Recenzje

CON AIR – LOT SKAZAŃCÓW. 20 lat od premiery

Film bawi się swoją niedorzecznością, przez co od rasowego kina akcji, trzymającego się na przynajmniej jednym włosku realizmu, bliżej mu do czarnej komedii, mającej za zadanie uspokojenie widza, że w gruncie rzeczy, ukazany w filmie scenariusz nie mógłby się zrealizować.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Na skrzydłach groteski

Leci sobie samolot pełen najgorszych skurczybyków – znaczy się, skazańców z najwyższymi wyrokami. Nagle, za sprawą wcielenia w życie genialnego planu, pojazd zostaje przez nich opanowany. Środki bezpieczeństwa zawiodły, ba, w ogóle nie zostały wdrożone. Ale na szczęście na pokładzie jest jeden praworządny osobnik, były komandos, który spieszy się na urodziny córki. I nawet gdyby stery przejął sam diabeł, on zrobi wszystko, by dostarczyć córce pluszowego króliczka. Prawda, że brzmi niedorzecznie? Zapnijcie pasy – witajcie na pokładzie kina akcji lat 90.

Aż trudno uwierzyć, że 25 lipca mija dokładnie dwadzieścia lat od premiery Con Air – lotu skazańców. Był on powołany w czasach świetności wysokooktanowego kina akcji. Czasach, gdy producent Jerry Bruckheimer (tuż obok Joela Silvera) był jednym z najbardziej płodnych twórców tego rodzaju widowisk. Dostarczał on przemysłowi raz za razem boxoffice’owe petardy mające jedno zadanie – rozbić bank. A realizowały one dość prosty przepis na sukces: znane nazwiska, dużo testosteronu, szczypta seksapilu, przyprawione pościgami, wybuchami, strzelaninami. Bad Boys, Twierdza, Karmazynowy przypływ, Armageddon, Wróg publiczny – to tylko kilka przykładów tego, na co Bruckheimer wyłożył swoje dolary, które później zwróciły się z nawiązką. Publiczność kochała tego rodzaju wrażenia, wyjątkowo dobrze komponujące się ze smakiem popcornu. Nie inaczej było z Con Air z 1997.

Dla Nicolasa Cage’a, wcielającego się w pasażera o gołębim sercu, był to raptem drugi film akcji, w którym wystąpił po okresie grania w dramatach.

Za kamerą stanął mało doświadczony wówczas Simon West. Con Air było dla niego głośnym debiutem, szeroko otwierającym drzwi do kolejnych realizacji. Potem przyszły takie filmy jak Lara Croft: Tomb Raider czy drudzy Niezniszczalni. West stał się wyrobnikiem B-klasowego kina akcji, ale z pewnością nie jego niewolnikiem – dziś na koncie ma też dramaty oraz przede wszystkim produkcje telewizyjne. Od reżyserii ciekawszym wyróżnikiem filmu jest jednak obsada. Dla Nicolasa Cage’a, wcielającego się w pasażera o gołębim sercu, był to raptem drugi film akcji, w którym wystąpił po okresie grania w dramatach. Pierwszym była oczywiście Twierdza. Za sprawą Con Air aktor na dobre schował się w szufladzie oznaczonej sygnaturą twardziela i ostatniego sprawiedliwego, w której pozostał do dnia dzisiejszego. W przypadku gry Cage’a można także po raz pierwszy uświadczyć osławionych i charakterystycznych szarż, za sprawą których aktor wypada na tle reszty obsady wyjątkowo ekscentrycznie. Cage przypieczętował ten kierunek ekranowej ekspresji w Bez twarzy, kolejnym filmie akcji mającym premierę w tym samym co Con Air roku.

Należy dodać, że konkurencję na planie Con Air o miano największego dziwaka Cage miał niemałą. Jedną z cech charakterystycznych filmu Simona Westa jest nagromadzenie wyjątkowo nieprzyjemnych charakterów, z którymi widz musi spędzić większość ekranowego czasu. Ale istotne jest to, że przyglądając się im dokładniej, nie sposób uwierzyć zarówno w nich samych, jak i tym bardziej w ich złowieszczy plan. Wszyscy co do jednego są tak dalece groteskowi, że bliżej im do zbuntowanej ekipy cyrkowych klaunów niż prawdziwych, wyrachowanych łajdaków. Paradoksalnie najbardziej autentycznie wypada John Malkovich jako inteligentny lider grupy skazańców. Gra bowiem zaskakująco powściągliwie jak na swoje możliwości. Cała reszta uznała wcielanie się w swoje postacie za pocieszną zabawę bez granic, wolną od czujnego oka rodzica.

W jednej ze scen filmu na pokład samolotu wprowadzony zostaje osobnik tak zły i złowieszczy, że widz liczy na to, że z miejsca swoją obecnością dołoży załodze kilka punktów w skali ogólnego zdeprawowania. Ale gdy koledzy ściągają mu kajdany oraz maskę, a z jego ust wydostają się pierwsze słowa, okazuje się, że diabeł (o twarzy Steve’a Buscemiego) nie jest tak straszny, jak go malują. I taki w zasadzie jest cały film. Pod napompowanymi mięśniami i groźnie wyglądającym grymasem skrywa w środku niewinność, której symbolem jest pluszak głównego bohatera. Wbrew temu, jak bardzo niebezpiecznych osobników zawiera tytułowy lot skazańców, film okazuje się zaskakująco niegroźny, zbudowany na łatwo przyswajalnych dla widza emocjach. I taki był w istocie cel.

Film ma bowiem ważną cechę ratującą go przed chęcią wymierzenia mu sromotnego, krytycznego ciosu. Con Air działa pod przykrywką, nie jest tym, za kogo się podaje (dokładnie jak inny z bohaterów, będący wtyką NSA). Bawi się swoją niedorzecznością, przez co od rasowego kina akcji, trzymającego się na przynajmniej jednym włosku realizmu, bliżej mu do czarnej komedii mającej za zadanie uspokoić widza, że w gruncie rzeczy ukazany w filmie scenariusz nie mógłby się zrealizować. W 1997 jeszcze wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Po 2001 strojenie sobie tego typu żartów nie byłoby już chyba możliwe.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane