Recenzje

Beyond the Gates. Pozycja dla fanatyka VHS

Doskonała propozycja dla fanów VHSów, która dla wszystkich pozostałych może się okazać nużąca

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Niskobudżetowy powrót do lat 80.

Pamiętacie, kiedy Calvina Harrisa dało się jeszcze słuchać, a w hiciorku Acceptable in the 80’s przekonywał, że „to było pożądane w latach osiemdziesiątych, to było pożądane wtedy”? Czas zatoczył koło i dzisiaj znowu pożądamy tego samego, co trzy dekady temu. Beyond the Gates jest tego kolejnym przykładem.

Powrót do lat osiemdziesiątych (zwłaszcza w horrorach klasy Z) z roku na rok staje się coraz wyraźniejszy. Przełomem okazał się serial Stranger Things, który chwilę po premierze stał się jednym z najgorętszych tematów w internecie. Nostalgia do ery VHS-ów odżyła i kto wie, czy Funai Electric nie popełniło błędu, zaprzestając produkcji magnetowidów w lipcu 2016 roku. Komercyjny sukces nie odstraszył twórców z podziemia od realizowania kolejnych projektów, ale zanim sięgniecie po Beyond the Gates z nadzieją na odkrycie nowej Eleven, konieczne jest przedstawienie liczb. Sezon Stranger Things kosztował dwieście dwadzieścia tysięcy dolarów, czyli dwadzieścia siedem i pół tysiąca na odcinek. Budżet filmu Jacksona Stewarta wynosił natomiast trzy miliony, zrealizowano go w zaledwie dwóch lokalizacjach, a ścieżki dźwiękowej nie przygotowało bijące rekordy popularności S U R V I V E, lecz… kompozytor pochodzący z Polski. Jeżeli więc odbieracie fioletowo-niebieską okładkę (najwyraźniej jest to ulubiona kolorystyka autorów nawiązujących do lat osiemdziesiątych) jako gwarant audiowizualnego przepychu, poczujecie się rozczarowani. Pamiętajcie jednak, że zdecydowana większość towaru zalegającego na regałach wypożyczalń kaset wideo również niewiele miała wspólnego z poziomem produkcji Netflixa.

Film otwiera kilka znakomitych ujęć z wnętrza magnetowidu pracującego po włożeniu kasety VHS, a w tle przygrywają synthwave’owe bity autorstwa Wojciecha Golczewskiego. Prawdopodobnie niewielu zna to nazwisko. Poznański producent pracował już przy takich filmach jak We Are Still Here czy Late Phases, czyli ekstremalnie niszowych przedsięwzięciach, które okazały się na tyle oryginalne, że dotarły do świadomości ludzi spoza wąskiego kręgu fanów kiczu. Golczewski ma na koncie także dwie autorskie płyty (czy raczej kasety), które opublikował w tym roku, i jeżeli John Carpenter gra wam w sercach, to powinniście odszukać go chociażby na Spotify. Trzy minuty w zupełności wystarczają, żeby przenieść widza w przeszłość. Są jak zastrzyk z lat osiemdziesiątych, który zawiera wyciąg ze wszystkich charakterystycznych elementów epoki. Nic dziwnego, że oczekiwania z miejsca stają się wysokie, ale nie każdy będzie usatysfakcjonowany po pojawieniu się napisów końcowych.

Szczególny rodzaj miłości do VHS-ów jest w horrorowym światku powszechny, ale chyba niewielu pamięta o istnieniu gier planszowych stworzonych na rynek wideo. W Stanach Zjednoczonych nigdy nie była to silna gałąź branży rozrywkowej, w Polsce właściwie nie istniała. Zabawa polegała na tym, że z ekranu padały komendy dla widza/gracza, który następnie musiał je zastosować na planszy. Innymi słowy – ktoś zadał sobie trud zekranizowania instrukcji do gry i chyba nikogo nie powinna dziwić klęska tego typu wydawnictw. Jackson Stewart dał im jednak drugą szansę, tworząc połączenie The Ring z Jumanji wsparte satysfakcjonującymi, stroniącymi od CGI elementami gore (autorstwa Josha i Sierry Russellów, którzy wcześniej zaprezentowali swoje talenty przy świetnym Southbound). Mało tego, do roli Sadako zaangażował jedną z dawnych ikon kina klasy Z – Barbarę Crampton. Dawni fani znają ją z Re-Animatora oraz Robotów śmierci, współcześni widzowie z Następny jesteś ty i Lords of Salem. Jej zadanie nie jest łatwe – gra niemal wyłącznie mimiką twarzy – ale nawet przy tak skromnych środkach ekspresji tworzy wiarygodnie nikczemną postać. Dzięki niej łatwiej przełknąć obecność średniej klasy aktorów i aktorek młodszego pokolenia, którzy „zasłynęli” rolami w Sharktopus, Kowboje kontra Dinozaury, Samolot kontra Wulkan czy Oszukać przeznaczenie IV.

Dynamika Beyond the Gates ma jeden poważny minus oraz jeden bardzo istotny plus. Tempo wydarzeń jest koszmarnie powolne, a przejścia od długich, przegadanych scen do gwałtownych, krwawych mordów i z powrotem są tak nierówne, że wystarczy chwila nieuwagi, aby kompletnie stracić rozeznanie w wydarzeniach. Przeszkadzać to może jednak przede wszystkim publiczności laickiej. Maniacy horroru nie odczują dyskomfortu, zwłaszcza dlatego, że reżyser nie pokusił się o użycie prostackiej formy straszenia w postaci jump scare’ów. Pisałem o tym już wielokrotnie, ale każda okazja jest dobra, aby przypomnieć – nic tak nie niszczy atmosfery filmu jak jump scare, który działa wyłącznie na poziomie motorycznym, nie pozostawiając najdrobniejszego śladu grozy w psychice. Beyond the Gates wprawdzie nie jest filmem, na którym można się bać, ale ma spójną, fascynującą atmosferę grozy.

Jackson Stewart wykonał kawał solidnej roboty, po raz kolejny wskrzeszając ducha lat osiemdziesiątych. Jego wizja jest w pewnym sensie elitarna, bo poza fanatykami VHS-ów (którym sam również musi być), chyba niewielu odnajdzie w tych osiemdziesięciu czterech minutach coś naprawdę wciągającego i wyjątkowego. Dla kaseciarzy pozycja obowiązkowa.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane