Recenzje

CLIMAX. Stary, dobry Noé

Climax nadaje się na filmową pigułkę energetyczną, ale gdy zajrzymy pod imponującą, narkotykowo-transową fasadę, ujrzymy coś zupełnie przeciętnego.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Narkotykowy trip

Jeśli mieliście okazję obejrzeć którekolwiek z wyjątkowych dzieł Gaspara Noégo – Nieodwracalne, Wkraczając w pustkę czy Love – najnowszy film francusko-argentyńskiego reżysera zapewne was nie zdziwi. W Climax stosuje wiele ze swoich stałych chwytów, definiujących jego energetyczny, szalony, ekspresyjny styl, który dwie dekady temu umieścił go w gronie artystów nurtu określanego Nowym Francuskim Ekstremizmem. Jeśli jednak po obejrzeniu najnowszego dzieła Noégo stwierdzicie, że to jego najbardziej szalony film, nie będziecie dalecy od prawdy. Climax to kolejny narkotykowy trip tego reżysera, tym razem maksymalnie podkręcony i dosłowny.

Otwarcie filmu nie pozwala widzom na spokojne wczucie się w nastrój – zostajemy zaskoczeni nakręconym od góry ujęciem rannej kobiety czołgającej się w śnieżnych zaspach. Nie mamy pojęcia, skąd się tam wzięła i co jej się stało. Na znalezienie odpowiedzi na te pytania będziemy zresztą musieli sporo poczekać – ujęcie zamykają bowiem… napisy końcowe. Byłem gotów uwierzyć, że informacja o 95-minutowym metrażu była ściemą, a Noé zebrał widzów na sali tylko po to, by pokazać im kilkudziesięciosekundowy materiał i pozostawić w konsternacji. Szybko jednak okazało się, że był to jednak tylko przedziwny wstęp do właściwej historii. W kolejnej sekwencji widzimy stary telewizor otoczony kasetami wideo z klasycznymi filmami, takimi jak Suspiria, Pies andaluzyjski czy Opętanie. Łatwo wyobrazić sobie, że to właśnie te tytuły pchnęły ekscentrycznego twórcę w kierunku reżyserii filmowej. Na małym ekranie telewizora pojawiają się nagrania wypowiedzi młodych tancerzy, którzy najwyraźniej właśnie dołączyli do nowej grupy. Wypowiadają się o swoich doświadczeniach, preferencjach i oczekiwaniach. Niektórzy brzmią sensownie, inni nie grzeszą inteligencją, ale wspólnym mianownikiem jest ich pasja – taniec. I to właśnie wokół niej kręci się (i to – jak to u Noégo – dosłownie) cała akcja Climax.

Kadr z filmu "Climax"

Zasadnicza część filmu rozpoczyna się niezwykle efektowną sekwencją, w której kilkunastoosobowa grupa tancerzy wykonuje bardzo dynamiczny układ choreograficzny. Ekran wprost kipi od energii, elektroniczne dźwięki atakują bębenki, dla oczu pozostaje zaś widok pulsujących, podrygujących i wijących się młodych ciał, które przez tych kilka minut zatracają się w narkotycznym, transowym spektaklu. Jak się okazuje, spektakl trwać będzie do końca, bo gdy kończy się sekwencja taneczna, rozpoczyna się świętowanie – w tym samym pomieszczeniu (z rozmów bohaterów dowiadujemy się, że jest to budynek szkoły) odbywa się bowiem impreza zorganizowana przez choreografkę dla członków zespołu. Szybko jednak okazuje się, że nie będzie to zwykła potańcówka…

To, co dzieje się dalej, gatunkowo należałoby przypisać do kina grozy, ale jako że u Gaspara rzadko kiedy coś okazuje się tym, czym miało być, trudno nazwać Climax horrorem. To raczej koktajl Mołotowa wyprodukowany przy użyciu wielu składników gatunkowych, formalnych i tekstualnych – mieszanka, która eksploduje w kinie z energią rozwiewającą czupryny widzów nawet w ostatnich rzędach. Obserwujemy szaleństwo, trans, zezwierzęcenie, absolutne odrzucenie zahamowań.

Kadr z filmu "Climax"

Climax odurza, ekscytuje, niekiedy poraża, mimo że na poziomie czysto filmowym jest to dzieło zupełnie przeciętne. O ile bowiem nie można pozostać obojętnym wobec najnowszego projektu Gaspara Noégo, o tyle bardzo łatwo jest się tym filmem nie zachwycać. Climax jest żywiołowe i szalone, ale nie odkrywcze – to po prostu fenomenalnie zrealizowana zabawa z formą i materiałem filmowym. Te wszystkie śródtytuły, złote myśli pojawiające się w formach plansz z napisami, ekwilibrystyka kamery – to tylko sztuczki, które budują spektakl. Na poziomie treści Noé ponownie zagląda w duszę człowieka i z tego człowieczeństwa go odziera. Ale czy jest to w kinie coś nowego? Climax nadaje się na filmową pigułkę energetyczną i znakomicie sprawdza się w funkcji pobudzającej, ale gdy zajrzymy nieco głębiej, pod imponującą, narkotykowo-transową fasadę, ujrzymy coś zupełnie przeciętnego. Przyzwoicie zrealizowanego, ale wciąż tylko przeciętnego.

Ostatnio dodane