom gry z 1987 roku. Film, w którym Mamet, będąc oczywiście jednocześnie scenarzystą, pokazał amerykańskiemu światkowi filmowemu, jak powinna wyglądać intryga w pierwszoligowym dramacie sensacyjnym.

Szanowana, około trzydziestoletnia pani doktor Margaret Ford (Lindsey Crouse) jest wziętym psychologiem, zajmującym się najcięższymi przypadkami – ludźmi uzależnionymi, zabójcami. Jej świeżo wydana książka bije rekordy popularności, dzięki czemu pani doktor jest finansowo niezależna i bezpieczna. Nie wygląda jednak na szczęśliwą. Pewnego dnia na sesji terapeutycznej zjawia się w jej gabinecie młody mężczyzna – Jimmy – nałogowy hazardzista. W trakcie sesji dochodzi do spięcia, w wyniku którego Jimmy dobywa broni. Margaret Ford jednak udaje się sytuację załagodzić i odebrać chłopakowi pistolet. Przy okazji dowiaduje się, że przegrał 25 000 dolarów do gangstera, który grozi mu śmiercią w przypadku niespłacenia długu. Kobieta nie bez oporów postanawia pomóc, uprzednio wydobywając od Jimmy’ego adres lokalu (jest to tytułowy Dom Gry), w którym może owego gangstera znaleźć. Spelunka jest usytuowana w nie najlepszej dzielnicy. Niezrażona tym faktem Margaret odnajduje Mike’a (tak ma na imię przeciwnik Jimmy’ego), by dowiedzieć się, że cała historia została stworzona w chorym umyśle nałogowca, a faktyczny dług wynosi zaledwie 800 dolarów. A to dopiero początek.

Tak rozpoczyna się jedna z najlepiej opowiedzianych historii lat 80. Opowieść o hazardzie (również tym moralnym), uczuciach i utajonych pragnieniach. Reżyser świetnie wykorzystał konwencję dramatu sensacyjnego, by zasugerować oglądającemu, że ma do przekazania coś więcej niż tylko wyrafinowaną rozrywkę. Mamet od pierwszej minuty filmu gra z widzem, utrzymując go w niepewności, nie pozwala ani na chwilę oderwać wzroku od ekranu, aby nie zgubić żadnego istotnego dla rozwoju akcji szczegółu. Kluczową sceną dla pierwszej części filmu jest wizyta Margaret Ford w Domu Gry i poznanie hazardzisty Mike’a (Joe Mantegna).

Jednak aby w pełni zrozumieć znaczenie tej sceny dla całego filmu, należy ją pokrótce przedstawić. Pani doktor, jak wcześniej wspomniałem, dowiaduje się, że jej podopieczny większość opowiedzianej na sesji historii zmyślił. Po tym fakcie mogłaby w zasadzie opuścić lokal bez ociągania, ale Mike prosi ją o przysługę, prosi, by zagrała jego znajomą podczas partii pokera. Wcześniej w trakcie gry zauważył, że za każdym razem gdy jego przeciwnik blefuje bawi się sygnetem. Niestety przeciwnik zorientował się w jego spostrzeżeniu i więcej żadnego podejrzanego ruchu nie wykonał. Mike, chcąc zastawić na niego pułapkę, proponuje, by Margaret obserwowała współgracza, gdy on sam wyjdzie do toalety. W razie gdyby gracz wykonał jakiś ruch, ma o tym poinformować Mike’a, gdy wróci. Łatwo się domyślić, że przeciwnik zaczyna się bawić sygnetem, czym sugeruje, że nie ma nic w kartach, a jego posunięcia są czystym blefem. Mike zagrywa za dużą stawkę i… przegrywa (przeciwnik ma kolor).

Zakończenia sceny nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy tym, którzy filmu jeszcze nie oglądali. Już w tym momencie w tym błyskotliwie napisanym i świetnie zagranym epizodzie reżyser mruga okiem, daje widzowi do zrozumienia, że to, co widzi na ekranie, nie jest tym, czym się wydaje. Dalszy ciąg aż do tragicznego końca umacnia w przeświadczeniu, że twórcy filmu bardzo zależało na tym, by nawet bystry obserwator wyszedł z kina przekonany, że nie dowiedział się wszystkiego mimo pozornie logicznego, wyjaśniającego wszystkie wątki zakończenia. Ja, za każdym razem, gdy oglądam Dom gry, mam wrażenie, że reżyser trochę ze mnie zakpił, opowiedział mi fabułę, która tylko z pozoru wydaje się zamknięta. Kiedy widz (a więc również i ja) zaczyna się nad tym zastanawiać, przychodzą mu do głowy różne pomysły. A co, jeśli przedstawione rozwiązanie intrygi jest tylko częścią większego szwindla zaplanowanego przez genialnego oszusta, tak jak w Żądle Hilla? Co, jeżeli to dopiero wstęp do dalszego ciągu, dalszego, czyli takiego, którego nigdy nie zobaczymy, którego możemy się tylko domyślać?

Za każdym razem, gdy oglądam Dom gry, mam wrażenie, że reżyser trochę ze mnie zakpił, opowiedział mi fabułę, która tylko z pozoru wydaje się zamknięta.

W tym tkwi cały geniusz reżysera i jego scenariusza, na którym nie tylko początkujący filmowcy mogliby uczyć się budowania klimatu, napięcia i prawdziwego suspensu rodem z Hitchcocka, choć David Mamet stanowi klasę sam dla siebie. Myliłby się jednakże ktoś, kto zarzuciłby twórcy ograniczanie się jedynie do sensacyjnej, atrakcyjnej, wyrafinowanej – ale tylko otoczki. Obraz w pewnym sensie pokazuje nam analizę osobowości głównej bohaterki – pani doktor Margaret Ford. Z pozoru dobrze ułożona, świetnie wykształcona, dobrze sytuowana osoba, a jednak najpierw przyjmuje propozycję hazardzisty i oszusta, mało tego, sama proponuje dalszy ciąg. Co nią kieruje? Ciekawość, poszukiwanie mocnych wrażeń, a może próba znalezienia materiału do kolejnej książki? Nie, to głęboko uwarunkowana, rzekłbym biologiczna potrzeba obcowania z nieznanym, bardziej lub mniej obecna w życiu każdego człowieka. To właśnie ten motyw popycha do działania, ale również sprowadza na człowieka nieszczęście. W przypadku Margaret Ford sytuacja, w której się znalazła, uwydatniła instynkty, których nigdy się w sobie nie spodziewała. Czy to dokładne potwierdzenie tezy, że obcowanie z ludźmi bez zahamowań uwydatnia nasze najgorsze cechy, czy może po prostu naszą prawdziwą osobowość? Na to każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Mamet, snując swoją opowieść, zabiera nas w świat alternatywny, świat, którego istnienie tylko podejrzewamy, świat złodziei, kanciarzy i oszustów, nie pozbawionych odrobiny szelmowskiego uroku (bardzo dobrze oddanego przez grę i włoską fizjonomię Joego Mantegny), ale groźnych i gotowych na wszystko. Co więcej, konstruuje swoje opowiadanie w sposób, który powoduje, że do samego końca nie jesteśmy pewni, czy jeszcze nas czymś nie zaskoczy. Przedstawiona intryga jest zawiła i skomplikowana, ale posiada otwartą strukturę i pozostawia dużo miejsca na harce wyobraźni, domysły i interpretacje, które w tym jak żadnym innym filmie są szczególnie pożądane. I o to przecież chodzi.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane