Recenzje

CZŁOWIEK DEMOLKA (1993)

Ten nietuzinkowy, pomysłowy i bardzo przyjemny w odbiorze film z doborową obsadą, nawałem filmowych cytatów i odniesień, z mnóstwem akcji i humoru, pozostaje do dziś obrazem troszkę niedocenionym.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Stallone VS. Snipes czyli... Na wariata potrzebny drugi wariat

Zaczyna się film, oko kamery pokazuje nocną panoramę miasta, nad którym unoszą się gdzieniegdzie żywe płomienie ognia. Pojawia się napis informujący, że to Los Angeles roku 1996 – jako żywo przypomina to pierwsze sekundy dzieła Ridleya Scotta, słynnego Blade Runnera, i nie jest to ostatnie odniesienie do wcześniejszych dokonań X muzy, jakie w swoim reżyserskim debiucie zawarł Marco Brambilla. Demolition Man, pokracznie tłumaczony w Polsce jako Człowiek demolka (znacznie lepiej pasował Niszczyciel – ówczesne tłumaczenie pirackie) to jednak przede wszystkim nieźle pomyślane kino akcji, rozwałka w starym dobrym stylu, pozbawiona jakichkolwiek ingerencji komputerowych.

Człowiek demolka to rzadki przykład kina akcji, w którym odzienie pełni jedną z najważniejszych funkcji.

Film z akcją osadzoną w latach 40. XXI wieku, z bardzo sugestywnym światem przedstawionym; po ulicach jeżdżą wszak futurystyczne pojazdy, nowoczesna architektura budynków i stylistyka wnętrz uwiarygodnia miejsce i czas – San Angeles roku 2032, a przyszłościowe trendy mody dopełniają iluzji, że właśnie wraz z bohaterami przenieśliśmy się o 40 lat w przód. Nie da się bowiem nie zwrócić uwagi na stroje, będące w większości mieszaniną szat mnicha, togi i wreszcie kimona; w jednym z ujęć w gabinecie doktora Cocteau pojawia się zresztą na chwilę Japonka, która stawia kropkę nad i, gdy widz trafnie kojarzy ubiory z naleciałościami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Stroje, ubiory, ciuchy… Człowiek demolka to rzadki przykład kina akcji, w którym odzienie pełni jedną z najważniejszych funkcji (doprawdy dziwi brak choćby nominacji do Oscara w kategorii „najlepsze kostiumy”) i choć mundury policji przyszłości są elegancko skrojone i wyglądają na bohaterach po prostu dobrze, to pierwsze skrzypce gra tutaj to, co nosi na sobie Wesley Snipes.

Ten czarnoskóry aktor (znany choćby z trylogii Blade czy ze wspomnianego przez Willa Smitha i Martina Lawrence’a Pasażera 57) w Człowieku demolce stworzył niezapomnianą postać maniaka-szaleńca-psychopaty-mordercy-terrorysty, która zdecydowanie przyćmiła Johna Spartana, granego przez będącego wówczas u schyłku wielkiej sławy Sylvestra Stallone. To, że Simon Phoenix jest postacią bardzo barwną i charakterystyczną, zawdzięczamy ogromnej charyzmie, którą na ekranie emanuje przez cały czas Wesley Snipes, kreując psychola nieobliczalnego, rozwrzeszczanego i pewnego siebie. W stworzeniu tej niezwykłej, charakterystycznej roli z pewnością pomogła Snipesowi zmiana koloru włosów na tleniony blond, a także kolorowe, wyszukane i odróżniające go od tłumu ubrania; kurtki w żółto-czarną kratę, spodnie ogrodniczki + wściekle pomarańczowy T-shirt czy w końcu masywnie wyglądająca niby-zbroja, zdobyta przez Phoenixa podczas pierwszej wizyty w ‚kanałach’.

Postać Simona Phoenixa jest zgrabnie dokreślona przez elektroniczną, miejscami niesamowicie zakręconą muzykę Elliota Goldenthala. Wygrywane na syntezatorach rwane urywki nieskładnej (pozornie) partytury znakomicie ilustrują scenę walki Phoenixa z policjantami przy budce ‚informacyjnej’, gdzie dźwięki muzyki zdają się być posłuszne ruchom i ciosom czarnego charakteru, który tworzy z dźwiękiem i muzyką spójną, zsynchronizowaną całość. Choć zatem Sylvester Stallone zagrał tytułową rolę dość interesująco, bo z dystansem do własnego ekranowego wizerunku i wtłoczył w nią sporą dawkę sympatycznej autoironii (umiejętność szydełkowania), to Snipes bezczelnie i w całkiem wdzięczny sposób ukradł mu film sprzed nosa, rezerwując dla siebie niemal wszystkie najlepsze ‚one linery’ jakie można usłyszeć podczas seansu: „Czy tu jest zimno, czy tylko mi się zdaje?”, „Simon mówi…”, „Zgubiłbym głowę, gdyby nie była przymocowana” i inne (*), dla Stallone’a zostawiając tylko jeden znakomity jednoliniowiec, który jego bohater mógł wygłosić w biurze dr. Cocteu, a który brzmiał „Be Fuck!”, stanowiąc odpowiedź na grzeczne „Be Well”. Na tle głównych bohaterów dość blado wypadła przez to Sandra Bullock ze swoimi kulawo deklamowanymi ciętymi tekstami z XX wieku, które w jej ustach stawały się niezamierzoną parodią samych siebie. Wróćmy już do Stallone i Snipesa; choć Phoenix wygrał ze Spartanem na punkty w kategorii ‚najlepszy ubiór’ i ‚najlepsze teksty’, to zupełnie odmienny wynik miało starcie aktorów na kartach scenariusza, ale to oczywiste, że Sylvester Stallone musiał wygrać, uciekając z miejsca obowiązkowej, wielkiej eksplozji, ze standardowym okrzykiem na ustach, demolując w ten sposób olbrzymie budynki.

Ostatnio dodane