Chinatown - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Chinatown




Forget it, Jake. It's Chinatown.




Jerzy Babarowski
16.04.2013


Wytwórnia: Paramount Pictures

Reżyseria: Roman Polański

Scenariusz: Robert Towne

Muzyka: Jerry Goldsmith

Zdjęcia: John A. Alonzo

Obsada: Jack Nicholson, Faye Dunaway, John Huston

 Spojlery!

Woda. Najważniejszy zasób na Ziemi, klucz do wszelkiego życia. Przyczyna wojen i rozejmów na przestrzeni ludzkiej historii. Pokrywa ponad siedemdziesiąt procent naszego globu, więc wydawałoby się, że powinno jej starczyć dla wszystkich. Nie zawsze. Zwłaszcza gdy miasto, które jej potrzebuje, mieści się na skraju pustyni i nazywa Los Angeles. W 1974 roku Roman Polański i Robert Towne pokazali, co się stanie, gdy zmiesza się ją z innym ważnym zasobem naszej cywilizacji – pieniędzmi – i ilu ludzi zapłaci za tę wybuchową mieszankę.

 Widok zza biurka

 J.J. Gittes jest prywatnym detektywem, śledzącym zdradliwych małżonków swoich zleceniodawców. Wie, że jego praca raczej nie przysparza mu sympatii na mieście, ale jest w niej dobry, więc nie ma zamiaru nic zmieniać. Przyjmuje zlecenie, śledzi ofiarę, pstryka fotki i dostarcza klientowi. Potem obowiązkowy pokaz bólu zazdrosnego małżonka lub małżonki i już trafia do niego upragniona zapłata. Musi tylko uważać, żeby jego klienci nie żarli mu nowych żaluzji. Jest arogancki, ironiczny, sarkastyczny, wulgarny, egoistyczny, wybuchowy i zdecydowanie zbyt pewny siebie. Jest też dobroduszny i uczciwy, a w jego oczach widać cień jakiejś tragedii, która dawno temu zburzyła mu świat. Kiedyś był innym rodzajem detektywa – policyjnym – i coś się wtedy wydarzyło. Coś, o czym ani on, ani nikt z jego znajomych nie chce pamiętać.

Tragiczny antybohater, jakby żywcem wyjęty z powieści Raymonda Chandlera, jest grany przez Jacka Nicholsona, ale równie dobrze mógłby się w niego wcielić Humphrey Bogart. Chociaż wtedy ironiczność i pewność siebie Gittesa pewnie nie wypadłaby tak przekonująco. Nicholson zamienia go w pulsującą, buzującą magmę emocji, mogącą w każdej chwili wybuchnąć, nadnaturalnie ekspresywną – jego sardoniczny uśmiech jest trochę zbyt koślawy, a wspomnienie tragedii w oczach zbyt wyraźne.

Przyjmując zlecenie od niejakiej Evelyn Mulwray Gittes nie ma pojęcia, że z pozoru niewinna robota, polegająca na śledzeniu podejrzewanego o zdradę męża, zaprowadzi go na ślad spisku wymierzonego nie tylko w mieszkańców Los Angeles, ale i w ogromną społeczność rolniczą mieszczącej się na północ od miasta San Fernando Valley. Nie wie też, ile ma w tej grze do stracenia i na jakie manowce może go zaprowadzić jego złudna pewność siebie…

Taki też jest główny temat „Chinatown”: nadużycie przywilejów ludzi mających dostęp do władzy i pieniędzy oraz swoisty „gwałt”: zarówno na ziemi, jak i – jak się okazuje pod koniec filmu – własnej córce. W tym sensie film Romana Polańskiego należy do tradycji thrillerów politycznych, których scenariuszowym punktem wyjścia było dopuszczenie możliwości, iż ludzie znajdujący się u władzy bynajmniej nie wykorzystują jej w pozytywnych celach, ale do osobistego wzbogacenia się, nie przebierając przy tym w środkach i nie wahając się zastosować najpodlejszych nawet sposobów zacierania za sobą śladów. Cień „Chinatown” możemy zobaczyć w takich filmach jak późniejsi o dwa lata „Wszyscy ludzie prezydenta” Alana J. Pakuli czy nawet niedawna „Drogówka” Wojciecha Smarzowskiego.

Ale „Chinatown” nie jest filmem stricte politycznym, a już na pewno nie thrillerem. To czarny kryminał, film noir czy może – jakby to określili współcześni krytycy – neo-noir. Daleko mu jest jednak do pustych stylistycznych zabaw, do jakich ucieka się wielu współczesnych twórców mających słabość do tego gatunku. Ich celem jest zazwyczaj osiągnięcie mglisto określonego wrażenia „nostalgii” kosztem treści, bohaterów, fabuły, a często i sensu samego filmu, a to jest coś, na co ani scenarzysta, ani reżyser „Chinatown” nie mogli i nie mieli zamiaru pozwolić.

W cieniu przeszłości

 Niewiele osób wie, że „Chinatown” zostało zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. To zresztą w ogóle film traktujący o przeszłości i radzeniu sobie z przeszłością (choć to zostało jeszcze silniej wyeksponowane w sequelu, o czym później). Z tą przeszłością musiały sobie również poradzić dwa potężne umysły, stojące za powstaniem tego dzieła, i jeśli komuś zawdzięczamy fakt, że „Chinatown” na stałe wpisało się w historię kina, to właśnie im.

W 1971 roku szef wytwórni Paramount, producent Robert Evans, zaoferował sporą sumkę pieniędzy wziętemu scenarzyście Robertowi Towne’owi, aby napisał scenariusz adaptacji „Wielkiego Gatsby’ego”. Towne jednak odmówił i zamiast tego zaoferował się napisać historię kryminalną własnego autorstwa. Fabuła miała traktować o przeszłości i grzechach jego rodzinnego Los Angeles, jednak w miejsce taniego, emocjonalnego ataku, w historii Towne’a wybija się miłość i autentyczna troska o losy metropolii. Jej celem może nie jest rozgrzeszenie, ale pewnego rodzaju rozliczenie się z przeszłością i zwrócenie uwagi społeczeństwa na to, co dla nas, ludzi żyjących dziś, jest bardziej niż oczywiste – „Uważajcie na krawaciarzy zza biurek. Czasem nie mają najmniejszego zamiaru się o was troszczyć, czasem jedyne, o czym myślą, to pieniądze i własne ego”. „Chinatown” było jednym z pierwszych filmów, które powiedziały to tak dobitnie.

Fabułę filmu Towne osnuł wokół łańcucha wydarzeń znanego jako California Water Wars, co można przetłumaczyć jako Kalifornijskie Wojny Wodne. Jej centrum stanowi relacja i konflikt pomiędzy miastem Los Angeles a leżącą na północ Owens Valley i społecznością miejscowych farmerów. W latach 60. XIX wieku na zachodnim wybrzeżu pojawili się pierwsi osadnicy ze wschodu i po wygnaniu w 1863 roku Indian rozpoczęli kolonizację. Jej tempo gwałtownie wzrosło w latach 70. i 80. – głównie za sprawą pobliskiej rzeki, która zapewniała dogodne warunki pod uprawę roli i hodowlę zwierząt. W połowie lat 90. większość doliny została już wykupiona, nie było jednak systemu irygacyjnego, który pozwalałby farmerom na godny byt.

I w tym momencie w grę wchodzą dwie postacie, które staną się kluczowymi graczami zarówno w historii Los Angeles, jak i w nadchodzącym konflikcie: burmistrz Frederick Eaton i jego przyjaciel William Mulholland, właściciel nowopowstałego Wydziału Wody i Energii Los Angeles. Włodarze ci mieli radykalnie odmienną wizję miasta niż ich poprzednicy – marzyła im się potężna metropolia, o wiele rozleglejsza niż na początku XX wieku. Ale jak w przypadku każdego miasta leżącego na skraju pustyni, do jej rozwoju była potrzebna jedna rzecz – woda. A tak się złożyło, że pobliska Owens Valley była jej pełna. Był tylko jeden problem – nie należała do miasta. Eaton i Mulholland postanowili to zmienić.

Wydaje się, że za kanwę wydarzeń „Chinatown” posłużyły wydarzenia z pierwszej dekady XX wieku, gdy obaj mężczyźni próbowali usunąć farmerów z doliny i wszelkimi możliwymi sposobami zdobyć prawa do ich wody. Nadużywanie przywilejów, kłamstwa, przekupstwa, spekulacje, poróżnianie członków rolniczej społeczności w dolinie i inne przestępstwa – to był ich chleb powszechni. Udało im się nawet oszukać federalne Biuro Reklamacji, które miało wybudować w dolinie system irygacyjny z prawdziwego zdarzenia, dopóki Eaton i Mulholland nie pogrzebali tych planów. Wszystkie albo prawie wszystkie przekręty i machloje, jakich w „Chinatown” dopuszczają się tajemniczy oligarchowie zza kadru, wydarzyły się naprawdę – budowa sfingowanej tamy i celowe okłamywanie społeczności Los Angeles, by przegłosować projekt budowy, niszczenie własności farmerów, wykupywanie ich ziemi za bezcen pod fałszywymi nazwiskami, a nawet wspomniana parę razy w filmie katastrofa poprzedniej tamy.

W scenariuszu Towne’a postacie Eatona i Mulhollanda zostały złączone w jedną – czarującego i ujmującego bogacza Noaha Crossa, który w finale filmu okazuje się być niemalże uosobieniem zła. Sam scenariusz jest chyba najlepszym kiedykolwiek napisanym do jakiegokolwiek filmu. Jest powód, dla którego od niemal czterdziestu lat uznawany jest za świętą krowę tej branży i niezrównany klasyk scenariopisarskiego rzemiosła. Towne napisał historię totalną – doskonałą w strukturze i bezlitośnie logiczną; spokojną i jednostajną, a jednocześnie przez cały czas trzymającą w napięciu; przepełnioną całą masą barwnych bohaterów z tajemnicami, których odkrywanie parę razy obraca przebieg filmu o sto osiemdziesiąt stopni; wreszcie z centralną rolą cynicznego, antypatycznego antybohatera, któremu kibicujemy do samego końca. „Casablanca” ma wspaniałą strukturę i dopełniających się bohaterów, „Obywatel Kane” to wnikliwe studium upadku wielkiego człowieka, ale żadna z tych historii nie jest tak subtelna i obdarzona tak potężnym klimatem nadchodzącej katastrofy jak tekst Towne’a. Żadna z nich również nie obfituje w tyle dwuznaczności i zagadkowej symboliki, jakimi amerykański scenarzysta ozdobił swoje dzieło (skaza na tęczówce, „bad for glass”).

Towne wykorzystuje sztafaż czarnego kryminału, ale w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu nie skupia się na zabawach konwencją, ale na wgryzieniu się w samą esencję i wyłuskaniu tych elementów czarnego kina, które są najważniejsze i które uczyniły z niego tak płodny gatunek. Mamy więc przede wszystkim pesymistyczną wizję świata i otaczający bohatera klimat moralnego zepsucia i czyhającego zagrożenia (osiągnięty cudownie ascetyczną reżyserią Polańskiego); antybohatera – z przywarami, nie wzbudzającego zbytniej sympatii, ale mimo wszystko pozytywnego, którego aktywna, nietzscheańska wola działania jest wprost proporcjonalna do tragicznych przeżyć, które go ukształtowały; miasto jako centrum nie tylko zdarzeń, ale i intrygi fabularnej; wreszcie obowiązkową femme fatale.

To, że Towne nie skupia się na konwencji, nie oznacza jednak, że manipulowanie nią w „Chinatown” nie występuje. Podobnie jak Noah Cross gwałci swoją córkę, tak i Towne w pewnym sensie „gwałci” konwencję czarnego kina – Gittes zamiast dostojnym, tragicznym bohaterem okazuje się być nieudacznikiem, którego gubi pewność siebie; miasto, klasycznie przedstawione jako siedlisko zła i patologii, jest sfotografowane w gorących promieniach kalifornijskiego słońca, a akcja rozgrywa się w porządnych, ułożonych dzielnicach, w jednorodzinnych domkach, na przystrzyżonych trawnikach i w willach bogaczy; nieodzowna femme fatale zamiast wykorzystującą bohatera czarną wdową jest najtragiczniejszą postacią dramatu (choć Towne robi wszystko i jeszcze trochę, by nas co do tego zmylić do samego końca); wreszcie sam kryminał obfituje w masę czarnego humoru (zazwyczaj dzięki ironicznym uwagom Gittesa), a w połowie nagle przemienia się w przejmujący dramat rodzinny.

Tymczasem Roman Polański również walczył z demonami przeszłości. Wciąż w depresji po masakrze, jaką rodzina Charlesa Mansona urządziła w jego domu w Beverly Hills, siedział w Europie i ani myślał o powrocie do Stanów. O projekcie dowiedział się od swojego przyjaciela Jacka Nicholsona, z którym już od jakiegoś czasu chciał zrobić film. Robert Evans pragnął, żeby to Europejczyk wyreżyserował „Chinatown”, mając nadzieję, że produkcja zyska w ten sposób nietypowy, mroczny klimat. Wybór Polańskiego był strzałem w dziesiątkę. Po przeczytaniu 180-stronicowego scenariusza polski reżyser nie posiadał się z zachwytu, ale uznał, że tekst potrzebuje radykalnego skrócenia i uproszczenia. Sam od dawna był fanem czarnego kryminału – zarówno jego literackiej odsłony spod ręki Dashiella Hammetta czy Chandlera, jak i filmowej – i w „Chinatown” dostrzegł szansę na stworzenie swego hołdu dla tego gatunku. I mimo że powrót do Los Angeles nie mógł być dla niego przyjemny, siła tekstu przekonała go, że jest tego wart.

Bohater z bandażem na nosie

 Produkcja filmu przebiegała szybko i sprawnie. Po latach Polański wspominał, że był to pierwszy film w jego karierze, przy pracy nad którym czuł się absolutnie swobodnie, nie miał żadnych ograniczeń i dostawał wszystko, czego potrzebował. Zatrudnienie Jacka Nicholsona było formalnością – Towne z myślą o nim napisał głównego bohatera. W złowrogiego Noaha Crossa wcielił się John Huston – legendarny reżyser, scenarzysta i aktor. Najwięcej kontrowersji wiązało się jednak z Faye Dunaway, która ostatecznie zagrała femme fatale tej mrocznej opowieści, Evelyn Mulwray. Amerykańska aktorka była na planie spięta, humorzasta i miała problemy z zapamiętaniem tekstu. Jednak w ostateczności wyszło to produkcji tylko na dobre – w końcu taka właśnie jest też grana przez nią bohaterka. Projektując jej kostiumy i makijaż Polański ponoć miał w głowie swoją matkę, którą pamiętał z wojennego dzieciństwa.

Zdjęcia przebiegały w spokojnej, rozluźnionej atmosferze i zakończyły się sześć dni przed terminem. Produkcja przeszła zaledwie jeden poważniejszy kryzys – zwolniony został operator Stanley Cortez, którego polski reżyser zatrudnił ze względu na klasyczny styl jego zdjęć. Metody pracy Amerykanina okazały się bardzo uciążliwe dla ekipy, został więc zastąpiony przez Johna A. Alonzo.

Pisząc o „Chinatown” naturalnie nie można nie wspomnieć o scenie z nożem, w której sam Roman Polański wcielając się w intrygująco ubranego gangstera przecina nos J.J. Gittesowi. Efekt był tak autentyczny, że pytanie o jego osiągnięcie było jednym z najczęstszych, jakie reżyser słyszał jeszcze wiele lat po zakończeniu produkcji. Otóż użyto noża ze specjalnym ostrzem, którego tylko jedna strona była ostra – w filmie Polański używa tej drugiej.

Największym punktem spornym przy produkcji „Chinatown” okazało się oczywiście zakończenie. W jego pierwotnej wersji Evelyn zabijała Crossa i trafiała do więzienia, ratując tym samym córkę. Na takie właśnie rozwiązanie akcji nalegali Evans i Towne przez cały okres produkcji. Polański jednak uznał, że to na tragicznym zakończeniu zasadza się cały sens historii. Już wcześniej dokonał w scenariuszu wyraźnych zmian – między innymi usunął narrację Gittesa z offu – ta jednak miała być najbardziej radykalna. „Musisz zostawić widownię z pragnieniem czegoś więcej” – mówił po latach. – „Z płonącą potrzebą zmiany rzeczywistości, zmiany swojego życia. Jeśli tego nie zrobisz, pozwolisz wszystkim odjechać w stronę zachodzącego słońca i wygodnie domkniesz linie fabularne, ludzie zapomną o twoim filmie po obiedzie”.

Zakończenie okazało się kością niezgody produkcji – Evans i Towne tak długo upierali się przy pierwotnej wersji, że minął praktycznie cały okres zdjęć, a ekipa wciąż nie wiedziała, jaka będzie ostatnia scena. Po długich kłótniach Robert Evans w końcu zgodził się na wersję Polańskiego, a ten dopisał ją do scenariusza dosłownie na parę dni przed jej faktycznym nakręceniem. Po wielu latach obaj mężczyźni przyznali, że reżyser miał rację.

As little as possible

 Zresztą trudno się nie zgodzić, że jego reżyseria to jeden z największych atutów filmu. Polański wiedział, że jeśli „Chinatown” wybije się na jakimś polu, to będzie nim scenariusz, swoją reżyserię oparł więc na dwóch podstawowych fundamentach.

Po pierwsze, zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy inteligentny twórca – nie przeszkadzał. Jego poprowadzenie fabuły to wzorowy przykład statycznej, powściągliwej narracji, której głównym celem jest opowiedzenie historii w możliwie najprostszy i najelegantszy sposób. Nie uświadczymy w „Chinatown” gwałtownych ruchów kamerą, nagłych zoomów czy nielinearnego montażu – reżyser najczęściej obserwuje akcję z jednego tylko miejsca, a jego naczelną zasadą jest pozwolić bohaterom mówić i po prostu sfilmować to, co się dzieje. Wydawać by się mogło, że takie podejście to pójście na łatwiznę, jednak cechą wszystkich wielkich rzeczy w kinie jest to, że po ich obejrzeniu ma się wrażenie, iż właściwie każdy mógłby to zrobić. Narracja w „Chinatown” należy do najdojrzalszych w karierze polskiego reżysera i o jej geniuszu świadczy właśnie ascetyczność. Mniejszej klasy twórca zapewne podszedłby do filmu zupełnie inaczej.

Drugą naczelną zasadą była maksymalizacja napięcia poprzez całkowite zsubiektywizowanie narracji do perspektywy Gittesa na wzór klasycznych literackich opowieści kryminalnych. Polański był co do niej bardzo rygorystyczny i konsekwentny – Gittes pojawia się w każdej scenie filmu, a gdy z jakichś powodów jego perspektywa czasu zostaje zaburzona, to narracja się do tej zmiany dostosowuje – na przykład, gdy zostaje oszołomiony przez farmerów w gaju pomarańczy w Owens Valley (w filmie – San Fernando Valley). Kamera często tkwi za plecami bohatera, a widownia patrzy na akcję jego oczami. Zamysł tego zabiegu jest prosty – „Chinatown” to historia kryminalna, a poprzez jej całkowite zsubiektywizowanie do perspektywy detektywa widzowie odkrywają kolejne poszlaki w tym samym czasie co on.

Muzyczna gorączka

Po zmontowaniu filmu przyszedł czas na pokazanie go widowni. Po pierwszym pokazie testowym w Santa Barbara ponad połowa widzów wyszła przed końcem seansu. Niezadowoleni twórcy uznali, że powodem jest muzyka, którą napisał niedoświadczony Philip Lambro. Evansowi udało się przekonać wytwórnię do zmiany daty premiery, a Polański znalazł w tym czasie nowego kompozytora.

Tym kompozytorem był Jerry Goldsmith, a historia partytury, którą napisał do „Chinatown”, to jedna z najbardziej inspirujących opowieści w nowoczesnej historii muzyki filmowej. Amerykanin napisał ją w dziesięć dni, a jego twór stał się natychmiastowym klasykiem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów filmu, trwale zapisując się w historii branży. Wysmakowane, wijące się saksofonowe pasaże od razu przywodzą na myśl klasykę gatunku noir, tworząc jednocześnie niepokojący, nieprzyjemny klimat czyhającego za rogiem zagrożenia, wreszcie urzekając melancholijnością oraz siłą emocjonalnego tła. Muzyka Goldsmitha nie rości sobie prawa do przedstawienia całej rzeczywistości – słuchając jej, od razu wiemy, że jest ilustracją jedynie wycinka losów tych postaci; od razu przeczuwamy bagaż ich przeszłości, ból wspomnień sprzed lat i bezradną rezygnację, gdy są świadomi niemożności – czy może nawet niechęci – ich zmiany.

Skaza na tęczówce

 Po wejściu na ekrany w 1974 roku „Chinatown” okazało się sukcesem kasowym, a krytycy nie mogli się dość filmu nachwalić. Produkcja stała się przepustką Jacka Nicholsona – wtedy jeszcze wschodzącej gwiazdy – do prawdziwej sławy; wrzuciła zresztą na szczyt prawie całą pracującą przy niej ekipę.

Film Polańskiego dostał siedem nominacji do Złotego Globu i cztery statuetki – za reżyserię, aktora pierwszoplanowego, scenariusz i wreszcie film – oraz jedenaście nominacji do Oscara, choć niestety tylko jedną nagrodę: również za scenariusz. Podobnie jak wiele lat wcześniej przy okazji nominacji „Noża w wodzie” do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, Polański również tym razem miał pecha do konkurentów. Niegdyś jego debiut przegrał z „8 i pół” Felliniego, a tym razem był to akurat rok, w którym Francis Ford Coppola zgarniał wszystko co możliwe za „Ojca chrzestnego II”.

Sytuacja nie do końca niesprawiedliwa, gdyż zarówno film Coppoli, jak i Polańskiego zapisały się w historii kina w podobnym stopniu. A jednak to „Chinatown” wydaje się bardziej wpływową produkcją – przyczynił się do wzrostu ogólnego zainteresowania historią Los Angeles i przekrętów związanych z prawami do ziemi i wody, a jego ikonografia i styl opowiadania na stałe wpisały się w historię X Muzy. Wiele późniejszych filmów z tej ikonografii korzystało, a jednym z ostatnich była wyprodukowana w 2011 roku komediowa i odwołująca się do historii kina animacja „Rango”.

Również sami twórcy nie zapomnieli o swoim magnum opus i wiele lat później postanowili powrócić do wykreowanego przez siebie świata. Scenariusz Roberta Towne’a do „Chinatown” był pierwszą częścią planowanej trylogii o J.J. Gittesie, przekrętach na najwyższych szczeblach władzy Los Angeles i kradzieży dobra publicznego przez osoby prywatne. Tematem „Chinatown” była woda, druga część miała traktować o ropie, a trzecia – o ziemi.

Ta druga część powstała w 1990 pod tytułem „The Two Jakes” (Dwóch Jake’ów), a jej akcja rozgrywała się w 1948 roku. Na swoje stanowiska powrócili wszyscy kluczowi gracze z produkcji z 1974 roku – Jack Nicholson, Robert Evans, a Towne ponownie napisał scenariusz. Również wiele drugoplanowych postaci z „Chinatown” można było ponownie ujrzeć na ekranie, raczej jednak w ramach mrugnięcia okiem do widzów niż czegokolwiek innego. Z powodów oczywistych przy pracy nad filmem nie mógł uczestniczyć Polański, reżyserią zajął się więc sam Nicholson (i bynajmniej nie był to jego debiut w tej roli).

Traktujący o ropie, zdradzie, seksie, pieniądzach i – co najważniejsze – radzeniu sobie z przeszłością sequel nie osiągnął jednak sukcesu poprzednika. Jego produkcja była cały czas zakłócana przez kłótnie głównego triumwiratu – Evansa, Towne’a i Nicholsona – na tle artystycznym, a sam film okazał się finansową i artystyczną klapą. Jego porażka pogrzebała plany nakręcenia ostatniej części trylogii, mającej się rozgrywać w okolicach 1968 roku.

„Chinatown” przetrwało próbę czasu, choć nie było mu łatwo – o filmie na długi czas zapomniano (a jeśli o nim mówiono to raczej w kontekście seksualnych ekscesów reżysera), a po raz pierwszy wydano go na Blu-rayu dopiero w ubiegłym roku – z opcjonalnym  komentarzem reżyserskim niejakiego Davida Finchera.

Wpływ dzieła Polańskiego na współczesną kinematografię jest jednak niepodważalny. Jakiś czas temu oglądałem materiał dokumentalny traktujący o serii o Obcym i jej przyszłości. Przypominam sobie wypowiedź scenarzysty pierwszej części, Dana O’Bannona: „Co do mnie, to możecie zrobić i dziesięć następnych części, nie obchodzi mnie to. <Alien> i tak zabił gatunek horrorów science-fiction, bo niczego lepszego w tej materii zwyczajnie nie da się nakręcić. Jak niby zrobić film detektywistyczny po <Chinatown>?”.

„Cóż, możecie próbować”.

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Jak można było taki spojler zamieścić? :/

    • Piotr Hildebrandt

      Bo to nie recenzja a analiza.

  • „Chinatown” to jak do tej pory mój ulubiony film Polańskiego. Świetny klimat.

  • Z czasem dochodzę do wniosku, że to właśnie CHINATOWN jest najlepszym filmem Polańskiego. Wcześniej myślałem o „Nożu w wodzie”, później „Dziecko Rosemary”, był moment, kiedy wielbiłem „Wstręt”. Teraz najlepiej myśli mi się o ciachniętym nosie Jacka Nicholsona. Coś czuję, że można w tym filmie upatrywać czarnego konia głosowania na najlepsze filmy lat 70. :)
    Polański jest wielki – nie można o tym zapominać.

  • Mefisto

    Faktycznie świetny film, klasyka i arcydzieło gatunku bez dwóch zdań. I niezły tekst. Mała jednak uwaga, co do akapitu o muzyce. Otóż przekładania premiery bynajmniej nie było – stąd rekordowe 9 dni (10 wliczając montaż i miksy). Poza tym Polański nie miał nic wspólnego z Goldsmithem, bo nie było go wtedy w kraju, był zajęty kompletnie innym projektem. To właśnie Evans wyszukał Jerry’ego, a gotową ilustrację pod konkretne sceny podłożył montażysta, Sam O’Steen.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Igrzyska śmierci - W pierścieniu ognia

Następny tekst

Superman - najnowszy zwiastun



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE