Recenzje

Dlaczego uważam JURASSIC WORLD: UPADŁE KRÓLESTWO za zły film?

Nareszcie krwiożercze dinozaury poszły na całość między ludzi głupich

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

W tym całym niestrawnym sosie znalazłem jednak dwie sceny, o których należy wspomnieć nie ze względu na ich miałkość lub pretensjonalność. Wręcz przeciwnie. Są niczym lśniące perły bezdusznie tratowane przez hollywoodzkie wieprze. Dlatego trzeba je dokładniej przeanalizować. W pierwszej z nich, kiedy uwięzione w podziemnym laboratorium dinozaury powoli giną z powodu zatrucia cyjanowodorem, przycisk otwarcia bramy w ostatniej chwili wciska nie kto inny, jak sklonowana „wnuczka” Lockwooda, Maisie. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że scenarzyści filmu robią ukłon w stronę styranej koncepcji rodem z katastroficznego kina science fiction, kiedy to lekkomyślność gatunku człowieka zapoczątkowuje jego nieuniknioną zagładę. Dwulicowy człowiek jednak pozostaje „czysty”, bo to nie on, stworzenie poczęte w pozycji misjonarskiej zgodnie z boskim prawem, dokonuje tego wyboru, ale jego eksperymentalny twór. Niezłe umycie rączek, prawda?

Mi to przypomina pomysł wykorzystany w odświeżonej współcześnie Planecie małp, z tym zastrzeżeniem, że w najnowszej Wojnie o planetę małp Matta Reevesa zarówno Andy Serkis, jak i Woody Harrelson wykonali genialną aktorską robotę. Mieli ku temu podstawy, czyli dobrze skrojone postaci, czego niestety brak w Jurassic World: Upadłym królestwie. Jak jednak wyobrazić sobie gady w roli konkurentów ludzi? Małpy to zupełnie co innego, w końcu podobno od nich pochodzimy. Moim zdaniem to trudna droga bez powrotu na jasną stronę dobrego filmu, zwłaszcza przy obecnych założeniach co do ilości akcji w stosunku do mądrych dialogów.

Pozostała nam jeszcze ostatnia, finałowa scena w Upadłym królestwie, czyli spotkanie alfaraptorki Blue ze swoim nauczycielem, Owenem Gradym. Znów przypomniała mi się Planeta małp i odgrywany przez Serkisa szympans Caesar. Obiektywnie muszę stwierdzić, że gdyby nie umieszczenie tego motywu w tak banalnym treściowo filmie, byłaby ona całkiem niezła. Bo oto widzimy, że człowiek po raz ostatni żegna się ze stworzeniem, które ulepił na swoje podobieństwo. Można się jedynie domyślić, że właśnie dlatego będzie ono źródłem jego zagłady, mimo że w tym ostatnim spotkaniu widać, jak bardzo raptorka i jej treser są ze sobą związani.

Wszystkie powyższe zarzuty można by sprowadzić do jednego. Dwugodzinne widowisko spod znaku Amblin Entertainment jest przewidywalne, momentami wydaje się, że to zremasterowany stary Jurassic Park. Gwoździem do trumny dla całej produkcji są coraz bardziej romantyczne relacje między głównymi bohaterami, Claire Dearing i Owenem Gradym. Im więcej dinozaurów chce ich rozerwać na strzępy, tym większą mają ochotę na migdalenie. Nie przeszkadza im nawet przedziurawiona noga Claire wielkim pazurem indoraptora. Taka rana powinna skończyć się masywnym krwotokiem, całkowitym rozerwaniem mięśni i unieruchomieniem bohaterki. Żałośnie się ogląda w ten sposób wkomponowane w całość filmu romansidło, czyli jeden z popularniejszych zabiegów fabularnych, żeby nieco obniżyć napięcie akcji, bo może na sali kinowej są kobiety, które pragną nawet pośród dinozaurów przeżyć kolejny tragiczny romans. Oglądam więc kino akcji czy mydlaną operę?

I jeszcze tylko ten wyciskający łzy brachiozaur ginący w wulkanicznych płomieniach jakoś tak wzrusza, bo wraz z nim ginie również sens tego całego pretensjonalnego spektaklu spod producenckiego znaku Spielberga. A tak w ogóle nie ma czegoś takiego jak raptor. Są dromeozaury.

Ostatnio dodane