Recenzje

C.S.A.: The Confederate States of America (2004)

Inteligentna, ciekawa, zrobiona na modłę dokumentu krytyka amerykańskiego niewolnictwa i polityki USA.

Autor: Michał Fedorowicz
opublikowano

Przedstawione w tekście fakty stanowią zaledwie lekki zarys historyczny i nie powinny być odbierane jako próba dokładnego wyjaśnienia przyczyn wybuchu Amerykańskiej Wojny Domowej.

Kiedy w 1860 roku Abraham Lincoln został wybrany na szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych, w Ameryce zawrzało. Wybór republikańskiego abolicjonisty na głowę państwa spotkał się z ogromną krytyką ze strony stanów południowych, które poczuły, że niewolnictwo jest „zagrożone”. Na znak protestu, z Unii wystąpiła Karolina Południowa, pociągając za sobą sześć innych stanów, wraz z którymi 9 lutego 1861 roku utworzyła Konfederację Stanów Ameryki ze stolicą w Richmond, na czele której stanął Jefferson Davis. Sytuacja na kontynencie stała się bardzo napięta, a już w kilka tygodni później oblężenie i ostrzał należącego do Unii Fortu Sumter przez oddziały konfederatów stało się pretekstem do wybuchu wojny domowej. Od początku przewagę w niej osiągnęli konfederaci, dowodzeni przez genialnego stratega, generała Roberta E. Lee. Po wygraniu kilku bitew, 45-tysięczna armia Południa przekroczyła rzekę Potomac, wkraczając do stanu Maryland, gdzie pod Antietam stoczyła najkrwawszą bitwę wojny secesyjnej. Pomimo druzgocącej klęski wojsk Południa, taktycznie bitwa zakończyła się remisem. Zawiniło kunktatorstwo ówczesnego dowódcy armii Unii, George’a McClellana, który pozwolił na ucieczkę i przegrupowanie wojsk Konfederacji. Niemniej jednak 1 stycznia 1863 roku, w przypływie pewności siebie, Abraham Lincoln zdecydował się na ryzykowny, ale noszący znamiona geniuszu krok. Wprowadzony tego dnia w życie akt emancypacyjny znoszący niewolnictwo nie tylko dał pokaźny zastrzyk nowych sił pod postacią czarnych rekrutów wcielanych do armii Unii, lecz również doprowadził do idealistycznego zrywu wojsk Północy. Reakcja południa była natychmiastowa – Judah P. Benjamin, prawa ręka Jeffersona Davisa, udał się do Europy, by poprosić Wielką Brytanię i Francję o wsparcie wojsk konfederatów w wojnie z Unią. W tym momencie kończy się historia, jaką znamy. W tym momencie zaczyna się fikcyjna opowieść o najpotężniejszym mocarstwie świata – Konfederacji Stanów Ameryki.

Podczas gdy w rzeczywistości państwa europejskie odcięły się od amerykańskiej wojny domowej, w paradokumencie Kevina Willmotta zarówno Londyn, jak i Paryż do wojny się przyłączają. W ciągu kilku miesięcy po kompromitującej porażce Unii pod Gettysburgiem, wzmocnieni konfederaci zdobywają Waszyngton, a 9 kwietnia 1864 roku Ulysses S. Grant poddaje wojska północy generałowi Lee, uroczyście kończąc trwający ponad 3 lata krwawy konflikt. Prezydent Lincoln w obawie o swoje życie musi uciekać. Ukrywając się przed wciąż zmobilizowanymi wojskami Konfederacji, prosi o pomoc Harriet Tubman, afro-amerykańską działaczkę walczącą o wolność niewolników. Razem próbują dostać się do Kanady, jednak szybko zostają schwytani. Były prezydent trafia do więzienia, by po dwóch latach zostać uniewinnionym i wygnanym. Tubman natomiast zostaje stracona. W Konfederacji Stanów Ameryki niewolnictwo zostaje ponownie zalegalizowane i ku uciesze białych obywateli, ma się dobrze aż do dnia dzisiejszego.

To film po brzegi wypełniony brakiem politycznej poprawności.

Rzadko kiedy historie proponujące alternatywną rzeczywistość robią to w tak dobitny, a zarazem całkiem wiarygodny sposób. Paradokument Willmotta, stylizowany na prawdziwy film dokumentalny, powstały w Wielkiej Brytanii, zabroniony przez rząd CSA (tak w skrócie określalibyśmy USA, gdyby wojnę faktycznie wygrali Konfederaci), kryje w sobie olbrzymie pokłady uprawdopodobnionej do granic możliwości groteski. Alternatywna linia historyczna, którą zapoczątkowało przymierze zawarte przez CSA z dwoma mocarstwami europejskimi, w rzeczywistości mogła stać się tą właściwą – pakt zawarty w filmie o mały włos nie zostałby podpisany naprawdę. Judah P. Benjamin faktycznie poprosił o pomoc Wielką Brytanię i Francję, które to nawet wstępnie ją zaoferowały, czekając jednak na jakieś przekonywające zwycięstwo wojsk stanów południowych, gdyż obawiały się utracenia kontaktów handlowych z Północą w przypadku porażki wspieranych przez nich armii Południa. Gdyby więc w „bitwie o buty” pod Gettysburgiem w rzeczywistości zwyciężyli konfederaci, obecne Stany Zjednoczone Ameryki Północnej z pewnością przypominałyby ekspansywne supermocarstwo prezentowane w filmie. Na mapie świata mielibyśmy więc CSA, imperium, któremu podporządkowana zostałaby niemal cała Ameryka Środkowa i Południowa, oraz ważna strategicznie część Azji. Izolacjonistyczny kraj, który nie wziąłby udziału w działaniach wojennych w Europie, a sam z kolei nie sprowokowany zaatakowałby Japonię podczas II wojny światowej. Państwo niemal totalnie nietolerancyjne, prześladujące nie tylko Murzynów, ale także Indian, Azjatów i Żydów. Ekonomiczną potęgę, po dziś dzień opierającą swoją gospodarkę na niewolnictwie. Jakże to odmienna wizja niż ta, którą utrwalają nam w głowach historycy. Jakże drastyczna i sadystyczna, a jednocześnie wcale nie taka daleka od prawdziwych, krwawych dziejów Ameryki.

C.S.A.: The Confederate States of America to film po brzegi wypełniony brakiem politycznej poprawności. I jakkolwiek absurdalnie brzmiałoby poprzednie zdanie, jest ono jak najbardziej logiczne. Bo jak przedstawić film o ciągle praktykowanym niewolnictwie bez uciekania się do epatowania rasizmem? Jak pokazać coś tak haniebnego, coś, co Amerykanie starają się wyrzucić z pamięci i nigdy do tego nie wracać, w taki sposób, by film nie bulwersował? Odpowiedź na oba te pytania jest trywialna. C.S.A. otwiera cytat, którym wcześniej posiłkował się Morgan Spurlock kręcąc swoje Super Size Me – cytat autorstwa George’a Bernarda Shawa, który brzmi:

„Jeśli zamierzasz ludziom powiedzieć prawdę, spraw, żeby się przy tym śmiali. W przeciwnym wypadku zginiesz”.

Film Willmotta robi to doskonale – wywołuje uśmiech na ustach, pomimo bardzo trudnej tematyki. Reżyser ucieka się do kilku sposobów, by swoje założenie o pouczaniu przez wzbudzanie śmiechu zrealizować. I tak dokument kilkukrotnie przerywany jest zabawnymi, rasistowskimi reklamami produktów użytku codziennego, jak np. papierosów Niggerhair (Włosy Czarnucha), smaru samochodowego o nazwie Sambo, którego logo stanowi głowa czarnego mieszkańca Ameryki, czy też pasty do zębów marki Darky (Murzynek). Żeby było śmieszniej, reklamowane produkty wcale nie są wymysłem twórcy filmu – większość z nich była faktycznie sprzedawana jeszcze w XX wieku, a wspomniana pasta Darky nawet dziś znajduje nabywców w krajach azjatyckich. Brzmi to jak najbardziej groteskowo, ale to niestety smutne i wstrząsająco prawdziwe elementy historii kraju od dawien dawna uważanego za kolebkę wolności.

Ostatnio dodane