Recenzje

BEZ MOJEJ ZGODY (2009)

Była szansa na dużo więcej.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Prawdziwe okruchy...?

Anna, dziewczynka, która została spłodzona tylko po to, by dostarczać „części zamiennych” dla swojej chorej na białaczkę siostry. Przez wiele lat kłuta gigantycznymi igłami, hospitalizowana, teraz ma oddać siostrze nerkę. I buntuje się. Znajduje prawnika, pozywa rodziców do sądu, chce zaprzestać ubezwłasnowolniania własnego ciała. Wiedząc, że bez operacji siostra po prostu umrze…

Na całe szczęście dla tego filmu, pomimo wszelkich reżyserskich niedoskonałości, potrafi się on skutecznie wybronić.

Ciekawe? Jak najbardziej. Oryginalne? Owszem. Przełomowe? Kto wie… Idąc do kina na Bez mojej zgody, film Nicka Cassavetesa, liczyłem na coś mocnego. Dylematy moralne, poruszanie kwestii etycznych dotyczących współczesnej medycyny, atmosfera w rodzinie, w której dobro jednej osoby osiąga się kosztem drugiej… Spodziewałem się dusznego klimatu, wpakowania mnie przez reżysera w brudny labirynt bez wyjścia – gdzie nie ma dobrych rozwiązań, są tylko te złe i jeszcze gorsze. Melodramat miał tu być tylko tłem. W praktyce, nic prócz melodramatu właściwie w tym filmie nie ma. Cały główny (przynajmniej według materiałów promocyjnych) wątek zostaje tu sprowadzony do roli drugorzędnej. W ostatecznym rozrachunku nie ma on tak naprawdę większego znaczenia. Może jedynie zmusza do zastanowienia, dlaczego nie dało się z niego wycisnąć choćby połowy tego, co potencjalnie było możliwe. Szkoda, naprawdę szkoda.

Cała sprawa sądowa, relacje w rodzinie po złożeniu pozwu i atmosfera w obliczu nieuchronnej śmierci starszej z sióstr, to tylko dodatek, który niby gdzieś tam przewija się w tle, ale tak naprawdę niewiele wnosi do fabuły. Tę niemal w całości wypełniają liczne retrospekcje – tworzona jest przed nami historia choroby Kate. No i właściwie zapis jej życia. Niestety za bardzo przypomina to wszelkie twory z cyklu „Okruchy życia”, „Prawdziwe historie”, „Prawdziwe okruchy” czy jak im tam. Wtorek czy środa, godzina 20:00 lub minimalnie później. Można w tym czasie prasować, obierać ziemniaki, a nawet czytać gazetę. Myśleć bowiem wiele nie trzeba – wszystko w tych filmach podane jest na talerzu. Łącznie z tytułem w stylu „Dowiem się, kto zgwałcił moją córkę”, „Kiedy przyjaźń okazuje się zabójcza” albo mój ulubiony: „Jestem chora na seks”. Oczywiście, Bez mojej zgody (hmm, tutaj też widać właściwie pewne podobieństwo…) jest filmem z wyższej półki. Ma bardzo dobrą obsadę, świetne, klimatyczne zdjęcia i niezłą ścieżkę dźwiękową. Ale gdyby rozebrać go na czynniki pierwsze i pozostawić tylko to, co najważniejsze, okazałoby się, że niewiele go od tych wtorkowo-środowych produkcji różni.

Naprawdę trudno przeboleć fakt, że mając tak dobry temat, reżyser poszedł po linii najmniejszego oporu. Jedynie na samym początku skupia się na Annie, która – cokolwiek by nie zrobiła – i tak zawsze będzie w cieniu siostry. Nikt nie dostrzega jej wewnętrznego dramatu. W tej rodzinie w ogóle niewiele się dostrzega poza chorującą na raka Kate. A życie biegnie i gdy w końcu znajdzie się czas na to, by przystanąć, może być już za późno. O tym zresztą w filmie nawet mowa, ale w monologu umierającej, wypowiedzianym niemal wprost do kamery. Trochę to zbyt łatwe jak na taką produkcję. Niestety, reżyser zapomina o Annie już po 10, może 15 minutach. Staje się ona dla niego nieistotna. Taka „postać-rekwizyt” – niby cały czas na ekranie, ale właściwie co z tego? I choć w końcówce wracamy do szeroko omawianego we wszelkich zapowiedziach procesu, jest on już tak naprawdę bez większego znaczenia. Brak w nim ciężaru emocjonalnego, po prostu „jest”. Nie ma szans na to, by wybrzmieć. Cały film bowiem i tak przysłania swoisty „dziennik choroby” starszej z sióstr.

Widzimy więc, jak rodzice zauważają pierwsze zmiany chorobowe u Kate. Widzimy, jak dowiadują się, że żadne z nich nie może być dawcą. Jak ich córka przechodzi przez kolejne remisje i nawroty choroby. Jak źle znosi chemioterapię, jak marzy o podróżach, których nigdy nie odbędzie, wreszcie jak się zakochuje i idzie na swój jedyny w życiu bal… Samej historii trudno jest odmówić sporych rozmiarów ładunku emocjonalnego. Ten film – choć może w inny sposób niż tego oczekiwałem – wzrusza. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Nie daje jednak chyba do myślenia… Zdecydowanie zbyt często mamy tu do czynienia z tanim sentymentalizmem, sprawdzonymi reżyserskimi chwytami, mającymi wyciskać nam łzy i nic poza tym.

Właściwie co parę minut oglądamy sceny kręcone w zwolnionym tempie przy taktach jakiejś pościelówy. Brat głównej bohaterki siedzi na dachu wieżowca z nogami spuszczonymi w dół, rozrzucając na wietrze strzępy portretu Kate; ten sam chłopak błąka się bez celu po nieznanej części miasta i obserwuje obcych mu ludzi; gdy Kate nie chce wychodzić z domu, jej matka goli sobie głowę i wspólnie wybierają się na miasto, robiąc zdjęcia z automatu i śmiejąc się do rozpuku; cała rodzina w milczeniu rozkoszuje się zachodem słońca na plaży, raz po raz wymieniając wymowne spojrzenia pełne miłości… I tak dalej, i tym podobne… Za dużo, panie Cassavetes, za dużo… Cierpiące dziecko, które czeka na niechybną śmierć, rodzina, która całe swoje życie podporządkowuje jednej sprawie i właściwie nie zna pojęcia „normalność”, poboczne wątki sędziny, która straciła córkę czy prawnika chorującego na epilepsję – to już jest przytłaczające, wzruszające, po prostu smutne. Doprawianie tego było zupełnie niepotrzebne – przez to chwilami mamy do czynienia z balansowaniem na granicy kiczu.

Ostatnio dodane