Recenzje

BIAŁY ŻAR (1949). Furia gangstera

Jeden z najwybitniejszych dramatów gangsterskich (i jednocześnie psychologicznych) okresu klasycznego.

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

James Cagney kojarzony jest z kinem gangsterskim, jego specjalnością były role przestępców. Aby mieć większą swobodę, zrywał czasem kontrakt z wytwórnią Warner Bros., lecz szybko wracał, bo inne kompanie nie miały dla niego wiele do zaoferowania. Pracując u Warnerów, udowodnił jednak swoją wszechstronność, zdobył także Oscara za rolę w musicalu Yankee Doodle Dandy, gdzie zagrał postać bardzo odmienną od swojego emploi. W tym filmie oprócz wirtuozerii aktorskiej ujawnił swój talent wokalny i taneczny. Ci, którzy go dobrze znali, wiedzieli, że to nie jest żadna nowość, bo karierę zaczynał w wodewilach, ale dla kinowego widza (i pewnie też dla Akademii Filmowej) to było jednak coś zaskakującego. W oczach dzisiejszych widzów lepszą kreacją Cagneya wydaje się psychopatyczny gangster Cody Jarrett z Białego żaru Raoula Walsha.

Film rozpoczyna się i kończy tak, jak każdy porządny film sensacyjny, czyli dobrą akcją. Na początku gang złodziei napada na pociąg, kradnąc niebagatelną sumkę pieniędzy i zabijając kilku przewoźników. Najbrutalniejszym z przestępców jest Cody Jarrett, który z zimną krwią potrafi odbierać życie niewygodnym świadkom. Potrafi także dobijać swoich rannych kumpli, kiedy stają się ciężarem. Dlatego poparzony w trakcie akcji gangster musi pójść do piachu, aby Cody mógł zwiać policji. Dzięki nowoczesnej technice (na przykład zdejmowaniu odcisków palców) śledczy wpadają na trop Jarretta i nie spoczną, póki przestępca nie dostanie kary, na jaką zasłużył. Wtedy Jarrett wpada na genialny pomysł – przyznać się do mniejszego przestępstwa, gdzie nie było ofiar, aby zamiast kary śmierci odsiedzieć dwa lata w więzieniu. To mają być dla niego wakacje – chciałby jakiś czas odpocząć, z dala od rodziny, kumpli i ścigających go policjantów.

Grany przez Cagneya antybohater to jednak postać zbyt niespokojna i energiczna, by wytrzymał tak długo w jednym miejscu. Biały żar nie jest więc filmem więziennym, bo zakład penitencjarny jest tylko przystankiem na drodze głównego bohatera – na drodze prowadzącej go na szczyt świata, jak mawiała jego matka. Istotnym, być może najważniejszym, motywem filmu jest syndrom matki występujący u gangstera. Pamiętna jest scena, gdy wpada w niepohamowaną furię, gdy otrzymuje nieprzyjemne wieści na temat swojej rodzicielki. Jego zachowanie nieraz ujawnia odchylenia od normy, więc może zamiast celi śmierci czekałby go pobyt w szpitalu psychiatrycznym. To bardzo nietypowa postać, w kinie gangsterskim rzadko spotykana, pasująca bardziej do psychologicznego thrillera. Kompleks matki, niestabilny charakter, odchyłki od normy pasują też do Normana Batesa z Psychozy Alfreda Hitchcocka.

Siłę i twardy charakter bohaterowie kina akcji pokazują zwykle poprzez minimalistyczną mimikę. Cagney gra jednak w sposób bardziej intensywny, sugerując niepokój wewnętrzny swojego bohatera, nieumiejętność zapanowania nad emocjami. Wszyscy wokół próbują go oszukać: koledzy z gangu, współwięźniowie, nawet jego żona. Silna więź bohatera z matką wydaje się całkiem zrozumiała, gdyż tylko jej może zaufać. To z jej powodu dostaje białej gorączki utożsamianej z chorobą psychiczną. Zabrzmi to trywialnie, ale Cody Jarrett może i jest wariatem, lecz z pewnością nie jest głupi. Potrafi wpaść na genialny pomysł, jak doświadczony strateg. Jego dobrowolna odsiadka, jak również finałowa akcja z użyciem „konia trojańskiego”, to pomysły świadczące o jego błyskotliwości i profesjonalizmie. Tylko że Walsh stawia mu naprzeciw sprytnych policjantów, którzy nie dadzą się wywieść w pole przez gangstera-maminsynka.

Tu nie ma ludzi niewinnych, każdy ma brudne ręce i fałszywą naturę. Zasady fair play nie obowiązują, wszystkie chwyty są dozwolone. Dziesięć lat po filmie Burzliwe lata dwudzieste Walsh i Cagney tworzą wspólnymi siłami kolejny sensacyjny klasyk. Tym razem rzeczywistość jest nieco inna. Czasy prohibicji i Wielkiego Kryzysu minęły, ale ci, którzy pamiętali pierwszą wojnę światową, przeżyli déjà vu – wybuchł bowiem kolejny konflikt zbrojny, który dokonał spektakularnych zniszczeń. Cody Jarrett nie walczył na froncie, bo jak mówi, do armii nie biorą oszustów – przypomina jednak weterana o zwichrowanej psychice. Metaforyczny charakter ma finałowa eksplozja, która przywodzi na myśl wybuch bomby atomowej – główny bohater wypowiada wtedy słowa: „Widzisz, matko! Jestem na szczycie świata”. Staje się wówczas podobny do szalonego tyrana, opętanego pragnieniem władzy.


Raoul Walsh był dynamicznym i sprawnym filmowcem, entuzjastą naturalnych scenerii i przeciwnikiem studyjnych, sztucznych dekoracji.

Bohater filmu to człowiek pełen energii, dokonujący śmiałych czynów i podejmujący odważne decyzje. W interpretacji Cagneya to postać, której nie sposób zapomnieć. Prawdopodobnie nie istnieje coś takiego jak realistyczne aktorstwo, bo nawet u najlepszych aktorów wyczuwa się wystudiowaną grę. Aby kreacja wyglądała na wiarygodną, wystarczy obsadzić takich wykonawców, którzy potrafią wyrażać emocje głosem i mimiką. James Cagney jest niezrównany w roli dziwaka i brutala, stanowczego i naiwnego zarazem, osłabionego chorobą, lecz wciąż myślącego racjonalnie, by jak najdłużej pozostać żywym. Dotrzymuje mu kroku intrygująca piękność Virginia Mayo jako Verna Jarrett, kobieta modliszka – niesympatyczna, obłudna, drapieżna. Potrafi ugryźć, ale odczuwa też strach przed mężem, dla którego tak naprawdę nikt się nie liczy, poza matką. Virginia Mayo zasługiwała na coś więcej niż partnerowanie znanym aktorom. Miała to coś, urodę i magnetyzm, potrafiła być dumna, uwodzicielska, harda i dwulicowa. Osobiście bardzo lubię tę aktorkę, a przyczyniła się do tego nie tylko rola w oscarowym dramacie Najlepsze lata naszego życia, lecz przede wszystkim cztery filmy Walsha. Oprócz Cagneya partnerowała w nich takim aktorom jak Joel McCrea, Gregory Peck i Kirk Douglas.

Biały żar to jeden z najwybitniejszych dramatów gangsterskich okresu klasycznego. Jego reżyser, Raoul Walsh, był dynamicznym i sprawnym filmowcem, entuzjastą naturalnych scenerii i przeciwnikiem studyjnych, sztucznych dekoracji (w recenzowanym filmie część akcji rozgrywa się w zakładzie karnym Joliet w Illinois – tutaj realizowano także serial Prison Break). Virginia Kellogg, która dostarczyła materiałów do scenariusza i wymyśliła nowy typ bohatera, otrzymała nominację do Oscara. Zdjęcia Sidneya Hickoxa i muzyka Maxa Steinera reprezentują typowy hollywoodzki standard, ale to w zupełności wystarczy, gdyż film z tak mocną intrygą i frapującymi postaciami nie potrzebował dodatkowych ozdobników. Atuty filmu, takie jak podwyższane z każdą minutą napięcie, patologiczne relacje między ludźmi, gwałtowna akcja, kwestie psychologiczne i zero romantyzmu czynią z tej produkcji wzorowy, pionierski thriller, który będzie przez wiele lat inspirował filmowców.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane