Recenzje

CANNES 2017. The Meyerowitz Stories, reż. Noah Baumbach

Trudno znaleźć w The Meyerowitz Stories coś, czego wcześniej nie zrobiłby Woody Allen.

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

Allen bez Allena

„Nigdzie bezpośrednio nie wynika, że rodzina to jest coś innego niż grono ludzi, którzy tak jak się lubią, tak się nie znoszą” – tak filmowy Zdzisław Beksiński określił familijne relacje. Choć w jego przypadku mowa o ekstremum, to taka definicja w pewnym stopniu dotyczy wszystkich. Domowe awantury i pielęgnowane latami urazy to przykra konsekwencja tego, że osoby połączone więzami krwi przebywają w swoim towarzystwie, lecz często są to osoby o zupełnie innych charakterach.

O ile w rzeczywistości takie kłótnie to nic przyjemnego, o tyle dla reżyserów i scenarzystów to bardzo wdzięczny materiał do pracy. Siła klasyki pokroju Kto się boi Virginii Woolf? czy nowszego Sierpnia w hrabstwie Osage tkwi w intensywnych dialogach między członkami rodziny. Mimo pokrewieństwa więcej ich dzieli niż łączy, a im więcej osób zbierze się w pomieszczeniu, tym ostrzejsza jest wymiana zdań między nimi. W The Meyerowitz Stories reżyser Noah Baumbach nieustannie konfrontuje ze sobą kolejnych krewnych, ale robi to raczej w stylu Woody’ego Allena. Tylko gorzej.

Harold Meyerowitz (Dustin Hoffman) to zapatrzony w przeszłość były rzeźbiarz, ojciec rodziny pełnej artystów. Grają, śpiewają, kręcą filmy, bywają w galeriach i na wystawach, ale poza tym łączy ich tylko nazwisko. Danny (Adam Sandler) nie zrobił w życiu kariery, nie radzi sobie ani z parkowaniem, ani ze swoim małżeństwem. Jego córka Eliza (Grace Van Patten) bardzo go kocha, ale marzy jej się zerwanie z rodzicielskiej smyczy i rozwój towarzyski. Poza tym w klanie Meyerowitzów jest zahukana i wycofana Jean (Elizabeth Marvel) i Matthew (Ben Stiller), który wybrał pieniądze zamiast kariery muzycznej. Każdy żyje po swojemu, choć trudny charakter Harolda daje się im we znaki. To uparty, absorbujący i przemądrzały stary artysta, rzucający na rodzinę cień swojego talentu. Kiedy zaczyna mieć kłopoty ze zdrowiem, klan, chcąc nie chcąc, zbiera się i, zaciskając zęby, stara się pomóc. Wspólny cel sprawia, że Meyerowitzowie muszą przebywać w swoim towarzystwie znacznie częściej, niż by sobie tego życzyli. Każdy coś kiedyś przeskrobał, każdy ma jakieś sekrety i każdy ma swoje zdanie.

Trudno znaleźć w The Meyerowitz Stories coś, czego wcześniej nie zrobiłby Woody Allen.

Z jednej strony to komplement, bo swego czasu potrafił ująć dialogami z polotem i barwnymi postaciami. Właśnie tak ogląda się najnowszy film Baumbacha. Od początku zapowiada się ładnie, lekko i przyjemnie, a żarty są zabawne. Nawet Sandler i Stiller – choć wydawało się, że to niemożliwe – nie są irytujący i nie pajacują. Każdy bohater jest wyrazisty, po kilku minutach już można przypisać mu kilka cech i zapamiętać imię. Kiedy Danny z córką Elizą śpiewają dziecinną piosenkę, grając na pianinie, jest to bardziej urocze niż ckliwe. Zwłaszcza że chwilę wcześniej on wyklinał na kierowców, a ona mu dogryzała, że przecież go nie słyszą. Reżyser umiejętnie wprowadza kolejnych bohaterów, by widzowi nie zakręciło się w głowie od ich liczby. Do tego dochodzi kilka udanych żartów z branży filmowej i cameo Sigourney Weaver, które trwa kilka sekund, ale z czasem urasta za sprawą Harolda do rangi wydarzenia.

Z drugiej strony ostatnio filmy Allena przypominają produkowane seryjnie kolorowe pocztówki z popularnymi nazwiskami w tle. I właśnie do tego sprowadza się The Meyerowitz Stories. Rodzinne historie to pojedyncze anegdoty, które bawią jako takie, ale równie zabawne byłyby po wyrwaniu z kontekstu. Bohaterowie są nakreśleni względnie dokładnie, przy czym nie ma się z kim zżyć ani utożsamić. Jeśli podczas seansu widz polubi jakąś postać na tyle, by go obchodziła, być może film będzie mu się lepiej oglądało. W przeciwnym wypadku zawiłości w rodzinie i zażarte dyskusje będą się strasznie dłużyć i zamiast angażować – znużą. To samo robił już Woody Allen. Tylko lepiej.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane