Recenzje

CIRCLE (2015), czyli popłuczyny po CUBE

Ciekawy pomysł nie usprawiedliwia marnej realizacji. Niestety.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Popłuczyny po CUBE

Dobry pomysł na film to jeszcze nie wszystko. Choć ta niepisana zasada brzmi już jak wyświechtany slogan, wciąż nie wszyscy o niej pamiętają. A już na pewno nie biorą jej pod uwagę debiutujący adepci sztuki filmowej. Twórcy niskobudżetowego dreszczowca SF pod tytułem Circle wpadli w typową pułapkę. Chcąc dobrze i dysponując ciekawą myślą, nie zdołali tego profesjonalnie przekazać. Niech zatem sponsorem tego odcinka będzie hasło: z gruntu dobre zamiary nie są w stanie zrekompensować realizacyjnej marności.

A temat był dobry, żeby nie powiedzieć świetny, i wymagał tylko rzetelnej obudowy. W Circle pięćdziesiąt nieznajomych sobie osób budzi się, stojąc w ciemnej sali, nie wiedząc, co się dzieje. Wszyscy zebrani są w kręgu, w którego środku znajduje się tajemnicza kula. Z jej wnętrza wydobywają się śmiertelne wiązki mocy zabijające poszczególnych osobników. Scena akcji przypomina teleturniejowe studio, ale szybko okazuje się, że w grze, w której przyjdzie zgromadzonym uczestniczyć, na szali położone zostało ich życie. Zadaniem graczy jest bowiem decydowanie – przy pomocy głosowania – o tym, kto z nich jako następny powinien zginąć. Kto zasługuje na śmierć? Co każde dwie minuty musi paść kolejny wyrok, inaczej maszyna będzie wybijać uczestników losowo.

W przypadku Circle mamy do czynienia z oczywistym déjà vu. Pułapka bez wyjścia, w której zaszczuci zostali bohaterowie, przypomina tę znaną z Cube – kultowego dreszczowca autorstwa Vincenza Nataliego. Wszak podobieństwo jest już widoczne na etapie tytułu – w którym postawiono na jeden dźwięczny wyraz, również odnoszący się do kształtu. I choć w Circle wynik eksperymentu dokonywanego na uczestnikach – przypominających laboratoryjne szczury – jest pod wieloma względami zbieżny z tym, co pamiętamy z Cube, to jednak sposób jego przeprowadzania pozostawia wiele do życzenia i podważa jego fachowość. Doskwiera także zaprzepaszczenie potencjału wynikającego z bazowania na tajemnicy – tego, co winno nieść tego typu historię i dostarczać widowni motywacji do podążania jej śladami. W Circle nieoczywista sytuacja jest przez bohaterów w oczywisty sposób postrzegana – jakby nieważne było, co chowa się za kurtyną.

Doskwiera także zaprzepaszczenie potencjału wynikającego z bazowania na tajemnicy - tego, co winno nieść tego typu historię i dostarczać widowni motywacji do podążania jej śladami.

W Circle mamy do czynienia z kolejnym pamfletem na społeczeństwo. To, w jakim kierunku powędruje historia, i co ważne, jakie będą z niej płynąć przesłania, jesteśmy w stanie wyczuć już po zapoznaniu się z pierwszymi scenami filmu. Celem było ukazanie społecznych mechanizmów, w których bezwarunkowe uczestnictwo jest równoznaczne z chadzaniem po ślepych ścieżkach stereotypów, uprzedzeń i błędnej etykietyzacji. Celem było także podkreślenie faktu, że człowiek postawiony pod ścianą często zapomina o nadanym przez kulturę moralnym kręgosłupie. Będzie walczyć o przetrwanie dokładnie tak, jak ten zdesperowany szczur ze średniowiecznego narzędzia tortur, w którym przeciwległą ścianą dla podpalanej klatki pełnej gryzoni była twarz osobnika, stanowiąca zarazem jedyną drogę wyjścia dla zwierząt. Znajdą się jednak tacy, którzy gotowi będą oddać swe życie w imię honoru, godności i innej większej litery. Najtrudniejsze pytanie postawione przez debiutujący duet twórców –  Aarona Hanna i Mario Miscionego – brzmi: czy fakt, że jako ludzie posiadamy sumienie, rozumiane jako umiejętność wartościowania, rozgraniczania dobra i zła, stanowi o naszej sile, czy też ewidentnej słabości?

Założone przez twórców cele zostały spełnione tylko połowicznie. Jedynie bowiem od inteligencji widza zależy, co wartościowego z filmu wyciągnie. Bynajmniej nie wynika to z Circle. Twórcy, zamiast stworzyć prawdziwych bohaterów, woleli postawić na figury woskowe, których zdaniem było odgrywanie konkretnych postaw. W ich żyłach nie płynie krew, a w ich zachowaniu trudno dostrzec naturalność. Prawda jest taka, że gdyby ta fantastyczna sytuacja miała miejsce naprawdę, eksperyment skończyłby się w pierwszych dziesięciu minutach jego trwania. Żniwo szybko zebrałaby bowiem panika, wywołana barierą w podejmowaniu racjonalnych, zimnych wyborów w sytuacji zagrożenia. Zapewniam też, że nikt by tak grzecznie w swoim kółku nie stał, nie upewniając się, czy kolega obok faktycznie nie żyje, czy po prostu stracił przytomność.

Aaron Hann i Mario Miscione mieli dobre pobudki, co raz jeszcze chciałbym podkreślić. Pójdę nawet dalej. Patrząc na to, jak ciepło ich film został przyjęty wśród publiki (co wnioskuję tylko po komentarzach na forach), zaryzykuję stwierdzenie, że Circle zrobił to, co zrobić miał – żywo zaintrygował, postawił ważne pytania i, co najważniejsze z pragmatycznego punktu widzenia, rozreklamował nazwiska młodych autorów. Ich filmowy debiut może wkrótce przeistoczyć się w przepustkę do Hollywood i większych możliwości. Życzę im jednak, by w kolejnych realizacjach trochę lepiej przyłożyli się do pracy nad scenariuszem i przenoszenia jego założeń w czyn (uwzględniając zdobycie większego budżetu). Bo tak jak pięćdziesiątka stworzonych przez nich postaci pada ofiarą powierzchownego oceniania, tak  film pada w konsekwencji ofiarą powierzchownego podejścia do głównego tematu. Ludzkie zachowania brane w Circle pod lupę są jednak nieco bardziej skomplikowane i złożone.

Do mnie ta socjologiczna interpretacja – przypominająca studencką rozprawkę – nie trafiła, lecz z pewnością znajdzie ona swoich amatorów.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane