Recenzje

CANNES 2017. You Were Never Really Here, reż. Lynne Ramsay

Autorskie kino klasy B.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Wrażliwość bestii

Joe (Joaquin Phoenix) to twardziel i życiowy rozbitek. Kilkusekundowe retrospekcje przypominają nam o jego pobycie w armii, prawdopodobnie w Iraku. W jego pamięci pozostały głównie obrazy okrutnych zbrodni. Doświadczył ich głównie jako obserwator. Znieczuliły go jednak i skrzywiły wrażliwość. Teraz już inaczej odczuwa ból, nauczył się nawet bez mrugnięcia oka go zadawać. Joe jest najemnikiem. Wyrównuje rachunki, odbiera długi i eliminuje jednostki na zlecenie. Jeśli ktoś dobrze zapłaci, zajmie się każdą sprawą. Byłby postacią bez serca, gdyby nie mocna więź z wymagającą opieki matką, z którą mieszka gdzieś na obrzeżach Nowego Jorku.

Z prośbą o pomoc do Joego zwraca się senator Votto. Zaginęła jego córka, a polityk nie chce, by w jej poszukiwaniach brała udział policja. To tak naprawdę tyle, jeśli chodzi o zawiązanie akcji You Were Never Really Here. Od samego początku sprawa wydaje się podejrzana i niebezpieczna. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów nagrody za odnalezienie i fakt, że Joe nie ma absolutnie nic do stracenia sprawiają, że ten nie zastanawia się zbyt długo. Od razu podąża za pierwszym tropem. Do ręki bierze młotek – swoją ulubioną broń. Joe nie udaje zawodowca, zabija swoje ofiary brutalnie, zostawiając je z roztrzaskaną czaszką w morzu krwi.

Lynne Ramsey (reżyserka intrygującego Musimy porozmawiać o Kevinie) bardzo jawnie sięga po konwencję kina klasy B. Na podstawie tego samego scenariusza mogłaby przecież powstać kolejna część Uprowadzonej. Ramsey z fabuły banalnego akcyjniaka wyciąga maksimum. Jej autorski styl, a idą z tym również większe ambicje, wdzierają się w każdy kadr You Were Never Really Here. Objawia się on po pierwsze w głębokim portrecie psychologicznym Joego. Pozornie wiemy o nim bardzo mało. Dostajemy bowiem same skrawki. Urywki z traumatycznej przeszłości połączone z zaburzoną przez ekstremalny styl życia percepcją rzeczywistości. Ramsey łączy wszystko w narrację, pozbawioną początku i końca. To ciąg myśli, faktów, hipotez i urojeń. Pozwalają one jednak wtargnąć w rozchwianą psychikę Joego, sprawiając, że staje się on nam bliski. Ciągle szalony, ale też w pewnych granicach przewidywalny.

Nie udało by się tego efektu osiągnąć, gdyby nie wspaniały, jak zwykle, Joaquin Phoenix. To jeden z niewielu aktorów, którzy zdają się być zawsze całkowicie pochłonięci przez kreowaną postać. Zacierają granicę między tym, co przed i za kamerą. Twarz aktora znika za emocjami bohatera. Phoenix jest do bólu naturalny. Wiarygodny w każdym geście, w błądzącym spojrzeniu, w każdym drgnieniu, w każdym oddechu. Jego ciało przecinają blizny, a etyczny kręgosłup wydaje się nieuleczalnie przetrącony. Paradoksalnie jednak jest jedyną postacią w filmie, której możemy zaufać.

W You Were Never Really Here trudno gdziekolwiek dojrzeć światełko w tunelu. Cały czas toniemy w bagnie. Ramsey estetycznie umieszcza swój film gdzieś w okolicach Taksówkarza – w kilku momentach nawet swobodnie go cytuje. To świat, w którym z każdego kąta czuć zapach zgnilizny i moralnego zepsucia. Jeśli po jednej stronie mamy klasyk Martina Scorsese, to po drugiej znajduje się ideologiczna antywesternowa narracja. Nikt u Ramsey nie jest niewinny, dobry czy szlachetny, każdy na swoim koncie ma niezliczoną ilość zbrodni i wykroczeń. W tym towarzystwie trafia się jedna osoba, w której rodzi się sumienie, potrzeba praworządności – nawet tej wymierzonej w niepraworządny sposób. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że Joe jest postacią w pełni poczytalną. Trudno określić, na ile chęć odkupienia jest przez niego uświadomiona. Niewątpliwie jednak zaczyna ona w nim kiełkować. Może to też dziać się przypadkiem albo po prostu tak potoczył się los. Ramsey w ocenie Joego pozostawia widzowi swobodę interpretacji.

W You Were Never Really Here szczególnie interesujące jest to, jak Ramsey miesza ze sobą fabularnie wyeksploatowaną fabułkę, typową dla amerykańskich sensacyjniaków, z kinem autorskim, mającym rzecz jasna znacznie większe artystyczne ambicje. Obie te konwencję wzajemnie się nie wykluczają, ale pracują na wspólny sukces. Z ich połączenia powstała ciekawa propozycja dla fanów jednego i drugiego kina. Czego chcieć więcej?

Ostatnio dodane