Recenzje

BLADE RUNNER 2049. Smak goryczy

Perfekcja, która odwraca uwagę od przykrej konstatacji - nie da się drugi raz dokonać przełomu.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Elektryczna owca

Przyznaję, że na zbliżający się seans Blade Runnera 2049 czekałem z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony jest to kontynuacja nie tyle najważniejszego filmu SF w historii, co przede wszystkim mojego osobistego numer jeden, a to z miejsca powinno nastawiać mnie pozytywnie. W końcu spełnia się marzenie o ponownym wkroczeniu do świata, który zafascynował mnie od pierwszego kontaktu. Problem jednak w tym, że zmęczyłem się niemiłosiernie kampanią marketingową filmu, w której twórcy starali się jak tylko mogli, by wykreować wokół projektu aurę unikalności. Jej celem nadrzędnym było przekonanie widowni, że najbardziej niepotrzebny sequel w historii kina tak naprawdę posiada swoje głębokie uzasadnienie. Było więc co odkręcać.

Najistotniejsze jednak dla mnie było to, czy przypadkiem, mimochodem, tworzony z rozmachem filmowy sequel nie naruszy w jakiś sposób świętości oryginału?

Gdy po raz pierwszy usłyszałem, że powstanie kontynuacja Łowcy androidów, z miejsca zapaliła mi się lampka ostrzegawcza – jak wielu z was. Już abstrahując od tego, że przecież materiał literacki dany przez Philipa K. Dicka został w części pierwszej w całości wykorzystany, więc część druga musiałaby zostać stworzona od podstaw, a w tym wypadku, jak wiadomo, o błąd łatwo. Choć jak pamiętamy, wielu w swej wyobraźni snuło wizję dalszych losów rozgrywanych w uniwersum Łowcy androidów – a mogliśmy je poznać w grze komputerowej, ale także w literackich kontynuacjach autorstwa K.W. Jetera. Najistotniejsze jednak dla mnie było to, czy przypadkiem, mimochodem, tworzony z rozmachem filmowy sequel nie naruszy w jakiś sposób świętości oryginału? Po co bowiem dopowiadać coś, co dopowiedzenia nie wymagało?

Dziś można to powiedzieć otwarcie. Denis Villeneuve dokonał niemożliwego, można go więc nazywać współczesnym Midasem. Kontynuacja legendarnego Łowcy androidów wypadła lepiej, niż można było zakładać w najbardziej optymistycznych snach. Wszystkie jego aspekty zostały skomponowane z niemal chirurgiczną precyzją i pod tym względem moje spostrzeżenia pokrywają się z tym, co przyznał mój redakcyjny kolega Kuba Koisz. Fabuła intryguje, a bohaterowie i ich dylematy prezentują się nad wyraz wiarygodnie i przejmująco. Zdjęcia Rogera Deakinsa zapierają dech, a nuty Zimmera idealnie podkreślają atmosferę. Mógłbym więc odfajkować sprawę, wystawić filmowi wysoką notę, co poniekąd oddawałoby sprawiedliwość i czym wpisywałbym się we wszechobecną narrację zachwytu roztaczaną nad filmem. Problem w tym, że od momentu zakończenia seansu moje emocje wysyłają mi sygnał o zupełnie innym charakterze. Są to emocje skąpane w goryczy.

Bo z jednej strony w filmie wszystko poukładane jest tak dobrze, że trudno formułować względem niego merytoryczne zarzuty. Powiem więcej – nie zgadzam się z tymi, którym wydaje się, że jakąś wadę znaleźli, czy to szydząc z nielogiczności, czy to z gry Ryana Goslinga. Z drugiej jednak strony paradoksalnie to właśnie z uwagi na ów porządek przeżywam jako odbiorca konflikt. Film Denisa Villeneuve’a jest bowiem jak idealny substytut. Wiemy, że działa i smakuje tak samo, jak oryginał. Wiemy też, że analogiczne jest jego przeznaczenie, gdyż w tym konkretnym wypadku powtórzona została sfera filozoficznych przesłań. Ale z jakiegoś powodu nie potrafimy darzyć go tym samym zaufaniem. Blade Runner 2049 jest zatem jak doskonały w wyglądzie i zachowaniu replikant, który przez cały czas zmaga się z egzystencjalnymi dylematami, nie wiedząc, jak wiele w rezultacie ma wspólnego z niedoścignionym oryginałem.

Wszyscy starają się udawać jak tylko mogą, ale syntetyczność widoczna jest gołym okiem. Przystojniak Gosling nie jest Harrisonem Fordem z jego szelmowskim usposobieniem. Jared Leto w roli nowego stwórcy nie jest Joem Turkelem z jego demonicznością. Hans Zimmer brzmi jak Vangelis, ale po prawdzie, majestat jego brzmień jest niczym w porównaniu do tego, co słyszymy w pierwszych taktach filmu Scotta. Komputerowe LA jest wtórne względem miniaturowych makiet czarujących w oryginale. Zdjęcia Rogera Deakinsa z kolei wyglądają tak, jakby operator uprzednio zrobił to, co jego poprzednik zrobić zapomniał – wyczyścić kamerę. Wszystko wygląda i brzmi jak idealna kopia. Niczym atakujący bohatera w jednej ze scen filmu reklamowy neon, tym razem bardziej żywy i o wiele lepiej przykuwający uwagę, ale niosący ze sobą to samo, z gruntu komercyjne zastosowanie – produkt musi być sprzedany, pieniądze muszą się zgadzać.

Podczas seansu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że film Villeneuve’a to perfekcyjnie zaprojektowana machina napędzana nostalgią oraz marzeniem o elektrycznych owcach zawieszonym przed oczami fanów. W odróżnieniu do pierwowzoru w marzeniu tym nie ma jednak wiele prawdy. Niestety. Nie bez znaczenia jest dla mnie cały kontekst perturbacji, jakie przechodził Łowca androidów z 1982. Reżyser miał w głowie jedną wizję, producenci drugą. Gdy ci postawili na swoim, krytyka nie zostawiła na obrazie suchej nitki. Gdy w końcu Ridley Scott zdołał zaprezentować światu to, co pierwotnie miał na myśli, wszyscy zgodnie uznali, że właśnie narodził się kult. Droga Łowcy androidów była zatem wyboista, ale te przejścia wpłynęły na jego jakość, gdyż okrzepł i z każdym rokiem piętno, jakie odciskał na gatunku, stawało się coraz większe. Nie bez znaczenia uznaje się Łowcę androidów za filmowego prekursora cyberpunku. Działał na wyobraźnię, wysyłając przestrogę dotyczącą naszej ewentualnej przyszłości. I uczynił to niejako nieplanowanie, gdyż szerszy kontekst dopisany został filmowi tuż po jego recepcji, a nie jeszcze na stole montażowym.

Pomógł w tym technologiczny rozwój. Gdy w latach osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych ludzkość zaczęła mierzyć się z raczkującą komputeryzacją, pytania o sztuczną inteligencję ponownie stały się aktualne. Lęki stały się namacalne. Mam wrażenie, że dziś, w 2017 (dwa lata przed rokiem akcji oryginału) jesteśmy już, jako cywilizacja, w zupełnie innym miejscu. SI powoli przestaje być niepokojącą fikcją, a przerażającą prawdą, pytanie tylko, jak tę ideę poprowadzą naukowcy. Wbrew temu, co sugeruje tytuł, Villeneuve nie poszedł jednak dalej, a pozostał tam, gdzie stanął jego poprzednik (choć sugestie i przemyślenia dotyczące samotności wypadają w filmie nad wyraz świeżo). Uczynił tylko dystopijną wizję Los Angeles jeszcze bardziej sugestywną, jeszcze bardziej wiarygodną, ale według mnie o wiele mniej prawdziwą. Blade Runner 2049 niczego nie rozpoczyna, nie przynosi przełomu. To po prostu wyjątkowo wyrachowany obraz, perfekcyjnie skrojony także pod względem marketingowym, przywołujący typowe i oczekiwane przez widza emocje, mający jednocześnie w sobie za mało wyjątkowości pozwalającej mierzyć się z kulturowym znaczeniem pierwowzoru. W kategorii hołdu sprawdza się dobrze. Nie jest jednak niczym więcej.

Jako recenzent pierwszy raz mam do czynienia z takim rozdarciem. Moją ocenę potraktujcie więc jako umowny wyraz tego, co dyktują mi emocje. Wiem, że brak mi w zanadrzu argumentów mogących odwieść przeciętnego widza od seansu nowego filmu Villeneuve’a. Bo też nie taki jest mój cel. Tym siedzącym głębiej w temacie, podobnie jak ja odczuwającym dziecięcy zachwyt podczas każdorazowego seansu arcydzieła Ridleya Scotta, zwracam uwagę, jak ważny jest kulturowy kontekst pojawienia się dzieła oraz jego późniejszy wydźwięk. Pod tym względem Łowca androidów prezentuje się jak odważny komentarz, sięgający dalej niż wyobrażenia współczesnych mu ludzi. Blade Runner 2049 jest z kolei tylko tego komentarza echem. Cytującym treść, równie pięknie brzmiącym, ale echem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane