Recenzje

DETROIT. Gorący lipiec 1967

Reżyserka „Na fali” podejmuje całkiem udaną próbę mariażu trzymającego w napięciu thrillera z lekcją drażliwej historii.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Na zachodzie bez zmian

Lipiec 1967 roku był w Stanach Zjednoczonych naprawdę gorący – i bynajmniej nie tylko pod względem warunków atmosferycznych. W niesławnym Detroit temperatura społecznych nastrojów osiągnęła taki stan wrzenia, że miasto zostało dosłownie zamienione w strefę wojny pomiędzy białymi i czarnymi obywatelami. Wspierana przez Gwardię Narodową oraz wojsko policja przez bite pięć dni nie mogła dać sobie rady z rozwścieczonymi, plądrującymi wszystko, co stało na ich drodze, Murzynami. Efektem tej batalii było ponad 2000 spalonych budynków, ponad 7200 aresztowań, 467 rannych i 43 zabitych po obu stronach. Aż do zamieszek w Los Angeles blisko trzy dekady później były to największe starcia na tle rasowym w historii USA.

Dokładnie w 50. rocznicę tych wydarzeń do amerykańskich kin zawitała filmowa rekonstrukcja ich skromnej części. Przy udziale niektórych z żyjących jeszcze świadków i uczestników – wśród których byli członkowie działającej do dziś grupy The Dramatics, której hity odpowiednio wybrzmiewają na ścieżce dźwiękowej – Kathryn Bigelow postanowiła opowiedzieć o incydencie w motelu Algiers. Tam w nocy z 25 na 26 lipca policjanci brutalnie znęcali się, bili i ostatecznie także zamordowali kilku ze znalezionych tam gości. Odwzorowane jest to całkiem wiernie, choć – jak przyznają napisy końcowe – część scen została udramatyzowana, gdyż nie można było w pełni odtworzyć faktycznego przebiegu całej historii. A ta lubi się powtarzać – co potwierdza fakt, iż reżyserka podjęła się usiąść za kamerą projektu tuż po zamieszkach w Ferguson z 2014 roku.

Czas, żebyśmy wiedzieli.

Takie hasło towarzyszyło promocji Detroit, które Bigelow również wyprodukowała. Wespół z powyższymi informacjami można było więc lekko obawiać się jakiejś natrętnej, politycznej agitki, która idealnie wpisywałaby się w obecne trendy Hollywoodzkie. Jednak, mimo wszystko, twórczyni Dziwnych dni udaje się zachować pewien stopień obiektywizmu, a całe przedsięwzięcie nie wpada w łatwą pułapkę politycznej poprawności. Wraz ze scenarzystą Markiem Boalem – który wcześniej napisał dla niej także Wroga numer jeden i The Hurt Locker. W pułapce wojny – Bigelow stawia przede wszystkim na rasowy dramat z pogranicza starego, dobrego kina policyjnego. A to w swych najlepszych latach było wszak niczym innym, jak tylko społecznie zaangażowaną sensacją.

I choć miejscami podział na tych dobrych i złych jest wręcz nachalnie – i literalnie – czarno-biały, to dzięki odpowiednio wysokiemu, acz nie przesadnie rozbuchanemu budżetowi, klimatycznym, skrytym często w półmroku zdjęciom Barry’ego Ackroyda i twardej kategorii wiekowej R udaje się Bigelow wyjść z tarczą z tej miejskiej batalii (z elementów technicznych jedynie przyćmiona piosenkami muzyka ilustracyjna pozostaje bez wyrazu, choć odpowiada za nią sam James Newton Howard). Co więcej, w niektórych momentach Detroit potrafi trzymać w napięciu równie mocno, co największe i o wiele bardziej rozrywkowe dzieła tej reżyserki, udowadniając tym samym, że z wiekiem bynajmniej nie stępiły jej się pazury i wciąż pozostaje jednym z najbardziej „męskich” filmowców amerykańskich.

Produkcja Annapurna Pictures – gwoli ścisłości kosztująca dokładnie 34 miliony zielonych – dużo zyskuje jednak przede wszystkim dzięki młodej, pełnej energii i rozpoznawalnej, lecz wciąż nieopatrzonej obsadzie. Na drugim planie da się dostrzec epizody Anthony’ego Mackie, Johna Krasinskiego, Jennifer Ehle czy znanej z Opowieści podręcznej Samiry Wiley, lecz kamera podąża przede wszystkim za anonimowymi dla szerszej publiki twarzami. Wśród tych wyróżnić warto między innymi Bena O’Toole’a, Jacka Reynora, Jacoba Latimore’a, Algee Smitha, Kaitlyn Dever oraz Hannah Murray (tę ostatnią z pewnością kojarzą fani brytyjskich Kumpli czy Gry o tron). I wszyscy oni są w doświadczonych rękach Bigelow praktycznie bezbłędni. Na tym tle wybija się oczywiście gwiazda najnowszej trylogii Gwiezdnych wojen – John Boyega. Choć akurat w jego przypadku można mówić o straconej szansie i/lub niewykorzystanym potencjale, gdyż ostatecznie niewiele ma on do roboty.

Jego bohater – pełniący rolę swoistego mediatora pracownik ochrony, czyli, jak by nie patrzeć, jedyny w okolicy czarny Amerykanin w oficjalnym mundurze i z bronią – potraktowany został bardzo po macoszemu. Mimo iż to właśnie w tej postaci drzemie największy potencjał dramatyczny i aż prosi się ona o prawdziwie rozrywający serce konflikt wewnętrzny, to z reguły Boyega snuje się dość biernie po ekranie, nie mając nawet zbyt wielu linijek tekstu do wypowiedzenia. W tym konkretnym przypadku zdecydowanie zabrakło mocniejszego uderzenia, psychologicznego uwypuklenia skandalicznie niewygodnej dla wszystkich zaangażowanych sytuacji. Albo po prostu niezawodnego w takich przypadkach, solidnie poprowadzonego konfliktu charakterów – nawet kosztem tak zwanej prawdy historycznej.

W związku z tym cały film właściwie bez większych problemów kradnie dla siebie charakterystyczny Will Poulter. Młody wilk, dotychczas kojarzony raczej z łagodniejszego, komediowego repertuaru (Syn Rambow, Millerowie), w roli pełnego wrodzonej nienawiści, ale działającego w dobrej wierze stróża prawa rozstawia wszystkich po kątach nie tylko fizycznie. Choć jego Krauss to też napisana grubą kreską, w ostatecznym rozrachunku mocno stereotypowa persona, to są chwile, gdy Poulter po prostu rozsadza ekran swoim zaangażowaniem, delikatnie zacierając tym samym cienką granicę pomiędzy graniem a byciem. Nie jest to może poziom oscarowy, ale kto wie, czy to nie jedna z najciekawszych kreacji minionego sezonu.

Jest intensywnie i krwawo, ale też brakuje prawdziwego mięsa, emocjonalnego haka.

Oczywiście nawet ten występ nie jest w stanie przysłonić drażniących mankamentów Detroit. Przede wszystkim jest to film… za długi. Z czasem trwania bliskim dwóm i pół godzinie siada niekiedy wspomniana dramaturgia, a cały finał robi się dla widza niewygodny z zupełnie innych powodów, niż powinien. Owszem, jest intensywnie i krwawo, ale też brakuje prawdziwego mięsa, emocjonalnego haka. A biorąc pod uwagę, że od pewnego momentu praktycznie nie wychodzimy poza jedną lokację, akcja wydaje się stawać w miejscu i w statyczne kadry wkrada się nawet odrobina nudy. Złośliwi mogliby nawet pokusić się o stwierdzenie, że Detroit to w dużej mierze historyjka o biernie stojących w korytarzu ludziach. Cóż, być może dlatego, przy całkiem pozytywnym odzewie ze strony krytyków, kinowych kas nie zawojowała, nie zwracając nawet swojego skromnego budżetu.

Do powyższych minusów dopisać można jeszcze również kompletny brak świeżości. Bigelow nie dość, że nie jest w stanie obnażyć całej prawdy o krwawym zajściu znanym dotychczas jedynie z książek bądź z kronik filmowych, to jeszcze bywa zbyt dosłowna w ich ukazaniu. Owszem, uczuciowo pozostaje neutralna w stosunku do obu stron konfliktu i nie poucza, pozwalając na wyciągnięcie własnych wniosków. Lecz jednocześnie niewiele nowego ma do powiedzenia w tym drażliwym temacie. To wszystko bowiem wielokrotnie już widzieliśmy, częstokroć w o wiele lepszym, bardziej przejmującym lub odważniejszym wydaniu. I nie ratuje sytuacji nawet fakt, że przecież w rzeczywistości za oknem pozornie niewiele się zmieniło. Wszak co jak co, ale dziesiąta muza podobnego marazmu nie wybacza…

Ciekawostka przyrodnicza: film nakręcono głównie w stanie Massachusetts i na obrzeżach tytułowego miasta, w tym w Hamtramck – niegdyś znaczącym miejscu na mapie amerykańskiej Polonii, obecnie coraz mocniej wypieranej przez Muzułmanów.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane