CZARNO NA BIAŁYM: Skarb Sierra Madre | FILM.ORG.PL

CZARNO NA BIAŁYM: Skarb Sierra Madre

Ten film ze śmierdzącymi odznakami. No i skarbem.




Złoto loto




Jacek Lubiński
05.07.2016


Niewiele jest filmów, które zawdzięczają swoją popularność jednej linijce tekstu. A jeszcze mniej takich, których legenda wyrosła na błędnie cytowanej kwestii. Skarb Sierra Madre Johna Hustona jest właśnie takim przykładem kultowego giganta, o którym każdy słyszał, choć większość nie miała okazji oglądać. I to często słyszał nieświadomie. Wszystko dzięki dialogowi: „Badges? We ain’t got no badges. We don’t need no badges. I don’t have to show you any stinking badges” („Odznaki? Nie mamy odznak. Nie potrzebujemy odznak. Nie muszę ci pokazywać żadnych śmierdzących odznak”). Stał się on jedną z najbardziej przeżutych przez popkulturę filmowych ripost, najczęściej mylnie skondensowanej do prostszego „We don’t need no stinking badges”. A przecież słów tych nie wypowiada nawet główny bohater o zmęczonej życiem twarzy Humphreya Bogarta…

Sierra Madre-poster

Oczywiście Skarb… wychodzi daleko poza ten fragment scenariusza, a jego swoisty mit to nie byle wydmuszka, której przysłużył się postępujący wiek dziesiątej muzy i liczne nagrody, z trzema Oscarami na czele. To autentycznie wartościowe kino, któremu przebyte lata bynajmniej nie ujmują siły oddziaływania i jakości. Aczkolwiek tu i ówdzie zdołało się lekko posunąć, nabrać zmarszczek, osiwieć. Czerń i biel dobrze je przy tym tuszują, a archaiczny format obrazu trzyma w ryzach nieliczne niedociągnięcia. Czy jest to film ważny i/lub wybitny? To już kwestia indywidualnego podejścia, prywatnych rozterek każdego kinomana. Na pewno jednak zajmuje poczesne miejsce w historii, a twórcy tacy jak Paul Thomas Anderson, Sam Raimi, Robert Redford, Vince Gilligan (od Breaking Bad), Stanley Kubrick czy Sam Peckinpah, który złożył mu hołd w Dajcie mi głowę Alfredo Garcii, nie bez kozery wymieniają go wśród ulubionych. Jedno jest pewne – to nie jest tytuł, obok którego można przejść obojętnie. A o czym on w sumie jest?

O złocie oczywiście. No i chciwości, którą sieje w ludzkich sercach, szaleństwie jakie wprowadza do ich umysłów, strachu, którym wypełnia ich dusze.

Strachu przed tym, że ktoś będzie pierwszy – albo, nie daj Boże!, ostatni. Nieustannego lęku, że ktoś je ukradnie, przypadkowo wymsknie nam się z rąk i je stracimy. Grozą tego, do czego jesteśmy w stanie się posunąć, aby je zatrzymać, ochronić przed bandytami, nieproszonymi gośćmi lub podejrzanie zachowującym się wspólnikiem; również przed samymi sobą. No i w końcu przerażeniem wynikającym z konsekwencji naszych czynów, które jak krew wsiąkają najpierw w rozpalony słońcem piasek, a potem wnikają pod spoconą, brudną skórę i niczym duchy nawiedzają nas za dnia i w nocy, nie cichnąc latami. Swoistą trwogę, której rezultatem pusty, niepohamowany niczym śmiech, wywołuje także dochodzący do nas fakt, jak błahe, kruche i nic nieznaczące z ogólnym rozrachunku były nasze początkowe roszczenia wywołane przypływem emocji, wrażeń lub równie ulotnych marzeń o wielkich fortunach i życiu w dobrobycie.

Sierra Madre3

Łatwo o nie, gdy los nas nie oszczędza. Gdy tak jak główni bohaterowie – Dobbs, Curtin i Howard – nie mamy gdzie się podziać, co ze sobą zrobić, a by kupić sobie posiłek, musimy notorycznie błagać o pieniądze, najlepiej jakiegoś przyjaźnie nastawionego rodaka, który gotów jest wspomóc potrzebującego lub dać mu pracę, jakiej nikt nie chce. W Polsce, w czasach kredytów na żądanie, internetowego cwaniactwa i programu 500+ rzecz być może nie do wyobrażenia sobie, acz bynajmniej nie wyjątkowa. W momencie premiery, blisko siedemdziesiąt lat temu, codzienność nosząca na sobie znamiona jeszcze nie wybrzmiałej wojny, wciąż pamiętająca okropne skutki wielkiego kryzysu, jaki nie dla każdego zdołał się skończyć.

W swym jądrze ciemności Skarb Sierra Madre opiera się jednak podobnym w(y)padkom historycznym, pozostając nad wyraz aktualnym, nieśmiertelnym wręcz świadectwem materializmu homo sapiens, który w swej bezdennej zachłanności bardzo łatwo zatraca to sapiens.

W opartym o powieść enigmatycznego B. Travena (jego prawdziwej tożsamości nigdy nie odkryto) scenariuszu samego Hustona – który już wszak w swoim debiutanckim Sokole maltańskim brał na tapetę żądzę pieniądza – złoto jest bowiem jedynie wymówką. W rzeczywistości można zamienić je na cokolwiek innego – diamenty, sok z kaktusa, pralkę z pięćdziesięcioma programami, czy, także obecne w filmie, skóry egzotycznych zwierząt. Cokolwiek, na czym można się wzbogacić, co prowadzi do zarobku, co sprawi, że w naszej kieszeni zaroi się od pliku papierowych prostokątów i małych, okrągłych metali z cyferkami, potocznie nazywanymi pieniędzmi. Zysk, kasa, hajs, bogactwo – jakkolwiek by tego nie nazwać, każdy ma na nie chrapkę w mniejszym bądź większym stopniu. Po to, by móc posłać dzieci do szkoły, by kupić sobie nowe buty, aby zaspokoić kaprysy wybranki lub wybranka serca, pójść do restauracji, kina czy teatru, wyjechać na Hawaje i odpocząć albo też zwyczajnie móc się na stare lata ustatkować na własnym skrawku przestrzeni i przestać się martwić o jutro.

Sierra Madre2

Z pozoru nieszkodliwe, a nawet i napędzające codzienne życie, normalne życzenie, które kryje się nawet za przyjazną, „niewinną” twarzą meksykańskiego chłopca (jeszcze wtedy pocieszny Robert Blake), z nadzieją wpychającemu wszystkim napotkanym turystom (wśród których znajdziemy cameo reżysera) kupony na loterię. Gorzej, że bardzo szybko ta chęć zaczyna pęcznieć i te małe potrzeby przybierają coraz większe rozmiary. I ciągle są one za małe. Tak właśnie dzieje się z Dobbsem (znakomity Bogart, dla którego była to jedna z dwóch ikonicznych kreacji), który wpierw, jeszcze czysto teoretycznie, zapewnia pozostałych o swojej obojętności wobec wielkiej fortuny, o swych ograniczonych potrzebach. A potem, już w terenie, gdzie sprawy nabierają namacalnych rumieńców, potrafi bez przyczyny wybuchnąć, rzucić się na współtowarzyszy jak dzika bestia, kiedy tylko na horyzoncie pojawi się choćby cień wątpliwości co do ich zamiarów, ich lojalności.

Szczęśliwie Huston daje zepsutej ludzkości nadzieję w postaci zdecydowanie bardziej pozytywnych charakterów Curtina i Howarda.

Ten pierwszy – bezbłędnie zagrany przez niedocenionego w sumie trochę, znanego głównie z westernów Tima Holta – wykazuje się zdecydowanie większym rozsądkiem od swojego towarzysza niedoli, wydając się przy nim niewinnym i naiwnym facetem (być może właśnie dlatego skończył na ulicy). Głosem sumienia jest z kolei Howard – kapitalny, nagrodzony za swoją kreację Oscarem ojciec reżysera, Walter, który kradnie niemal każdą scenę (parę lat wcześniej zaliczył cameo u syna, we wspomnianym Sokole maltańskim). On jest już stary, doświadczony. Wie dużo, a widział prawdopodobnie jeszcze więcej. Złoto go zatem nie rusza, choć oczywiście nie odmawia szansy na zapewnienie sobie dostatniej emerytury. To lekkoduch i człowiek o ogromnej jak na swój wiek energii, dzięki światowości oraz mądrości którego udaje się jednak zarówno uniknąć większych kłopotów zawczasu, jak i utemperować nieco nadgorliwość Dobbsa. A ten do samego gorzkiego końca przekonany będzie tyleż o swojej niewinności, co o nieomylności czynów, słuszności własnego zdania.

Sierra-Madre4

Produkcja, która prócz wyżej wymienionej statuetki otrzymała jeszcze dwa Złote Rycerze dla najlepszego scenariusza i reżysera oraz była nominowana w kategorii najlepszy film 1948 roku, jest zatem typowym przedstawicielem ambitnego kina przygodowego, w którym skonfrontowano cztery osobowości (wszak jest jeszcze i tajemniczy Cody o szczerym obliczu Bruce’a Bennetta). Cztery różne podejścia do skarbów, życia i tego, co naprawdę w nim wartościowe. To swoiste moralizatorstwo można uznać za pewną przesadę, względnie niewielką wadę filmu – po tylu latach od premiery zwyczajnie trąci już bowiem myszką. Co nie znaczy, że nie pozostaje aktualne w stopniu choćby minimalnym. W końcu podobnych, nie znoszących sprzeciwu szaleńców, gotowych zaprzedać duszę diabłu za parę świecidełek nigdy nie zabraknie. A złoto, obojętnie od giełdowych wahań, zawsze będzie ich wodzić na pokuszenie.

Ten obłęd udziela się także widzowi, gdyż obecny jest w każdym kadrze filmu Hustona.

Kręcony był on zresztą niemal dosłownie na wariackich papierach, a o procesie jego tworzenia aż roi się od legend i plotek – z których tą największą pozostaje obecność na planie autora oryginału pod fałszywymi personaliami (zdarzenie szybko przejrzane przez ekipę, ale nigdy mu nie udowodnione). Mający za sobą aż siedem lat przygotowań, którym na drodze stanęła wojenna zawierucha i ponad dziewięć przeróbek scenariusza projekt powstał w większości poza granicami Stanów Zjednoczonych. Mimo to przekroczył zarówno budżet (który osiągnął zawrotne, jak na tamte czasy, ponad trzy miliony zielonych), jak i okres zdjęciowy (o cały miesiąc!). Potem przegrał z ówczesną cenzurą, która mocno temperując przemoc, wymusiła zmiany m.in. na brutalnym i niepozostawiającym żadnych złudzeń zakończeniu (co bardzo nie spodobało się Bogartowi).

A gdy w końcu film zawitał do kin, to… nawet się nie zwrócił. Pazerni na kasę producenci z pewnością musieli być rozczarowani równie mocno, co protagoniści ich dzieła, w jednej ze scen dający się nabrać na drzemiący w skałach piryt (minerał potocznie nazywany złotem głupców). Liczne nagrody – do nadmienionych Oscarów dodać należy jeszcze choćby trzy Złote Globy – z pewnością osłodziły im jednak tę porażkę. Przez kolejne dekady kult i uznanie dla filmu poszły jednak w górę jak najlepsze akcje. Kiedy w 1990 roku został jako jeden z pierwszych wpisany przez Bibliotekę Kongresu na listę filmów budujących dziedzictwo kulturowe i włączony do ich archiwum (National Film Registry), jego status został oficjalnie przypieczętowany.

Sierra-Madre6

Bynajmniej – i mimo wszelkich naleciałości historycznych – nie jest to dzieło, o którym można powiedzieć, że w jakiś sposób się zestarzało.

Owszem, kilka jego elementów może współczesnemu widzowi takie się właśnie wydać. Nawet w czasach PG-13 pretensjonalnie jawi się rozgrywanie niektórych rzeczy poza kadrem, dla bezpieczeństwa moralności. Irytuje rozbuchana do granic muzyka – właściwa dla ery, w której powstała, lecz obecnie mocno nadgorliwa, archaiczna już nieco (dźwięk zresztą w ogóle nie należy do najmocniejszych stron tej produkcji). Szkoda także, że umiejscowiony w egzotycznej przecież lokacji tytuł nie może pochwalić się naturalnymi barwami i panoramicznymi ujęciami, które dodałyby mu głębi (choć szczęśliwie remake’u, jak dotąd, nie było – a ponoć myślał o nim swego czasu Oliver Stone). Razić może także notorycznie wykorzystywany zbieg okoliczności; fakt, że na tak dużym terenie zazębia się ze sobą tyle sprzecznych wydarzeń. W końcu uderza też przemiana Dobbsa, który co prawda od jakiegoś czasu budzi coraz bardziej sprzeczne emocje, lecz w zaistniałej sytuacji impuls do ich wybuchu wydaje się zbyt błahy, wątpliwy, za nagły, wręcz pojawiający się znikąd. Co nie znaczy, że niemożliwy.

Wszystkie te mankamenty to zresztą drobnostki, które w najgorszym wypadku napędzają akcję i nie pozwalają nudzić się na lekko ponad dwugodzinnym widowisku. Bezustannie wymieniany w czołówkach filmów wszech czasów (w tym obecny od samego początku na liście TOP 250 IMDb), nadal kusi swoimi atutami, zachęca obsadą, korci tematem. Warto dać mu się omamić. Dla jednych okaże się być może po prostu dobrą rozrywką – solidną, niedzielną przygodą. Dla innych prawdziwym skarbem – perłą odkrytą w kinematograficznej otchłani. Nikt nie powinien jednak żałować inwestycji czasu i pieniędzy. Jeśli bowiem u Hustona ktokolwiek wygrywa, to właśnie widz. A tu Hustonów mamy aż dwóch. Cytując samego Bogarta:

„Jeden Huston to wystarczająco źle, ale dwóch to prawdziwe morderstwo”.

Z premedytacją oczywiście – twórczą.

korekta: Kornelia Farynowska

Sierra Madre5

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

HACKSAW RIDGE. Plakat do najnowszego filmu Mela Gibsona

Następny tekst

Drugie Dno #28: Technologia 3D – hit czy kit?



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE