Recenzje

BlacKkKlansman. Spike Lee prosto z Cannes

Spike Lee to wciąż sprawny komentator społecznych uprzedzeń, ale powoli traci kontakt z filmową rzeczywistością.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Soul brother na białej imprezie

Wstęp filmu z radością oznajmia nam, że „yo, stary, to gówno się działo naprawdę”. I poniekąd ma rację. Kolorowa i zupełnie niewiarygodna fabuła ma swój odpowiednik w rzeczywistości, jednak przede wszystkim oparta została na książce Rona Stallwortha (czyli głównego bohatera, z dużą gracją odwzorowanego przez Johna Davida Washingtona), a następnie przepuszczona przez pryzmat Spike’a Lee, który od początku swojej kariery skupia się na rasowych konfliktach sortu wszelakiego. Tutaj reżyser ponownie punktuje odwieczną wojnę między białą i czarną odmianą homo sapiens, racząc nas przy tym wszystkimi odcieniami szarości. Tym razem jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że twórca przesadził z formą, za którą nie nadąża intryga, a stylem zdecydowanie przysłonił kontekst.

Są lata 70. Era wojny w Wietnamie, Czarnych Panter i policyjnej przemocy. No i okres olbrzymio wesołych afro oraz kina blacksploitation. To wszystko Lee zawarł w BlacKkKlansman, które już samą grą słów w tytule – absolutnie nieprzetłumaczalnym, acz o prostym znaczeniu – mówi absolutnie wszystko, zarówno jeśli idzie o zawartość, jak i gatunek filmu. To komedia. Pastisz. Zgrywa. Teatr absurdu, w którym świeżo upieczony, czarnoskóry policjant samowolnie i jakby z nudów rozpoczyna infiltrację legendarnego Ku Klux Klanu (obecnie kryjącego się pod hasłem Organizacji). A pomaga mu w tym… kolega Żyd.

Skuteczny i zabójczo śmieszny pomysł wyjściowy zamienia się na naszych oczach w nie do końca spójny, popkulturowy miszmasz.

To wystarczy za podsumowanie całego projektu, który brzmi jak kiepski odcinek Mission: Impossible. Zresztą nie tylko zamysłem, ale i wykonaniem przypomina niekiedy ten słynny szpiegowski serial. Innym słusznym skojarzeniem będzie także mający swoje korzenie w telewizji Shaft, do którego wszak Lee odnosi się w dialogach. I nie tylko do niego, co niestety w paru miejscach odbija się czkawką. Oto bowiem film oparty na prostym, ale skutecznym i zabójczo śmiesznym, pomyśle wyjściowym zamienia się na naszych oczach w nie do końca spójny, popkulturowy miszmasz. Przerysowana niekiedy do granic zgrywa zaczyna ustępować wtórnemu i niezbyt trzymającemu w napięciu dramatowi z elementami akcji/sensacji oraz z nieodzownym romansem w tle (tyleż zbędnym, co płytkim). A na deser dostajemy jeszcze – a jakżeby inaczej! – docinki do współczesnej polityki oraz obowiązkowe cytaty z Trumpa, do którego liczne przytyki były przyjmowane przez canneńską publikę oklaskami. A jakby komuś było mało, to za epilog służą dokumentalne nagrania amerykańskiego prezydenta oraz tamtejszych społecznych niesnasek.

Tak oto ten radosny, ociekający pastiszem i skrzący się dowcipem film – sam w sobie stanowiący być może aż za mocno przejaskrawiony, niemniej celny komentarz do bezustannych przepychanek jankeskiego społeczeństwa – staje się jadącą na autopilocie agitką oraz zbiorem różnorakich, przedobrzonych i nie zawsze równie trafnych bądź realizacyjnie udanych scen. Grochem z kapustą po prostu. A gwoli ścisłości czarnym grochem z białą, koszerną kapustą.

Niektórym takie danie będzie smakować – szczególnie, że Spike Lee zebrał na planie naprawdę solidną ekipę, której występy przyprawił dynamicznym montażem i wpadającymi w ucho, ciętymi dialogami, które nierzadko bawią do łez. Prócz wspomnianego Washingtona (było nie było syna słynnego Denzela) świetnie odnalazł się w tym zwariowanym świecie Adam Driver, a drugi plan z powodzeniem ubarwiło kilka znanych, także z wcześniejszych filmów reżysera, twarzy (między innymi Topher Grace i Robert John Burke).

Szkoda tylko, że sam twórca podminowuje własny projekt, nie tylko wciąż kręcąc się wokół jednego i tego samego tematu, ale również powielając narracyjne sztuczki oraz wizualne tricki (pod tym względem, nie wiedząc czemu, Spike najchętniej kopiuje Plan doskonały, z którego nawet muzyka Terence’a Blancharda wydaje się przepisana nuta w nutę). Przykro to pisać, ale reżyser ten już od jakiegoś czasu zjada swój ogon. Co prawda pomysłów, energii oraz polotu mu nie brakuje i wciąż pozostaje sprawnym komentatorem społecznym – w dodatku jednym z nielicznych, którzy reagują „na gorąco” – to jednak w kwestii podejmowanej tematyki nie ma zbyt wiele nowego do powiedzenia. A z czysto filmowego punktu widzenia z wolna zaczyna podążać ścieżką Woody’ego Allena…

Ostatecznie „Czarny członek Klubu Kochających Krzyże” jest całkiem zgrabnym i śmiesznym kawałkiem kina z tezą. W dodatku z, mimo wszystko, w miarę świeżym podejściem do rasizmu. Sęk w tym, że nierównym, bezpiecznym oraz dość jednostronnym w wymowie. Rzeczona teza, kładziona dodatkowo łopatą do głowy, jak i dokumentalne, ponure wstawki nie pasują do generalnie radosnej i bezkompromisowej rozrywki z dodatkowo nakreślonym grubym, ekhm… czarnym markerem podtekstem. I choć na podstawowym poziomie BlacKkKlansman działa, to tym razem chyba jednak sam reżyser nie wiedział, co dokładnie chciał nakręcić…

Ostatnio dodane