Recenzje

Dlaczego uważam JURASSIC WORLD: UPADŁE KRÓLESTWO za zły film?

Nareszcie krwiożercze dinozaury poszły na całość między ludzi głupich

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Z serią Jurassic Park jest trochę tak jak z pędzącą bez hamulców kolejką w lunaparku. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że na końcu tej pechowej wycieczki pasażerów czeka co najmniej kilka złamań. A co czeka widza po seansie najnowszej odsłony serii – Jurassic World: Upadłe królestwo? Bolesne rozczarowanie naszpikowane moralizatorskimi frazesami o ludzkiej megalomanii, skłonności do autodestrukcji i naukowej lekkomyślności. A poza tym nic nowego się nie stało w stosunku do poprzednich części z wyjątkiem wyprowadzenia już na dobre wielkich gadów poza wyspę. Widocznie z marketingowych analiz wynikło, że już czas zrobić z serii nową Planetę małp i zastąpić człowieka inteligentnym raptorem.

Reżyser J.A. Bayona zrobił to, co nakazali producenci, zostawiając swoje artystyczne pasje daleko za sobą.

Wracając do porównania z pędzącą na oślep kolejką, tak to wygląda począwszy od filmu Jurassic World (2015) w reżyserii Colina Trevorrowa. Historia, która powinna być zamknięta już co najmniej po drugiej części Parku Jurajskiego, jest na siłę reanimowana, pokazując bolesną dla widza, naciąganą do granic zdrowego rozsądku głupotę człowieka. Zgadzam się, że w rzeczywistości jej żałosnych wykwitów nie brakuje, ale czy może ona być aż tak niefrasobliwie i alogicznie przedstawiana? Piszę to wszystko jako wierny fan pierwszego Parku zrealizowanego przez Stevena Spielberga. Za najnowszą odsłonę serii zabrał się J.A. Bayona. I tu pojawiła się na chwilę nadzieja, bo jego Sierociniec to całkiem sensowne kino grozy, przynajmniej w mojej opinii. Wyjazdy za granicę jednak niektórym reżyserom wyraźnie szkodzą. Bayona najwidoczniej zrobił to, co nakazali producenci, zostawiając swoje artystyczne pasje daleko za sobą. Powstał zatem film akcji, w którym dinozaury usiłują być groźne, a główni bohaterowie tak poprawni politycznie, że robi się wręcz niedobrze.

W każdej z dotychczasowych części serii Jurassic Park dinozaury kogoś mordowały. Niezbyt przy tym się przejmowały tym, czy jedzą dobrych, czy złych ludzi. Były krwiożercze, dzikie, przerażające i generalnie gdyby je masowo wpuścić do ludzkiego świata, mogłyby w końcu stać się globalnym zagrożeniem dla naszego gatunku. Tym bardziej niezrozumiały jest ten cały lewacko-zielony ruch zaprezentowany w filmie, którego członkowie za wszelką cenę chcą uratować pozostałe przy życiu dinozaury przed naturalną zagładą z powodu erupcji wulkanu na Isla Nublar. To właśnie wśród nich są dwie najbardziej płytkie i denerwujące postaci w całym filmie – cudownie nawrócona na miłość do gadów Claire Dearing (Bryce Dallas Howard) oraz paleoweterynarz Zia Rodriguez (Daniella Pineda). Żeby być rasowo poprawnym, trzeba jeszcze wspomnieć o Afroamerykaninie Franklinie (Justice Smith), który oczywiście musi się pojawić w filmie mającym ambicje pankulturowego robienia dobrze wszystkim. Mało tego, ów czarny i hakersko uzdolniony młokos spełnia dość ważne funkcje w drużynie, którą dowodzi znany z poprzedniej części Owen Grady (Chris Pratt). Na szczęście akurat on wypada najlepiej z całej tej psychologicznie tandetnej czeredy.

Jak może niektórzy jeszcze pamiętają, to właśnie on wyszkolił grupę raptorów na „w miarę” posłuszne głównie jemu, ale też dużo inteligentniejsze niż przeciętny sklonowany dinozaur. Co z tego wyszło? Łatwo było przewidzieć, że wartość dinozaurów gwałtownie wzrośnie, a alfaraptorka Blue stanie się najbardziej pożądanym okazem gada na świecie. Oczywiście ani Claire Dearing, ani tym bardziej naiwna w swoim idealizmie aktywistka Zia Rodriguez tego się nie domyśliły. Nieważne, że po widoku zmasowanej akcji na wyspie, tłumie uzbrojonych najemników i tonach ciężkiego sprzętu zrobiłby to przeciętnie inteligentny człowiek. Nie w tego rodzaju filmie jednak.

Ostatnio dodane