Recenzje

CZTERY WESELA I POGRZEB. Klasyka brytyjskiej komedii

Pełna brytyjskiego humoru, oryginalna komedia romantyczna, która dla Hugh Granta stała się trampoliną do sławy.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Słowo na "k"

Ach, ten wybitny dla kina rok 1994. Pulp Fiction, Forrest Gump, Skazani na Shawshank, Urodzeni mordercy, Król lew, Speed: Niebezpieczna prędkość, Głupi i głupszy, Trzy kolory: Czerwony, Prawdziwe kłamstwa, Léon zawodowiec… Jak widać, wiele gatunków dorobiło się wtedy godnego reprezentanta. Był to też wspaniały czas dla komedii romantycznych. Premierę miał film, który do dziś uważany jest za jeden z najlepszych kom-romów w historii. Chodzi oczywiście o Cztery wesela i pogrzeb.

Film, który po raz pierwszy pokazano na festiwalu w Sundance 20 stycznia 1994 roku, zarobił na całym świecie aż 245 milionów dolarów przy budżecie ledwo przekraczającym cztery miliony. Posypały się nagrody – cztery nominacje do Złotych Globów przyniosły jedną statuetkę, 11 nominacji do BAFT-y zamieniło się w cztery nagrody. Amerykańska Akademia Filmowa nie była już aż tak życzliwa dla brytyjskich twórców, przyznając im zaledwie dwie nominacje, ale za to w arcyważnych kategoriach – najlepszy scenariusz oryginalny oraz najlepszy film. Przy wyczytywaniu zwycięzcy w tej drugiej przez krótką chwilę wydawało się zresztą, że doszło do wielkiej niespodzianki i to właśnie ta skromna komedia sięgnęła po najwyższy laur. Odczytujący werdykt Al Pacino zaczął od „Fo…”, co sugerowało oryginalny tytuł filmu, a więc Four Weddings and a Funeral. Chodziło jednak oczywiście o Forresta Gumpa.

To nie jest jedna z tych łzawych, przesłodzonych historyjek.

Do dziś w wielu rankingach „naj” filmów w historii kina Cztery wesela… zajmują wysokie pozycje. To nie jest typowa komedia romantyczna. Kiedy już w pierwszej scenie spóźnieni na ślub bohaterowie co chwilę wyrzucają z siebie niecenzuralne słowo na „k”, wiadomo, że nie będzie to jedna z tych łzawych, przesłodzonych historyjek, w których piękny pan i piękna pani są w sobie zakochani. Niemający wielkiego doświadczenia w kinie twórcy zaproponowali coś innego – odważną, pełną ostrego, brytyjskiego humoru produkcję o 30-kilkuletnim facecie, który mimo powodzenia u kobiet nie chce wchodzić w żaden poważny związek. Charles jest wielkim przeciwnikiem ślubów, ale pech chce, że regularnie jest na nie zapraszany.

Na jednym z nich poznaje Carrie, Amerykankę, która ma podobne, bardzo luźne podejście do związków. Spędzają ze sobą noc, po czym rozchodzą się każde w swoją stronę. Ale Charles nie potrafi zapomnieć o tej pięknej dziewczynie z kręconymi włosami. Czyżby w końcu się zakochał? Spotyka ją na kolejnym weselu. Liczy na to, że ich znajomość będzie miała ciąg dalszy, jednak okazuje się, że Carrie jest zaręczona.

Tę prostą historię pokazano z pazurem i toną humoru.

Film ma uporządkowaną strukturę, której zapowiedź dostajemy już w samym tytule – historia rozgrywać się będzie na przestrzeni kilkunastu miesięcy podczas czterech wesel i pogrzebu. Na papierze nic w tej opowieści nie wydaje się szczególnie interesujące. Ale sposób, w jaki ją pokazano, jest wyjątkowy – z pazurem i toną humoru, czasem ocierającego się o granicę dobrego smaku (a i tak wiele scen, jak ta z księdzem z erekcją, nie przetrwały montażu). Brak taktu i ciągłe gafy głównego bohatera, w zestawieniu z perfekcyjnymi ceremoniami ślubnymi, podczas których teoretycznie wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik, wzbudzają naprawdę przyjemny masaż przepony.

Niektórzy narzekają, że Cztery wesela…, choć uciekają schematom, w końcówce stają się wręcz hołdem dla kom-romu, z obowiązkowym pocałunkiem w strugach deszczu, niczym w Śniadaniu u Tiffany’ego. Ale to bardziej gra z gatunkiem niż ślepe podążanie za oczekiwaniami widzów. Zanim dojdzie do sentymentalnego zakończenia, będziemy świadkami choćby wyjątkowej randki, z Carrie opowiadającą Charlesowi o swoich wszystkich 33 kochankach. Rzecz dzieje się w przededniu jej ślubu z innym, a kończy się słowami „Mniej niż Madonna, więcej niż Lady Di, mam nadzieję”. Wspaniała scena.

Scenarzysta Richard Curtis, zanim wziął się za Cztery wesela…, miał na koncie głównie produkcje telewizyjne. Podobnie zresztą jak reżyser Mike Newell oraz producent Duncan Kenworth. Dziś to rozpoznawalne nazwiska w branży. Panowie zdecydowanie wybili się na tym tytule. Ale nie tylko oni. Film ten był też trampoliną do sławy dla aktorów. O ile Andie MacDowell miała już wtedy na koncie niemałe sukcesy, tak kariera Hugh Granta nie rozwijała się po jego myśli. Owszem, wystąpił np. w Gorzkich godach Romana Polańskiego lub na drugim planie Okruchów dnia, jednak nie były to role wykorzystujące pełnię jego talentu. Kiedy przyszedł na casting, pracował jako… korepetytor francuskiej aktorki Juliette Binoche. Uczył ją angielskiego akcentu. Powiedział sobie, że Cztery wesela… będą jego ostatnią szansą. Jak dziś wiemy, wykorzystał ją najlepiej, jak tylko można.

Obsada stanowi jedną z największych zalet tego filmu. MacDowell, która w swoich wcześniejszych występach,bywała nieco sztywna i bezbarwna, tutaj uwodziła widzów od pierwszego pojawienia się na ekranie. To prawdopodobnie najlepsza rola w jej całej karierze. Grant za swoją pełną uroku kreację został zaś nagrodzony Złotym Globem. Szkoda, że ominęła go nominacja do Oscara, bo zasługiwał na nią – tak dużych pokładów charyzmy nie można obserwować często. To w dużej mierze dzięki niemu wszystkie żarty rzeczywiście śmieszą. Poza tym, choć jego Charles często zachowuje się tak, że chciałoby się walnąć go w łeb i krzyknąć „Ogarnij się!”, wzbudza jednak bardzo pozytywne emocje – chce się mu kibicować.

Cztery wesela i pogrzeb to klasycznie brytyjska komedia, która jednak – poza swoją brytyjskością – niewiele ma wspólnego z klasyką. Dość powiedzieć, że z dwóch popularnych słów na „k” dużo częściej można tu usłyszeć „kurwa” niż „kocham”. Mimo 23 lat od powstania film ten ogląda się tak samo dobrze. Jego tematyka jest wciąż aktualna. Nawet ci, których brzydzą śluby i nie wierzą, że pary młode rzeczywiście się kochają, skrycie marzą o miłości. Można narzekać, że dziś ważniejsze od uczucia wydaje się zaplanowanie wesela i prezenty, można być przeciwnym instytucji małżeństwa, ale gdzieś tak naprawdę każdy z nas chce znaleźć swoją drugą połówkę. Wierzę, że jest na świecie choć jedna para, która wybrała się na swoją pierwszą randkę właśnie na seans tego filmu, i żyją razem w szczęściu do teraz.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane