Recenzje

LUTY Z MARTINEM SCORSESE. Ciemna strona miasta

Za dużo tu scen komicznych, za dużo absurdu, za dużo śmiechu. Tym razem Scorsese powinien wyzbyć się swojego charakteru pisma, opowiedzieć to znacznie poważniej.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Ciemna strona miasta może wzbudzić zainteresowanie jedynie najbardziej oddanych fanów Martin Scorsese. Lecz chyba nawet oni po ten film sięgają jako ostatni, by po prostu odfajkować kolejną pozycję z jego filmografii. Nie jest to lektura obowiązkowa – można kompetentnie wypowiedzieć się o twórczości reżysera nie znając tego obrazu.

Bringing-Out-The-DeadMam wrażenie, jakby powstał przypadkowo i był nie do końca przemyślany. Zbyt wiele elementów Bringing out the dead ze sobą nie gra. Nie wszystkie składniki do siebie pasują, stoi za tym filmem niby jakaś idea, ale niejasno wyłożona. Fabuła niepotrzebnie zmienia kierunki, przeskakujemy przez różne gatunki i konwencje (pojawia się nawet slapstick). Akcja wymyka się twórcom spod kontroli, wydaje się być zbudowana na samych dygresjach. Czy na planie panowała improwizacja? Wydaje się, jakby Ciemna strona miasta była wyreżyserowana przez różnych autorów, nie potrafiących znaleźć kompromisu. W konsekwencji film jest niespójny i chaotyczny. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby zmuszało to do jakiejś niekonwencjonalnej refleksji lub zaowocowało filmem-eksperymentem. Nic z tego. Nie dostajemy argumentów, by obronić którąkolwiek z tych tez.

Film jest (ponoć) adaptacją wspomnień prawdziwego nowojorskiego ratownika. Początkowo Ciemna strona miasta bardzo przypomina Taksówkarza (za scenariusze do obu filmów odpowiedzialny jest Paul Schrader). Frank Pierce (Nicolas Cage) pracuje w nowojorskim pogotowiu. Podobnie jak Travis Bickle cierpi na bezsenność, jest samotnikiem, nie potrafi uwolnić się od traumatycznych wydarzeń z przeszłości – w przypadku Franka jest to nieuratowana bezdomna narkomanka. Jego oczami oglądamy zepsute, skorumpowane miasto. Nocą przemierzamy kolejne ulice pełne prostytutek, dealerów, biedy i brudu. Minęło już ponad dwadzieścia lat od legendarnego filmu z De Niro, ale Nowy Jork zdaje się wyglądać tak samo. Przez miasto nie przeszła wielka oczyszczająca ulewa, na którą czekał Travis. Frank jest kolejnym świadkiem upadku człowieka. Po raz kolejny bohaterem filmu jest miasto.

dead

Szybko jednak okazuje się, że Scorsese nie miał pomysłu ani na historię, ani na bohatera. Nicolas Cage nie ma na tyle charyzmy, by zainteresować widza swoją postacią. Jest zmęczony, złamany depresją, wręcz nieobecny i zagubiony. Reżyser natomiast roztacza przed nami wizję świata, którą tak naprawdę już znamy.  Natomiast sama fabuła Ciemnej strony miasta opiera się na prostym, ciągle powtarzanym schemacie:  zgłoszenie wypadku – epizod w szpitalu – przerwa na papierosa – kolejne zgłoszenie. Faktycznie – oddaje to monotonię tej pracy, ale również przynosi nudę. Widz przestaje czekać, by cokolwiek się wydarzyło. Akcja stoi w miejscu, reżyser nie potrafi wyjść poza ramy samej ekspozycji.

Frankowi nieustannie objawia się jego zmarła żona: raz jest ona przypadkowym przechodniem, przy kolejnej okazji – wykrwawiającą się ofiarą, po którą Frank właśnie przyjeżdża. Niestety i tego wątku Martin Scorsese nam nie wyjaśnia, nie dopowiada go, pozostawia jedynie w sferze domysłów. Staje się jedynie atrybutem głównego bohatera, świadectwem jego obłędu. Przyjąłbym takie rozwiązanie, gdyby Ciemna strona miasta oferowała widzom coś w zamian. Tak nie jest. Trudno śledzić i zaangażować się w jakikolwiek wątek, ponieważ cały film zdaje się być zlepkiem na siłę połączonych ze sobą fragmentów. Bądź przez przebywającą ciągle przy ojcu w szpitalu Mary Burke (Patricia Arquette), bądź spotykanie tych samych pacjentów. Scorsese zbudował zamknięty, hermetyczny świat, z którego nie ma ucieczki. Niestety ta koncepcja szybko się wyczerpuje.

317517.1

Ciemna strona miasta opiera się repetycjach, powtarzaniu tych samych czynności, pomaganiu tym samym ludziom. Wykrwawiasz się na chodniku – zaraz po ciebie przyjedziemy, wyleczymy, a po dwóch dniach spotkamy się w tym samym miejscu, w takiej samej sytuacji. Ja będę tak samo wyczerpany, a ty znowu o mało nie umrzesz. Jesteśmy skazani na taki rytm. Martin Scorsese jest jak zwykle sceptyczny, woli mnożyć przed Frankiem problemy, niż wskazywać rozwiązania. Niestety traktuje tak również widza, bowiem trudno po skończonym seansie odpowiedzieć sobie, po co ten film powstał. Reżyser Wściekłego byka popada również w absurd – niezrozumiały dla mnie komizm lub w przesadę, na końcu nawet kicz. Styl, za pomocą którego Scorsese prowadzi opowieść, kłóci się z tematem filmu. Niefortunnie, od strony formalnej Ciemna strona miasta kojarzyć się musi choćby z Chłopcami z ferajny: montaż pędzi bez opamiętania,  w tle brzmi rock, wyczuwamy również dystans, jaki reżyser ma do bohaterów. Tutaj ta konwencja wybitnie nie pasuje, miejscami film wręcz się rozpada. Nie wiadomo dlaczego odliczane są kolejne dni tygodnia: nie pełni to funkcji dramatycznej, budującej napięcie – bo na nic nie czekamy, nic nie zostało zapowiedziane, a informacja, że jest „piątek” w ogóle nic nie zmienia – bo każdy dzień jest taki sam.

Przestępców – jak z Goodfellas czy nawet z Wilka z Wall Street – można potraktować z przymrużeniem oka. Uważają, że są od nas wszystkich lepsi, są królami świata i mogą sobie na wszystko pozwolić. Bez konsekwencji, poza prawem, na własnych regułach. Obie te płaszczyzny dobrze ze sobą współpracują. Gangsterzy i tak zabijają się między sobą, nie sposób im współczuć, lubić ich, nie kibicować im – najlepiej ich wyśmiać, skompromitować. Z tą narracją łatwo się utożsamić i ją przyjąć. Tutaj mamy zupełnie inną perspektywę: to są ludzie, którym faktycznie trzeba pomóc. Żaden z nich nie cierpi zasłużenie, nikt sobie na taki los nie zasłużył. Za dużo tu scen komicznych, za dużo absurdu, za dużo śmiechu. Tym razem Scorsese powinien wyzbyć się swojego charakteru pisma, opowiedzieć to znacznie poważniej: wrócić do stylu wyważonego Taksówkarza. Nie zrobił tego i miejscami Ciemna strona miasta jest wręcz paradoksalnie naiwna. Niektórym tematom służy umiar, redukcja środków ekspresji. Wybuchające pod koniec fajerwerki są rzeczywiście efektowne, jedna z postaci krzyczy wtedy „Kocham to miasto!” – to ładny obrazek, ale jakby wyciągnięty z innego filmowego świata. To tylko jedna z szeregu scen, które budzą moje wątpliwości.

dead

Po Martinie Scorsese nie oczekiwałem oczywiście naturalizmu znanego choćby ze zbliżonej tematycznie Śmierci pana Lazarescu. Na takie terytorium i tak ten reżyser nigdy nie wchodził. U niego autorskie kino zawsze romansuje z mainstreamem. Martin Scorsese przyzwyczaił mnie do zbierania z wrażenia szczęki z podłogi.

Przy Ciemnej stronie miasta głównie chwytam się za głowę. Trudno cokolwiek zarzucić temu filmowi pod względem realizacyjnym. Na tej płaszczyźnie Scorsese swoich widzów nigdy nie zawodzi. Lecz czasami nawet warsztatowa biegłość mistrza nie wystarczy, by ukryć wady scenariusza. A ten tutaj zawodzi najbardziej.

MSDBROU EC008

Ostatnio dodane