Recenzje

BOKEH (2017). Innego końca świata nie będzie?

Subtelne i poetyckie kino science fiction, z niegłupim morałem, lecz z tempem akcji będącym dla widza wyzwaniem.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Piosenka o końcu świata

Każdy z nas ma swoją wizję końca świata, ugruntowaną przez kulturę. Zazwyczaj przeplatają się w nich wszelkiej maści kataklizmy, które doszczętnie niszczą świat nam znany. Ale co byście powiedzieli, gdyby katastrofa mająca miejsce w dniu sądu ostatecznego nie polegała na fizycznej dewastacji, a raczej na wzbudzeniu w ofiarach poczucia pustki i osamotnienia? Gdyby, niczym w wierszu Czesława Miłosza, koniec okazał się być z pozoru niezauważalny, podzielony na etapy?

Ta idea legła u podstaw filmu Bokeh, niskobudżetowego dzieła autorstwa duetu twórców Geoffreya Orthweina i Andrew Sullivana. Film dystrybuowany jest przez platformę telewizyjną Netflix i miał swoją premierę w lutym tego roku. Tematyka filmu powinna zainteresować każdego sympatyka fantastyki naukowej. Tak oto poznajemy zakochaną parę, Rileya i Jenei (w tej roli znana z Coś za mną chodzi Maika Monroe), którzy udają się na romantyczną podroż do Islandii. Pewnego dnia mają okazję jednak doświadczyć niespodziewanego i tajemniczego kataklizmu, w wyniku którego wszyscy ludzie na Ziemi znikają. Nie wiedzieć czemu, bohaterowie zostają jednak oszczędzeni i pozostawieni sami sobie.

Umówmy się co do jednego. To nie jest oryginalny pomysł. Ci jednak, co szukają w Bokeh oryginalności lub zaskakującej wirtuozerii realizacyjnej, niech od razu odpuszczą sobie seans. Wzorem Pozostawionych, podejmujących podobny temat, twórcom Bokeh nie zależało na tym, by prowadzić widza od momentu nastania tajemnicy do momentu jej wyjaśnienia. O wiele bardziej interesowało ich to, co stanie się z bohaterami w obliczu zastałej przez nich sytuacji, jakie będą ich emocje i zachowania. A ta perspektywa nie jest optymistyczna.

Bokeh to kino bardzo subtelne, nastawione na precyzyjne operowanie kamerą, dopieszczane delikatną instrumentalną muzyką.

Dlatego Bokeh to kino bardzo subtelne, nastawione na precyzyjne operowanie kamerą, dopieszczane delikatną instrumentalną muzyką. Istotność warstwy wizualnej sugeruje już sam tytuł – bokeh to bowiem technika fotografowania. Zdjęcia mają w filmie istotne znaczenie, czyniąc z obrazu filmową pocztówkę z Islandii. To kino nastawione na budowanie klimatu odosobnienia, zachęcające do przemyśleń. To kino w końcu wyjątkowe nudne, z tym że jest to nuda porównywana do tej, jaką przeżywa poeta siedzący na polanie, dumający nad istotą życia. To nuda, przez którą warto przebrnąć.

Para bohaterów z początku stara się nadać swojej sytuacji sens. Najpierw pojawiają się pytania skierowane do Boga, w dialogach obecna jest także analogia z doświadczeniami biblijnego Hioba. Jenei i Riley starają się wytłumaczyć własne cierpienie. Z biegiem czasu jednak zdają sobie sprawę, że wolność i szeroki dostęp do wszelkich dóbr cywilizacji są niczym przy udziale głuchej, dojmującej samotności. To zaskakujące, ale sytuację, w której znaleźli się bohaterowie, najtrafniej jest porównać do ogromnego więzienia, które choć daje pełną swobodę ruchów, konsekwentnie ciemięży dusze osób w nim przebywających.

Jest jedna scena w Bokeh, którą zapamiętam na długo. Choć na świecie zniknęli ludzie, to jednak nie zniknęła elektronika, a co za tym idzie, telewizja i internet wciąż działają. Problem w tym, że nikt nie wysyła wiadomości mailowych do bohaterów, nikt też nie dobija się do telefonu. W pewnym momencie bohaterka, przebywając w pobliżu swego laptopa, słyszy sygnał nadejścia wiadomości mailowej. Gdy podekscytowana siada przed urządzeniem, przez chwilę w jej sercu odżywa nadzieja, że nareszcie ktoś z jej rodziny postanowił dać znak, że żyje i ma się dobrze. Jak obuchem w twarz trafia do niej, że to tylko przebywający nieopodal chłopak wysłał jej kolejny, nic nieznaczący liścik. Mina zawodu bohaterki jest na tyle wymowna, że nie potrzeba więcej komentarza.

Choć tak wiele dziś mówi się o tym, że dzisiejsze społeczeństwo na skutek rozwoju nowych mediów kompletnie się zatomizowało, podzieliło na indywidualne jednostki, chadzające własnymi ścieżkami, zapatrzone w czarne lustra smartfonów, to jednak Bokeh daje temu kontrę. Człowiek jest jednostką społeczną, człowiek jest częścią wspólnoty, człowiek jest zwierzęciem stadnym. Nie ma znaczenia, czy więzi tworzone są wirtualnie czy przez bezpośredni, naoczny kontakt. Po oderwaniu od wspólnoty jedyne, co nam pozostaje, to pustka i powolne usychanie.

Bokeh to seans bardzo wyciszony, poetycki, bo skłaniający do refleksji. Jest daleki od fajerwerków kina postapokalipycznego. Choć zachowania głównych postaci czasami irytuje dziecinnością, a tempo akcji może sprawić, że niejednemu widzowi zdarzy się na filmie przysnąć, to jednak będę bronił Bokeh, gdyż na dłuższą metę zawiera w sobie coś intrygującego, skłaniającego do refleksji.

Być może istota sprawy leży w tym, że pozbawiony efektowności koniec świata w Bokeh, choć oparty na pomyśle z natury fantastycznym, to jednak ukazuje bardzo bliskie, wręcz namacalne konsekwencje. Spróbujcie wyjechać na miesiąc do chatki w górach, pozostającej w kompletnym odosobnieniu, nie nawiązując przy tym żadnego kontaktu z cywilizacją. Owszem, doświadczycie wówczas psychicznego odpoczynku, ale tylko dlatego, że od początku będziecie mieć w perspektywie powrót na łono społeczeństwa. Bohaterowie Bokeh tej perspektywy zostali pozbawieni i na tym polega ich tragedia.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane