Recenzje

CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ (2011). O niebezpiecznych związkach polskiej polityki historycznej i kina

Autor: Anna Dranikowska
opublikowano

Czarny czwartek skrytykować można, a nawet trzeba.

O obiektywny komentarz do ostatniego filmu Antoniego Krauze naprawdę trudno. Z jednej strony mamy do czynienia z prawdziwą tragedią prawdziwych ludzi. Tragedią, którą twórcy wyeksploatowali zresztą do granic możliwości, ale o tym później. Rodziny ofiar wciąż żyją. Wciąż żyją ci, którzy pamiętają, spora liczba tych, którzy tam byli i jeszcze większa tych, którzy twierdzą, że tam byli. Krytykując Czarny czwartek łatwo narazić się więc na zarzut „szargania świętości”. Jest to zajęcie niewdzięczne, a jednak skrytykować go można, a nawet trzeba. Chociażby dlatego, że wbrew pobożnej intencji twórców: „nie pokazujemy niczego ponad to, co się rzeczywiście wydarzyło” nie mamy do czynienia z li i jedynie obiektywną rekonstrukcją wydarzeń, a z niemal propagandową i jedynie słuszną wizją Grudnia 70’.

Historia Grudnia 70’ zasługuje na lepszy film.

Ale po kolei. Główni bohaterowie filmu Antoniego Krauze to rodzina Drywów. Jako, że chodzi o osoby autentyczne, niepotrzebne uwagi najlepiej ograniczyć do minimum: Brunon Drywa jest pracownikiem stoczni. Marzy o własnym m3 i taksówce. On i jego żona to normalni (ale i wzorowi) Polacy, którzy zupełnym przypadkiem śmiertelnie zderzyli się z historią. Przyjrzyjmy się więc historii. Grudzień 1970 rok – po drastycznej podwyżce cen żywności robotnicy wychodzą na ulice. Partia decyduje się na stłumienie manifestacji siłą. Do Trójmiasta wchodzi wojsko. Padają strzały. Są zabici i ranni. Wszyscy wiemy, jak skończyła się ta historia. W czasie masakry, na całym Wybrzeżu zginęło prawie czterdzieści osób, a ponad tysiąc zostało rannych.

Historię znają wszyscy. Zamiast więc koncentrować się na wydarzeniach, lepiej skoncentrować się na tym, jak zostały pokazane. Czarny Czwartek składa się z trzech, niemal równolegle toczących się wątków. Pierwszym jest wspomniana już historia rodziny Drywów, drugim – drobiazgowa inscenizacja rozruchów w Gdyni, trzecim wreszcie narady biura politycznego ze świetnym Pszoniakiem w roli Gomułki. Poszczególne wątki rozjeżdżają się i gdzieś w połowie filmu rozpadają na trzy oddzielne części.

Może podkreśla to chaos i dezinformację, w jakiej żyło wtedy społeczeństwo, natomiast skutecznie dezinformuje współczesnego widza. Najlepszy jest chyba wątek Drywów, który nawiązuje do najlepszych tradycji kina moralnego niepokoju – mały, prawie kameralny dramat rodziny wplątanej w historię. Do tego jeszcze świetne zdjęcia Jacka Petryckiego – czołowego współczesnego operatora. Bronią się też aktorzy: Maria Honzatko (Stefa) i Michał Kowalski (Brunon Drywa). Później reżyser porzuca, niestety, Drywów i minimalizm, na rzecz swoistego paradokumentalnego show i pokazuje rozruchy w mieście. Spektakularnie, w końcu jednym ze sponsorów był znany bank, co oznacza duże pieniądze, a co za tym idzie konieczność zrobienia filmu „atrakcyjnego”. Szkoda, że z tą widowiskowością przeszarżowano – może nie trzeba było kopiować rozwiązań rodem z amerykańskich filmów wojennych? Scena, w której żołnierze z helikopterów strzelają do tłumu czy wkraczają na ulice niczym zawodowi marines, przypomina raczej filmy o Wietnamie czy nawet Iraku niż Polskę lat siedemdziesiątych. Sekwencje inscenizowane przeplatają się z autentycznymi fragmentami archiwalnymi – te ostatnie są naprawdę mocne. Na oddzielną uwagę zasługują też aż nazbyt realistyczne sceny, w których strajkujący są katowani przez milicję i wojsko. W serii bardzo długich ujęć, kręconych niemal w zwolnionym tempie, możemy oglądać, jak „władza” bestialsko znęca się nad studentami i robotnikami. Skojarzenia (niesmaczne zresztą) z Pasją Mela Gibsona będą chyba na miejscu. A ponieważ sceny te mają się nijak do głównego wątku Brunona Drywy, trudno zrozumieć czemu właściwie ta eskalacja przemocy ma służyć i co ma widzowi przekazać? Gdzieś w połowie film na dobre grzęźnie w schematach. Źli są źli, dobrzy są dobrzy. Źli dużo przeklinają i biją dobrych. Dobrzy nie przeklinają i mówią frazesami. Wszystko jest czarne albo białe. Albo jesteś z nami albo stoisz tam, gdzie ZOMO. Nawet jeden dobry milicjant wydaje się być z wyrachowaniem wkalkulowany w czarno – biały scenariusz. Taki wyjątek, którego jedynym zadaniem jest potwierdzanie istniejącej reguły. Dużo jest w tym wszystkim emocji, refleksji – ani na lekarstwo.

Nie zdziwiłabym się, gdyby taki film powstał w którymś z ogarniętych rewolucją krajów arabskich. Teraz. Byłby on tam nie tylko całkowicie zrozumiały, ale nawet na miejscu. To, że takie filmy powstają u nas, czterdzieści lat od wydarzeń grudniowych nie tylko dziwi. Niepokoi. Jak to możliwe, że po tylu latach nie potrafimy zdobyć się na minimum dystansu i jakąkolwiek refleksję nad tym, co się stało? Czy naprawdę wszystko można zrzucić na karb obowiązującej do początku lat dziewięćdziesiątych cenzury? Prostsza odpowiedź nasuwa się sama: film Antoniego Krauze to kolejna ofiara i jednocześnie narzędzie polskiej polityki historycznej. Jako film historyczny, sponsorowany przez państwo jest niczym innym jak elementem autopromocji rządu i jako taki bardzo dobrze wpisuje się w przedwyborczą walkę o dziedzictwo Solidarności. Wydaje się to oczywiste, tym bardziej, że protest stoczniowców ze Szczecina tradycyjnie pominięto, ograniczając się wyłącznie do Trójmiasta. Jako film historyczny Czarny Czwartek musi promować patriotyzm i odpowiednie postawy obywatelskie. W końcu honorowy patronat nad filmem objął prezydent Bronisław Komorowski. Jedną z rad udzielonych przez mężczyznę głównej bohaterce filmu można by nawet, nieco złośliwie, uznać za jego osobisty wkład – „Kobieto siedź w domu, pilnuj dzieci. Tam trzeba spokoju” (mówi do zaniepokojonej zniknięciem męża Stefanii Drywy jej szwagier). Pewnie teraz wszyscy mamy zobaczyć jak jest dobrze, wrócić do domu i przestać narzekać.

Historia Grudnia 70’ zasługuje na lepszy film. To, co zrobili z nią twórcy Czarnego czwartku budzi uczucie pewnej bezradności. Wierzę, że mieli dobre intencje i szczere chęci, ale wyszło jak zwykle. Po raz kolejny okazało się, że zamiast racjonalnej dyskusji dostaliśmy garść wzruszających frazesów w oprawie rodem z amerykańskiego kina akcji. I chyba nie zobaczymy dobrego filmu historycznego tak długo, jak długo historia będzie tylko kartą przetargową, instrumentalnie traktowaną zarówno przez polityków, jak i filmowców. Tymczasem przed nami premiera Cudu na Wisłą Hoffmana, no i przede wszystkim film o Smoleńsku. Strach się bać. Przypomina mi się jeden z bardziej znanych rysunków Marka Raczkowskiego. Na rysunku strajk. Ogromny milczący tłum stoi z równie ogromnym transparentem. Na transparencie napis: kurwa mać! To chyba najlepszy komentarz.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane