Recenzje

Death Race 2050. Igrzyska śmierci dla punków

System można pokonać śmiercionośnymi pojazdami, a nawet satyrą, ale nie można z nim wygrać za pomocą fatalnego CGI.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Death Race za czasów Jasona Stathama – a nawet bardziej Luke’a Gossa – przemienił się w Szybkich i wściekłych dla ubogich (jakby seria sama w sobie nie była wystarczająco odmóżdżająca), gdzie anarchistyczne treści zostały „ocenzurowane”, a szczątkowa fabuła miała wyłącznie dać pretekst do samochodowych potyczek przypominających gry wideo typu Twisted Metal albo Vigilante 8. Świetność serii postanowił przywrócić jej ojciec i jednocześnie żywa legenda filmu klasy Z – Roger Corman.

Dla Cormana nie ma zleceń niemożliwych. W swojej długiej karierze wyreżyserował pięćdziesiąt pięć filmów – w tym przyzwoite, już kultowe obrazy z dreszczykiem pokroju Wiadra krwi, Sklepiku z horrorami czy X – Człowiek, który widział więcej – a także jeden z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych obrazów udających antynarkotykową propagandę, a w rzeczywistości będący ewidentną pochwałą zażywania LSD – The Trip. W historii zapisał się jednak przede wszystkim jako producent blisko czterystu przedsięwzięć. Są wśród nich klasyki złego kina typu Galaktyka grozy, Deathstalker albo Roboty śmierci, jest także Death Race 2000, czyli materiał źródłowy dla filmu, którego akcja rozgrywa się pięćdziesiąt lat później.

Niewiele się zmieniło przez pół wieku. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nazywają się teraz Korporacjami Zjednoczonymi Ameryki Północnej; funkcję ich prezesa pełni starszy pan z dziwnie znajomą, „puszystą” fryzurą; najwyższą wartością jest konsumpcja, a człowiek to jedynie pokarm dla jej niemożliwego do zaspokojenia apetytu. Ponownie więc Corman (a także G. J. Echternkamp, ale reżyserowie w filmach Cormana zawsze grają drugie skrzypce) sięga po satyrę oraz czarny humor i w paskudnym świecie swoich fantazji próbuje ukazać nie świat przyszłości, lecz hiperbolę teraźniejszości.

Niskobudżetowe produkcje mogą pozwolić sobie na wszystko to, czego kino nastawione na zysk ukazać nie może.

Jeżeli widzieliście Igrzyska śmierci, to po pierwsze współczuję zmarnowanego czasu, a po drugie szybko zauważycie, że jest to seria czerpiąca pełnymi garściami z Death Race 2000 (a także z japońskiego Battle Royale i właściwie niewiele w niej autorskich pomysłów…). Różnica między tymi dwoma światami jest natomiast największą siłą Death Race 2050, a zarazem jego największą słabością. Z jednej strony Corman na nic nie musiał się oglądać. Jeżeli chciał umieścić w filmie postać religijnej fanatyczki wysadzającej w powietrze publiczność, to zrobił to bez wahania. Jest nagość, jest seks, są sceny gore, są brutalne zabójstwa na bezbronnych i niewinnych ofiarach „systemu”. Niskobudżetowe produkcje mogą pozwolić sobie na wszystko to, czego kino nastawione na zysk ukazać nie może. Z drugiej strony to właśnie ten drugi rodzaj produkcji otrzymuje potężne budżety, przy których faktycznie każda, nawet najdziwniejsza wizja dałaby się zrealizować, a Corman nie ma już zapału do prastarych metod wykonywania efektów specjalnych, więc poszedł na łatwiznę i nafaszerował najnowszy Wyścig Śmierci dziesiątkami nieznośnych efektów komputerowych.

Death Race 2050 w wielu momentach wygląda po prostu bardzo źle i trudno się łudzić, że za czterdzieści lat ktoś będzie miał do niego podobny sentyment, co do nakręconego w 1975 roku Death Race 2000. Wciąż jest to jednak znacznie ciekawszy film niż propozycja Paula W. S. Andersona z 2008 roku. Weźmy chociażby wspomnianą wcześniej religijną fanatyczkę – Corman nie chciał nawiązywać do oblicza terroryzmu, które w Stanach Zjednoczonych jest najbardziej powszechne. Nie dostajemy więc islamskiej ekstremistki, lecz białą fundamentalistkę z Południa. „Doszło do większej liczby ataków terrorystycznych Amerykanów na Amerykanów niż ISIS na Amerykanów, więc zależało mi na tym, aby pokazać w tej roli amerykańską kobietę” – przekonywał producent. Religią Tammy jest popkultura – zabija w imię Elvisa, cytuje Michaela Jacksona… Te smaczki i pomysły na postacie robią dobre wrażenie, o ile widz będzie w stanie przymknąć oko na marny wygląd świata przedstawionego.

Death Race 2050 w wielu momentach wygląda po prostu bardzo źle i trudno się łudzić, że za czterdzieści lat ktoś będzie miał do niego podobny sentyment, co do nakręconego w 1975 roku Death Race 2000.

Miłość do oryginału jest czynnikiem bardzo istotnym przy odbiorze kontynuacji (a może remake’u? W końcu fabuła jest tutaj niemal identyczna) i chyba tylko dlatego powyżej widnieje tak wysoka ocena. Punk rockowy duch oraz związana z nim idea Do It Yourself są tu bardzo silne. Dla mnie ta pasja i szczerość wystarczają, żeby po seansie czuć się usatysfakcjonowanym, dla okazjonalnego odbiorcy filmu klasy Z będzie to natomiast tortura.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane